10 lipca 2012

[Recenzja] Iron Maiden - "Fear of the Dark" (1992)



"Fear of the Dark" wywołuje mieszane odczucia wśród fanów i krytyków. Jedni twierdzą, że to album klasyczny i powrót do formy po słabszym "No Prayer for the Dying". Dla innych jest to kolejna oznaka kryzysu, którego przyczyną było coraz mniejsze zaangażowanie Bruce'a Dickinsona i wcześniejsze odejście Adriana Smitha. Zdecydowanie nie jest to równy album. Są tu momenty naprawdę niezłe, jak tytułowy "Fear of the Dark" - prawdziwy klasyk, bez którego nie może odbyć się żaden koncert zespołu - albo "Afraid to Shoot Strangers", zbudowany na podobnym kontraście, z częścią nastrojową i typowym dla grupy przyśpieszeniem. Ciekawym urozmaiceniem jest natomiast ballada "Wasting Love", raczej w stylu Whitesnake, niż Iron Maiden - całkiem ładna, choć nieco kiczowata. Dawniej do lepszych punktów albumu dodałbym jeszcze agresywny "Be Quick or Be Dead", z wykrzykującym zajadle tekst Dickinsonem, ale dziś brzmi on dla mnie zbyt dziecinnie. Poza tym, album wypełniają banalne kawałki w rodzaju "From Here to Eternity", "Chains of Misery", a zwłaszcza "Weekend Warrior" w stylu AC/DC.

"Fear of the Dark" jest zdecydowanie za długi - zespół postanowił wykorzystać możliwości płyty CD i nagrał album o niemal połowę dłuższy od poprzednich. Wypełniając go tym samym wieloma słabszymi kawałkami, co tylko osłabia całość. Choć prawdę mówiąc, zespół nie miał wystarczająco dużo dobrego materiału nawet na 40-minutowy longplay. Trudno powiedzieć, czy to tylko wina braku Smitha i myślącego już o całkowitym poświęceniu się karierze solowej Dickinsona, niemniej jednak kryzys w zespole jest tu wyraźnie słyszalny. O ile utwory "Fear of the Dark" i "Afraid to Shoot Strangers" są zwyżką formy po poprzednim albumie, tak pozostałe kawałki są jej zdecydowaną obniżką.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "Fear of the Dark" (1992)

1. Be Quick or Be Dead; 2. From Here to Eternity; 3. Afraid to Shoot Strangers; 4. Fear is the Key; 5. Childhood's End; 6. Wasting Love; 7. The Fugitive; 8. Chains of Misery; 9. The Apparition; 10. Judas Be My Guide; 11. Weekend Warrior; 12. Fear of the Dark

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


18 komentarzy:

  1. Gdyby nie te wypełniacze, ta płyta byłaby najlepszą na świecie!

    OdpowiedzUsuń
  2. "Afraid to Shoot Strangers" w niektórych momentach strasznie przypomina mi "No Prayer for the Dying". Mimo to, oba utwory genialne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jak mówisz - dobra płyta, ale bardzo nierówna (może nawet najbardziej ze wszystkich).

    W sumie mi "Fear is the Key" kojarzył się zawsze bardziej z "Kashmirem" Zeppelinów, główny riff jest bliźniaczo podobny. Poza tym, dla mnie jednym z najlepszych punktów płyty jest "Chilodhood's End" ze świetnymi solówkami Murraya i Gersa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może nie jest to najlepszy album do wydawania osądów o tej kapeli, ale trochę kawałków z innych też znam.
    Powiem wprost - nie łapię fenomenu tej grupy, chociaż wierzę, że może ona mieć swoich zwolenników. Pewnie chodzi o zawartość energii? Długie kawałki, w które wpycha się niezliczone ilości sekcji i solówek (teraz są tam trzej gitarzyści), czasem pasujących jak pięść do oka i pojawiających się znikąd - słodki riff grany od 2:40 w "Afraid To Shoot Strangers" nagle, zupełnie bez zapowiedzi i płynności przechodzi w łomot, podczas gdy można było zrobić w oparciu o niego zrobić coś zupełnie innego - wg mnie lepszego. Tak samo kawałek tytułowy - zmysłowy motyw z czystą gitarą zaraz po riffowym intro został zatopiony w biesiadnych przesterach i galopadach. Te 2 kawałki i tak podobają mi się najbardziej z całego IM (ze względu na te fragmenty). Może szukałem po złych fragmentach, ale np. taki tytułowy numer z Seventh Son też mnie zawiódł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle nie powinno się oceniać tego zespołu przez pryzmat tego albumu. Nie chce mi się go bronić, więc podzielę się ciekawostką. Wprost proporcjonalna do jakości tego longplaya jest cena, jaką trzeba zapłacić za winylowe wydanie. Obecnie waha się w granicach 450-700 złotych. Ja kupiłem za jakieś 150, ale to było tuż przed nastaniem mody na płyty winylowe. Niestety, w latach 90. nakłady wydań winylowych były bardzo ograniczone i wszystkie albumy z tego okresu "chodzą" po kilkaset złotych. A i tak trzeba dużo szczęścia, żeby w ogóle trafić na jakiś egzemplarz na sprzedaż. Trudno dostać także kilka kolejnych albumów Iron Maiden. Przydałoby się je wznowić, ale zespół woli wydawać kilka wersji reedycji albumów z lat 80. (które miały duże nakłady i bez problemu można dostać wczesne wydania). Nawet wydali reedycje singli z tej dekady, co jest trochę żałosne (choć sam kupiłem dwa dla obecnych na nich niealbumowych kawałków).

      Wracając do "Fear of the Dark", te dwa najlepsze utwory zdecydowanie zyskują na koncertach. Najlepsza wersja tytułowej kompozycji to ta z "A Real Live One", choć większość preferuje wersję z "Rock in Rio" (nie rozumiem fenomenu tej koncertówki, za dużo na niej pogłosu i kompresji dynamiki). Za to wykonanie z "Death on the Road" jest żałosne pod względem wokalnym.

      Do "Seventh Son of a Seventh Son" (i utworu, i albumu) długo nie mogłem się przekonać. To taki longplay, który docenia się z czasem.

      Usuń
  5. Przed chwilą posłuchałem sobie 2 poprzedzających "Seventh Son" LP i dalej nie mogę się przekonać. Może po prostu rozpędzone gitary z osiągającym wysokie rejestry wokalistą to nie są moje klimaty, ale myślę jeszcze o spróbowaniu dychowych albumów Black Sabbath, które znam jeszcze mniej niż IM. Co poza prekursorskością cenisz w IM i BS? Coś kojarzę, że pisałeś o sentymentalnym stosunku. Bo o ile wiele 9 i 10 jestem w stanie przełknąć czy nawet zrozumieć to w tym wypadku jestem w kropce. Dla mnie IM grają w kółko te same patenty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę musimy to w kółko wałkować? To są moje subiektywne oceny i nie ma w nich niczego do rozumienia lub przełykania. Im bardziej coś mi się podoba, tym wyższa ocena, im mniej tym niższa. Po prostu. Cała reszta ma drugorzędne znaczenie. Czasem mogę podnieść ocenę za oryginalność, jeśli np. waham się czy jakiś album mi się bardzo podoba czy tylko podoba, ale to nie są częste sytuacje. Natomiast nigdy nie obniżę oceny za brak oryginalności, jeśli nie powoduje on, że album jest nudny.

      Twórczość Iron Maiden z lat 80. nie nudzi mnie (poza sporą częścią "Killers"). Momentami jest strasznie kiczowata (te wszystkie "Run to the Hills" i "Can I Play with Madness"), ale nie nudna. Pewne patenty się powtarzają, ale utwory są różne - szybkie/wolne, proste/rozbudowane, wesołe/smutne, itd. Bardzo podobają mi się wyraźne inspiracje różnymi grupami hard- i progrockowymi z lat 70. Może powinieneś posłuchać debiutu, bo to ich najbardziej zróżnicowany album. Albo odpuścić sobie katowanie się muzyką, która Ci nie leży.

      Usuń
    2. Moim zdaniem takie albumy jak "Piece of Mind", "Seventh Son of a Seventh Son" czy "The X Factor" nie "wchodzą" od razu, a docenia się je z czasem - najpierw podobają się te najbardziej czadowe fragmenty (jak "The Trooper" czy "Man on the Edge"), a potem zaczyna się cenić tę mniej znaną resztę płytki.

      Co do powtarzania pewnych patentów, to np. na "Seventh Son of a Seventh Son" jest to jak najbardziej wskazane, bo to concept album, a całość tworzy jedną, spójną całość - dla przykładu początek "Only the Good Die Young" brzmi podobnie jak jeden z riffów "Infinite Dreams", a na końcu jest bardzo podobny motyw z akompaniamentem gitary akustycznej, co w początkowym "Moonchild". Zabieg taki doskonale spina klamrą cały album i wnosi go na nowy poziom.

      Maideni może i stosowali pewne stałe patenty przez cały okres kariery, ale nie zgodzę się, że ich albumy sa takie same. Już "The Number of the Beast" był nieco dojrzalszym albumem od poprzedników (choć bardziej lubię "nieokrzesany" debiut), z wybitnym "Hallowed be thy Name" na czele. W "Somewhere in Time" zastosowali syntezatory, na szczęście pełniące drugoplanową rolę. "Seventh Son of a Seventh Son" to, jak już wspominałem, concept album. Po powrocie do bardziej prostej rockowej odmiany (albumy 8-9) zaproponowali moim zdaniem doskonały "The X Factor", dużo mroczniejszy od poprzednich, który odświeżył ich dyskografię (nie tylko ze względu na brak Dickinsona). Od 2000 r. starają się grać bardziej progresywnie (czy tam pseudo-progresywnie) i wplatają do swoich utworów nowe rozwiązania (m.in. akustyczny "Journeyman" czy "Satellite 15... The Final Frontier" z 4-minutowym intrem). Maideni cały czas ewoluują, czego przykładem jest obecność na "The Book of Souls" trzech utworów przekraczających czas 10 minut. A to że mają charakterystyczny styl, to już inna sprawa...

      Usuń
  6. Co do posłuchania debiutu - może, może. Póki co eksploruję inne rejony. I od razu podrzucam Ci nową nazwę: "Tasavallan Presidentti" to fiński progresywny zespół, z przełomu lat 60 i 70. A co do ostatniego zdania z Twojej wypowiedzi; Ja muzykę traktuję inaczej niż przeciętny odbiorca - chodzi mi o rozwinięcie warsztatu kompozytorskiego. Stąd moje "katowanie się" Iron Maidenem czy ostatnio Pink Floyd (akurat tu zgadzam się, że momentami ocierał się on o geniusz). Gdybym w kółko słuchał to, co niegdyś recenzowałem, grałbym muzykę, jaką wstyd byłoby komukolwiek pokazać.

    Nie wkurzaj się że odnoszę się do Twoich ocen ;D Skoro są to chyba po to, by się na nich oprzeć ;) A co do klucza wg jakiego oceniasz - masz jakieś "guilty pleasure"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tasavallan Presidentti znam, jeden album co prawda, ale mam ich na liście wykonawców do recenzowania. To jeden z naprawdę nielicznych fińskich zespołów, których warto słuchać. Za to Skandynawia na przełomie lat 60. i 70. miała naprawdę mocną scenę muzyczną. Przodowała w tym Dania, tuż za nią była Szwecja, ale i Norwegia mogła się pochwalić kilkoma ciekawymi wykonawcami ;)

      Mógłbyś sprecyzować swoje pytanie?

      Usuń
    2. Chodzi mi o muzyka,zespół,wykonawcę, który tworzy coś co generalnie jest kiepskie, ale Ty lubisz tego posłuchać i po sercu oceniłbyś to wysoko (wyżej niż asekuracyjna 7) .

      Nawet jeżeli wiedziałbyś, że obiektywnie ujmując sprawę zasługuje to na 3-4 kreski mniej.

      Usuń
    3. Nie, nie ma niczego takiego.

      Usuń
  7. Ach obniżone oceny Iron Maiden, niby nic, a jednak cieszy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie takie nic. Długo się nad tym zastanawiałem, próbując zwalczyć stare przyzwyczajenia i sentymenty (były okresy, że był to mój ulubiony zespół). W końcu zdałem sobie sprawę, że już w ogóle nie wracam do ich twórczości, a tak w ogóle to wiele elementów ich muzyki zawsze mnie wkurzało. No i oceny poleciały w dół.

      Powiem jednak, że to jeden z lepszych zespołów, na jaki mogą się natknąć dzieciaki dopiero zaczynające słuchać muzyki. Jest szansa, że ich kolejnym krokiem będzie słuchanie klasyki hard rocka, a może nawet rocka progresywnego, z którego przecież Ironi też czerpali. Choć, niestety, mogą też zabrnąć w ślepą uliczkę heavy metalu.

      Usuń
  8. A gdzie "Childhood's End" pośród tych lepszych kawałków? Sporo na tym albumie uchybień, ale ten akurat jest imo mistrzowski w całości.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.