28 lipca 2017

[Recenzja] Czesław Niemen - "Enigmatic" (1969)



Zaczęło się od żartu. W trakcie Festiwalu w Sopocie w 1968 roku, Wojciech Młynarski powiedział do Czesława Niemena następujące słowa: gdybyś tak skrobnął muzykę do wiersza Norwida "Bema pamięci żałobny rapsod", to byłoby dopiero coś. Niemen postanowił podjąć wyzwanie. Tak narodził się pomysł na album "Enigmatic", składający się z wokalno-muzycznych interpretacji wierszy kilku polskich poetów. Oprócz wspomnianego dzieła Cypriana Kamila Norwida, Niemen wziął na warsztat także twórczość Adama Asnyka ("Jednego serca"), Tadeusza Kubiaka ("Kwiaty ojczyste"), oraz Kazimierz Przerwa-Tetmajer ("Mów do mnie jeszcze"), do których samodzielnie napisał muzykę.

Było to najbardziej ambitne, także pod względem muzycznym, dzieło w jego dotychczasowej karierze. Longplay powszechnie uznawany jest za pierwszy polski album w stylistyce rocka progresywnego. Trudno temu zaprzeczyć (ba, to jeden z pierwszych progrockowych albumów w ogóle), aczkolwiek Niemen nie zrywa tu całkiem ze swoją przeszłością. To tak naprawdę album z okresu przejściowego, pomiędzy bigbitowo-soulowym Niemenem z poprzednich płyt, a tym już prawdziwie progrockowo-eksperymentalnym z kolejnych. Znajduje to potwierdzenie nawet w składzie biorącym udział w nagraniach - z jednej strony udzielają się tutaj muzycy jazzowi (perkusista Czesław Bartkowski, saksofoniści Michał Urbaniak i Zbigniew Namysłowski), a z drugiej - popowy chórek Alibabki.

Pierwsza strona winylowego wydania została w całości przeznaczona na "Bema pamięci żałobny rapsod" - ponad szesnastominutowy utwór, składający się z trzech wyraźnie odrębnych, lecz zachowujących spójność, części. W pierwszej słychać wyłącznie chór, organy Hammonda i dzwony, co tworzy podniosły, niemalże mszalny nastrój. Środkowa, instrumentalna część przypomina eksperymenty Pink Floyd z tamtego okresu, szczególnie z kompozycji "A Saucerful of Secrets". I w końcu ostatnia, najdłuższa część, która zachowując podniosły nastrój, zawiera więcej rockowej ekspresji, dzięki grze sekcji rytmicznej, gitarowym solówkom Tomasza Jaśkiewicza, oraz pełnej pasji partii wokalnej Niemena. To naprawdę wyjątkowy utwór, który ciężko do czegokolwiek porównać (z wyjątkiem środkowej części).

Druga strona już tak wyjątkowa nie jest. "Jednego serca" w warstwie instrumentalnej wypada naprawdę dobrze, zdradza inspirację bluesem i - ze względu na rozbudowane partie dęciaków - grupą Colosseum. Nie najgorzej pasuje tutaj partia wokalna Niemena, przypominająca o jego fascynacji soulem. Ale już chórki Alibabek, dodające utworowi jarmarcznego charakteru, są kompletnie nie na miejscu. W identyczny sposób zepsuto "Kwiaty ojczyste" - w warstwie muzycznej znów udany, jeszcze bardziej bluesowy, z niemal hendrixowskim wstępem i jazzującymi solówkami na saksofonie. Jednak odpustowe wokalizy Alibabek są tak żenujące, że całkowicie odbierają mi przyjemność ze słuchania tego utworu. Kończąca całość, rockowo-soulowa ballada "Mów do mnie jeszcze", wypada przyjemnie, lecz nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przynajmniej chórki są mniej nachalne, dzięki czemu nie irytują tak bardzo, jak w dwóch poprzednich utworach.

"Enigmatic" to album zasługujący na poznanie przede wszystkim ze względu na bardzo oryginalny i intrygujący "Bema pamięci żałobny rapsod". Pozostałe utwory są niestety nieudanym mezaliansem zachodniego rocka z polską jarmarcznością. Choć gdyby nie te okropne chórki, śmiało można by powiedzieć, że to album na światowym poziomie. Oczywiście, wciąż nie byłoby to dzieło na miarę debiutu King Crimson, "Valentyne Suite" Colosseum, czy floydowej "Ummagummy" (wszystkie te albumy ukazały się w tym samym roku), jednak przy odrobinie promocji mogłoby zdobyć uznanie zachodnich słuchaczy ambitniejszego rocka. Zwłaszcza, że zawarta tutaj muzyka nie wydaje się w ogóle spóźniona wobec dokonań anglosaskich wykonawców - co, jak na polski album z tamtych lat, jest prawdziwym fenomenem.

Ocena: 7/10



Czesław Niemen - "Enigmatic" (1969)

1. Bema pamięci żałobny rapsod; 2. Jednego serca; 3. Kwiaty ojczyste; 4. Mów do mnie jeszcze

Skład: Czesław Niemen - wokal i organy; Tomasz Jaśkiewicz - gitara; Janusz Zieliński - bass; Czesław Bartkowski - perkusja
Gościnnie: Michał Urbaniak - saksofon i flet (2,3); Zbigniew Namysłowski - saksofon (2,3); Zbigniew Sztyc - saksofon (2,3); Alibabki - chórki (3-4); Romuald Miazga - kierownictwo chóru (1)
Producent: Zofia Gajewska


24 komentarze:

  1. Tak jak nie znoszę Brekałtów, tak adoruję Niemna od SnuOWarszawie do Aerolitu. To był GOŚĆ. Prawdziwie niezależny ARTYSTA
    peiter

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie chcę wyprzedzać faktów, prawdopodobnie nawet nie zrecenzujesz tu tej płyty, ale zobacz co Niemen wyprawiał na ostatnim "Spodchmurykapelusza" To będzie trauma większa od Ok Computer (nie żartuję, chociaż ja OkC aż tak nie przeżyłem) i powrót do polifonicznych dzwonków z początku wieku. Żeby potem nie było - ostrzegałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady z tym OK Computer. To jest dość ciekawa muzyka. Nie brak na tej płycie przynudzania, ale aranżacje są świetne, a i dobre piosenki również się tam znajdą - choćby dwie pierwsze. A, tu się zgodzę, te późne nagrania Niemena są okropne.

      Usuń
    2. Widzę, że mocno zmieniłeś zdanie o Radiohead po Open'erze.

      (Fajnie, że nie piszesz już jako "anonimowy".)

      Usuń
    3. Piszę raz tak, raz tak ;) I zdanie zmieniłem chronologicznie po openerze, ale najmocniej zmieniłem po tym: https://www.youtube.com/watch?v=HeHqt9YcVDs&t=1042s

      Usuń
    4. A występ w z openera jest tutaj i to w dobrej jakości: https://www.youtube.com/watch?v=DL2HMAIafRQ&t=1s Pierwszy utwór możesz pominąć, ale reszta naprawdę robi wrażenie!

      Usuń
    5. Ej, faktycznie niezły ten pierwszy link! Muzycznie rewelacja, wokal czasem irytujący, ale czasem naprawdę spoko. Po tym, co słyszałem na płytach, nie spodziewałem się, że ten zespół może mnie tak pozytywnie zaskoczyć. A z występu na Open'erze widziałem wcześniej jakieś fragmenty i nie porwało mnie. Może trzeba całości posłuchać ;)

      Co do komentarzy, to akurat Twoje są jednymi z najbardziej wartościowych (poznałem dzięki nim mnóstwo świetnej muzyki!), zawsze bardzo merytoryczne (jak ten poniżej, bo domyślam się, że też go pisałeś), więc trochę chyba szkoda pisać je "z ukrycia". Inni anonimowi nie mają zwykle nic ciekawego do powiedzenia. Najgorzej, jak pod jednym wpisem pojawia się kilku anonimowych i każdy ma inne zdanie ;) A nie mogę wyłączyć pisania jako anonim, bo wtedy wyłączyłbym też opcję "Nazwa/adres URL" i komentować mogłyby tylko osoby z kontami Google lub WordPress.

      Usuń
    6. Miło mi to słyszeć :) Zwłaszcza, że nierzadko płyty, które Ci polecam przekuwasz w recenzje, które czytają inni! Choć z drugiej strony gdybyś olał to co tu czasami postowałem i pisał teraz o jakichś klonach najsławniejszych kapel rockowych sprzed pół wieku miałbyś pewnie większą popularkę! Tak to już w życiu jest ;)

      Usuń
    7. Na pewno inaczej by tu teraz wyglądało. Do części z tych polecanych rzeczy pewnie w końcu bym dotarł inną drogą, ale na pewno zajęłoby mi to znacznie więcej czasu. Więc dobrze, że chciało Ci się polecać tu tyle tytułów, jestem za to bardzo wdzięczny ;) Z drugiej strony, polecano mi tu także dużo epigońskiego rocka, który jednak w większości do mnie zupełnie nie trafiał i odmawiałem jego recenzowania. Dlatego nie sądzę, żebym teraz pisał o samych klonach. No, w każdym razie nie pozytywnie. A co do popularności, to myślę, że spadłaby właśnie wtedy, gdybym pisał tylko o jakiś nieznanych nikomu klonach Led Zeppelin czy Black Sabbath. Natomiast w tym roku poczytność wzrosła o jakieś 50% względem poprzedniego ;) Może i pod jazzowymi recenzjami nie ma wielu komentarzy, ale ostatnio dostaję więcej próśb o zrecenzowanie różnych jazzmanów, niż grup rockowych.

      Usuń
    8. No przyznam, że nie spodziewałem się tak wysokiej oceny dla jakiejkolwiek płyty Radiohead, szczególnie po ocenie "OK Computer". Ten koncert naprawdę taki dobry?

      Usuń
    9. Tak. Ale niemal wcale nie przypomina to Radiohead z pierwszych czterech albumów studyjnych (późniejszych nie znam). Różnica jest mniej więcej taka, jak między studyjną a koncertowymi wersjami "Still I'm Sad" Rainbow.

      Usuń
    10. Skoro fluchcisz na wokalistę Rdhd to znaczy, że nie słyszałeś Suede. Tam dopiero są rozdeptane jaja i zniewieścienie

      Usuń
  3. Jest to najstarszy album Niemena, który lubię. Choć, nie ma co kryć, że nie zawsze tak było. Enigmatic na długie lata zahamował moje zainteresowanie tym artystą. I chodzi nie tylko o to okropne wycie Alibabek, ale o całokształt, bo to połączenie proga z soulem nie bez powodu jest tak rzadkie, po prostu mało komu odpowiada taka muzyka. Tak naprawdę wielkimi płytami Niemena są dopiero Vol1 i Vol2. To faktycznie arcydzieła. Do tego dołączyłbym nagrania z grupą Aerolit i może jeszcze Strange Is This World, choć to już raczej płyta dla progowych maniaków.

    Natomiast to, co z twórczości Niemena podsuwa się na ogół początkującym słuchaczom, czyli właśnie Enigmatic, Czerwony Album i Mourner's Rhapsody to absolutne pudło i chyba jakiś przejaw konfliktu pokoleń, bo naprawdę nikt młody, kogo znam, po usłyszeniu tych płyt nie miał ochoty na zagłębianie się w muzykę Niemena. Wiem, że masz w zwyczaju lecieć tu z recenzjami wedle chronologii wydawniczej, ale polecałbym akurat w wypadku Niemena jakoś wyraźnie zaznaczyć, które płyty będą interesujące dla kogokolwiek poza łysiejącymi facetami z Doliny Charlotty, a które są typowymi wykopaliskami z tatowej półki na płyty ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jedna z najlepszych płyt Niemena bez wątpienia.Prócz tej płyty to Czerwony Album, Marionetki, Aerolit i pozostałe z lat 70-tych to był kawał porządnego rockowego grania z dużym naciskiem na jazz, awangardę czy elektronikę. Wyjątkiem jest folkowa moim zdaniem słabiutka płyta Niemena z songami rosyjskimi i druga LP muzyka teatralna i telewizyjna na której się udzielał do muzyki Kurylewicza. Ale uważam że nie pasował do takiej muzyki choć "Dobranoc" stał się jednym z większych jego przebojów. I jedynie ten utwór trzyma jakiś tam poziom i na siłę można by go umieścić jako balladowy przerywnik od ciężkiego progresywnego grania.Reszta to jazzowo-smętne popłuczyny jakieś jak najbardziej pasujące do jazzowej wokalistki Wandy Warskiej a nie pasujące do Niemena. Lata 80 to już nie jest to, już elektronika nim zawładnęła na dobre a rock spadł na dalszy plan. Takim przykładem był bezpłciowy album Post Scriptum z też wielkim przebojem "Nim przyjdzie wiosna".Tam już było za dużo elektroniki a mniej rockowej pasji. Im później tym było gorzej.Najlepszy Niemen to moim zdaniem to lata 70-te.

    OdpowiedzUsuń
  5. a nie chciałoby Ci się zrecenzować czegoś mniej oklepanego niż Niemen czy Brakeout, a zarazem nie tak egzaltowanego jak jazz?

    ograniczanie się do muzyki góra z początków lat 70 to ślepy zaułek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdemu nie dogodzę i nie mam takiego zamiaru. Będę pisał o tym, na co akurat mam ochotę. Jeśli ktoś będzie chciał to przeczytać - to bardzo fajnie. Jeśli nie - dla mnie to żaden problem. Gdyby mi zależało na jeszcze większej poczytności, to pisałbym o bardziej popularnych obecne wykonawcach, niż Breakout czy Niemen.

      A recenzje mniej oklepanych, nowszych i niejazzowych albumów też się tu pojawiają. Nawet w ostatnim czasie było kilka. Ale jakoś nikt nie napisał tam nic, co by motywowało do częstszego sięgania po takie rzeczy. Widocznie stali Czytelnicy mają inne oczekiwania od Ciebie.

      PS. Nie używaj wyszukanych słów, jeśli nie znasz ich znaczenia.

      Usuń
  6. Witam,
    Na wstępie chciałbym podziękować twórcy za stworzenie tego bloga, dzięki któremu poznałem wielu świetnych wykonawców ze złotej ery rocka. Na tego bloga natrafiłem poraz pierwszy w styczniu zeszłego roku, gdy będąc w drugiej klasie gimnazjum zainteresowałem się klasyką hard rocka i szukałem recenzji albumu "Goodbye" Cream, który obok debiutu Black Sabbath zainteresował mnie na dobre muzyką rockową z przełomu lat 60.
    i 70. (wcześniej dzięki mojemu bratu pobieżnie słuchałem zespołów metalowych dla dzieci pokroju System of a Down, później trafiłem na Wolfmother, który otworzył drzwi do zapoznania się z klasycznym hard rockiem, którym się insprowali). W miarę upływu czasu rozszerzyłem swoje horyzonty o wykonawców psychodelicznych, progresywnych i bluesrockowych, w czym bardzo pomogła mi ta strona :)
    Mam jedno pytanie - czy znasz może wykonawców bluesowych i jazzowych, w których muzyce dużą rolę odgrywają perkusyjno-basowe improwizacje? Mam na myśli coś w stylu intra "How Many More Times" Zeppelinów, czy też utworów "Burning Down" Svvamp oraz "Przyszła do mnie bieda" i "Piękno" Breakoutów. Jeszcze raz bardzo dziękuję, Twoja praca pozwoliła mi na zainteresowanie się muzyką i rozszerzenie swoich horyzontów, zapoznałem też kilku swoich rówieśników (głównie słuchających AC/DC, Zeppelinów, jeden z nich znał też wcześniej Buffalo) z wieloma mniej znanymi geniuszami hard rocka, powoli naprowadzam ich na coraz ambitniejszych wykonawców pokroju SBB :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj ;) Cieszę się, że tu trafiłeś i odkryłeś polecaną przeze mnie muzykę.

      Jeżeli chodzi o Twoje pytanie, to w bluesie (w przeciwieństwie do blues rocka) improwizacje nie są tak częstym zjawiskiem, jak mogłoby się wydawać. Jeśli już, to są to raczej gitarowe improwizacje. Natomiast jazz - ten ambitniejszy, o którym tu piszę - to już praktycznie same improwizacje, na wszystkich możliwych instrumentach ;) Niestety, w tej chwili przychodzą mi na myśl tylko dwa utwory, w których pojawia się to, czego prawdopodobnie szukasz - "Mr. P.C." Johna Coltrane'a, oraz "So What" Milesa Davisa.

      Liczę na to, że będziesz się tutaj częściej udzielał (może nie jako "anonimowy"?) i gorąco pozdrawiam!

      Usuń
    2. Jeśli chodzi o Davisa, znam box set "The Complete Jack Johnson Sessions", mam planach również zapoznanie się w przyszłości z jego pozostałymi albumami, także tymi mniej zahaczającymi o jazz rock, choć mam awersję do dęciaków (z wyjątkiem fletu, świetnie wykorzystywanego m.in. przez muzyków krautrockowych), lecz mam nadzieję, że stopniowo się do nich przekonam. Bardzo dziękuję za odpowiedź!

      Usuń
    3. "Jack Johnson" to najlepszy wybór na początek dla rockowych słuchaczy ;) Jako następny polecam "In a Silent Way", a potem już w dowolnej kolejności pozostałe, trochę trudniejsze albumy z elektrycznego okresu Davisa (trwającego od 1968 roku do końca lat 70.). A ze stricte jazzowych wydawnictw przede wszystkim "Kind of Blue" - to jest taki album, który każdy powinien znać, bez względu na swoje muzyczne preferencje. Klasyk nad klasykami. Jak "The Dark Side of the Moon" ;)

      Też kiedyś nie znosiłem dęciaków. Do tego stopnia, że jeśli wiedziałem, że są na jakimś albumie, to nie chciałem go nawet przesłuchać. Do wszystkiego jednak można się przekonać. Mnie udawało się to stopniowo, najpierw dzięki Pink Floyd, później King Crimson. Teraz bardzo je lubię (o ile nie są tak nachalne i dominujące nad resztą instrumentów, jak np. u grupy Chicago). Warto pozbyć się wszelkich uprzedzeń, bo wtedy można w pełni cieszyć się całym bogactwem muzyki. Zarówno surowym rockowym graniem w stylu Hendrixa czy Black Sabbath, jak i przebogatą aranżacyjnie i brzmieniowo twórczością Gentle Giant, ale też zupełnie innymi gatunkami.

      Usuń
  7. Niemen tym albumem ujawnia swój wielki talent do komponowania niebanalnych rzeczy. Pierwszy utwór niezwykle czaruje swoim klimatem. Świetny sposób, by połączyć poezję z muzyką. Krytykowanie Alibabek to chyba już tradycja :D. Mnie również niezwykle przeszkadzają. Lata 60-te i 70-te były naprawdę złotym okresem dla polskiej muzyki. Co sądzisz o muzyce Krzysztofa Klenczona? Słuchałeś czegoś Trzech Koron?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie Przejdziemy Do Historii
    peiter

    OdpowiedzUsuń
  9. Co do Klenczona to radzę posłuchać jego utworów "Nie przejdziemy do historii" "Piosenka o niczym" czy "Spotkanie z diabłem" z jego debiutanckiej płyty z zespołem Trzy Korony. Kawał hard rockowego grania. Tak ostro nie grał w Polsce nikt wtedy jeszcze. I nie tylko tych utworów z tej płyty. Są też tam big bitowe przeboje ale ich nie jest wiele. Być może dlatego nie słuchałeś Klenczona jeszcze bo wszyscy z niego usilnie robią bigbitowca a muzykę zaliczają do tego gatunku a nawet popu. Co jest błędne. Bo Klenczon grał ostrzej od choćby zaliczanych do gigantów polskiego rocka SBB. Nie zważaj na opinie eskpertów muzycznych tylko posłuchaj tych utworów i tej płyty. Nawet 10 w skali Boeforta to piosenka rockowa a nie żaden pop. Klenczon jest wart poznania.

    OdpowiedzUsuń