1 stycznia 2017

[Artykuł] 50 lat temu... Przełomowy rok 1966

W historii muzyki było kilka wyjątkowych roczników. Pierwszym z nich był rok 1959, który przyniósł kilka jazzowych arcydzieł, mających odmienić oblicze muzyki (m.in. "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Time Out" kwartetu Dave'a Brubecka, czy "The Shape of Jazz to Come" Ornette'a Colemana). Jednak pod względem przełomowości żaden rok nie może się równać z 1966. Był to kolejny bardzo dobry rok dla jazzu, ale zarazem pierwszy tak dobry dla muzyki rockowej, która właśnie wtedy przestała być czystą rozrywką, a zaczęła zdradzać artystyczne ambicje.



Tak naprawdę, zmiany zaczęły się już pod koniec 1965 roku, wraz z albumem "Rubber Soul" The Beatles, a nawet pół roku wcześniej, gdy zespół wydał "Help!". Oba albumy pokazały (w różnym stopniu, na "Rubber Soul" zdecydowanie bardziej) większą dojrzałość kompozytorską muzyków, wykorzystanie szerszego instrumentarium, a także inspiracje wykraczające poza rock and roll i rhythm and blues, sięgające muzyki klasycznej czy amerykańskiego folku (wpływ Boba Dylana). Ukoronowaniem tych eksperymentów był wydany już w 1966 roku album "Revolver", który już w całości zachwyca pomysłowymi aranżacjami, bogatym instrumentarium, producenckimi sztuczkami i coraz ciekawszymi inspiracjami, tym razem sięgającymi aż muzyki hindustańskiej

Za Beatlesami wkrótce podążyli inni wykonawcy. Z inspiracji ich eksperymentami, a także wpływów bluesa, folku, jazzu i muzyki indyjskiej (oraz środków odurzających) powstał rock psychodeliczny. Już w 1966 roku styl ten został w pełni zdefiniowany takimi albumami, jak "Revolver", "Fifth Dimension" The Byrds, "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" 13th Floor Elevators, "Roger the Engineer" The Yardbirds, czy "Da Capo" Love (na tym ostatnim znalazł się pierwszy w historii rocka utwór zajmujący całą jedną stronę płyty winylowej - 19-minutowy "Revelation"). Jeszcze bardziej eksperymentalny charakter ma debiut Franak Zappay i jego Mothers of Invention, zatytułowany "Freak Out!". Nawet The Rolling Stones postanowili nieco poeksperymentować i na albumie "Aftermath" rozszerzyli instrumentarium m.in. o sitar, wibrafon i dulcimer. Nie wypada nie wspomnieć o "Pet Sounds" The Beach Boys, który nie tylko rozwinął dźwiękowe eksperymenty Beatlesów, ale także jest uznawany za pierwszy album koncepcyjny. Dość ważnym wydawnictwem jest też "A Quick One" The Who, z tytułową kompozycją, będącą de facto sześcioma różnymi utworami o spójnej warstwie tekstowej - w późniejszych latach z takiego rozwiązania ochoczo czerpali inni wykonawcy.

The Beatles w New Delhi (lipiec 1966).

Równolegle powstał inny rockowy nurt - blues rock. Za jego twórcę należy uznać Johna Mayalla, który w 1966 roku wydał swój pierwszy studyjny album - sygnowany wspólnie z Erikiem Claptonem "Blues Breakers". Muzycy zaproponowali na nim ekscytujące połączenie bluesowych patentów z rockową energią, które przez kilka kolejnych lat miało inspirować sporą rzeszę muzyków. Choć trzeba odnotować, że zaledwie miesiąc później ukazał się inny album, który równie dobrze połączył te dwa elementy - "East-West" The Butterfield Blues Band, w którym występował świetny gitarzysta Mike Bloomfield. Album przy okazji poszerzył granice blues rocka, dodając także silne wpływy jazzowe i psychodeliczne (w utworach "Work Song" i "East-West"). Jeszcze w tym samym roku Clapton, wspólnie z Jackiem Bruce'em i Gingerem Bakerem, założył trio Cream. Choć wydany w grudniu "Fresh Cream" jest dość zachowawczym połączeniem bluesa i psychodelii, tak kolejne wydawnictwa grupy podłożyły solidne fundamenty pod cięższe odmiany rocka. Tymczasem grupa Monks na albumie "Black Monk Time" wymyśliła punk rock. W 1966 roku wciąż dobrze miała się też muzyka folkowa - Bob Dylan wydał podwójny album "Blonde on Blonde", ponadto ukazały się obiecujące debiuty Roya Harpera ("Sophisticated Beggar"), Tima Buckeya ("Tim Buckley") i folkrockowej grupy Buffalo Springfield ("Buffalo Springfield").

Blues Breakers: John Mayall, Eric Clapton i John McVie.

Wiodącym gatunkiem był jednak wciąż jazz. Rok bezsprzecznie należał do Johna Coltrane'a, który wydał jedno ze swoich największych arcydzieł, "Ascension", a także jego udaną kontynuację, "Meditations", oraz koncertówkę "Live at the Village Vanguard Again!". Ogólnie był to mocny rok dla free jazzu - ukazały się wtedy także tak istotne albumy, jak "Mama Too Tight" Archiego Sheppa, "Unit Structures" Cecila Taylora "Complete Communion" Dona Cherry'ego, "The Magic City" (i kilka innych wydawnictw) Sun Ra, ale też wiele mniej znanych, jak np. "Staying on the Watch" Sonny'ego Simmonsa, "Marion Brown Quartet" Mariona Browna, "Spirits Rejoice" Alberta Aylera, "Sound" Roscoe Mitchell Sextet, czy eponimiczny longplay Sunny'ego Murraya. Ponadto wydany został album "New Thing at Newport" z fragmentami występów Coltrane'a i Sheppa na tytułowym festiwalu.

John Coltrane w Van Gelder Studio.

Skoro o koncertowych wydawnictwach mowa, to trzeba też wspomnieć o "Four & More" Milesa Davisa, "At the Golden Circle Stockholm, Volume One" Ornette'a Colemana, "Right Now: Live at the Jazz Workshop" Charlesa Mingusa, "Live at Monterey" Don Ellis Orchestra, oraz "Recorded Live at the Monterey Jazz Festival" Johna Handy'ego. Ten ostatni album to prawdziwy prekursor nurtu fusion - inspirację nim słychać w późniejszych dokonaniach Davisa, Mahavishnu Orchestra, czy nawet King Crimson. Miles w tym roku nie wydał nic poza wspomnianą koncertówką, ale aktywni byli członkowie jego kwintetu - Wayne Shorter wydał dwa albumy (słynny "Speak No Evil" i bardziej awangardowy "The All Seeing Eye"), po jednym opublikowali Herbie Hancock (jeszcze słynniejszy "Maiden Voyage") i Tony Williams ("Spring"), a Ron Carter był rozrywanym sidemanem, który wystąpił w sumie na kilkunastu wydanych w tym roku albumach (w tym wspomnianych wyżej wydawnictwach Shortera i Hancocka).

Herbie Hancock.

Jednym z najważniejszych i najlepszych albumów tego roku jest także "Astigmatic" Krzysztofa Komedy, udowadniający, że nie tylko czarnoskórzy Amerykanie potrafią grać dobry jazz. Innym przykładem może być eponimiczne wydawnictwo kwartetu Zbigniewa Namysłowskiego. Co jak co, ale akurat polski jazz był na światowym poziomie, nawet w tamtych (a raczej: zwłaszcza w tamtych) czasach. Wracając do Stanów, warto też wspomnieć o albumach Joego Hendersona ("Inner Urge", "Mode for Joe"), Lee Morgana ("Search for the New Land"), Jackiego McLeana ("Right Now!"), Larry'ego Younga ("Unity"), Bobby'ego Hutchersona ("Components"), Billa Evansa i Jimiego Halla ("Intermodulation"), Arta Blakeya i jego The Jazz Messengers ("Indestructible"), oraz Dona Friedmana ("Metamorphosis").


Subiektywny ranking albumów rockowych i około-rockowych:
  1. "East West" The Butterfield Blues Band
  2. "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona
  3. "Fifth Dimension" The Byrds
  4. "Revolver" The Beatles
  5. "Aftermath" The Rolling Stones
  6. "The Psychedelic Sounds of..." The 13th Floor Elevators
  7. "Fresh Cream" Cream
  8. "Da Capo" Love
  9. "Buffalo Springfield" Buffalo Springfield
  10. "Blonde on Blonde" Boba Dylana

Subiektywny ranking albumów jazzowych:
  1. "Ascension" Johna Coltrane'a
  2. "Astigmatic" Comeda Quintet
  3. "Recorded Live at Monterey Jazz Festival" Johna Handy'ego
  4. "Right Now: Live at the Jazz Workshop" Charlesa Mingusa
  5. "Inner Udge" Joego Hendersona
  6. "At the Golden Circle Stockholm" Ornette'a Colemana
  7. "Four & More" Milesa Davisa
  8. "Meditations" Johna Coltrane'a
  9. "The All Seeing Eye" Wayne'a Shortera
  10. "Maiden Voyage" Herbiego Hancocka

12 komentarzy:

  1. Dodałbym z pewnością Monks - Black Monk Time, bo to jeden z pierwszych albumów z rockiem eksperymentalnym w historii. I świetna muzyka, tak poza tym. No i jazz: Coltrane, Davis, Don Cherry, John Handy, Herbie Hancock, Krzysztof Komeda (!) i wielu innych wydało wówczas sporo błyskotliwych albumów, z których przynajmniej część miała niebagatelny wpływ na późniejsze dokonania artystów rockowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero teraz zrozumiałem, że trochę w błąd wprowadziłem tym tytułem, bo ten tekst od samego początku miał pokazywać jak zmieniła się w tym roku muzyka rockowa - i dlatego zostały w nim opisane wyłącznie rockowe albumy ( i dwa bardziej folkowe, ale jednak o rock zahaczające).

      Usuń
  2. Tak - pomijając wyliczanie grających już wówczas grup/band'ów - to z pewnością przełomowy rok z powszechnym komunikatem - TERAZ MY !

    OdpowiedzUsuń
  3. Zrecenzujesz pozostałe płytki o których tam wspominasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie tak, ale nie w najbliższym czasie.

      Usuń
  4. Świetny rok dla rocka, świetny blog dla jego słuchaczy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy stosunkowo niska pozycja "Revolvera" w rankingu (za dwoma albumami 9/10) oznacza, że nie jest to już dla Ciebie płyta na maksymalną ocenę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie. "Revolver" ma maksymalną ocenę także z przyczyn obiektywnych, a nie tylko subiektywnych. "Blues Breakers" i "Fifth Dimension" to także bardzo ważne i wpływowe albumy, ale niestety nie w całości - na pierwszym oprócz wyprzedzającego swój czas grania jest też trochę archaicznego bluesa, a na drugim oprócz nowatorskich eksperymentów są też zwyczajne kawałki folkowe. I to mnie powstrzymuje przed daniem im najwyższej oceny. Co nie zmienia faktu, że obecnie słucham ich z większą przyjemnością, niż "Revolvera".

      Usuń
    2. Czyli aby album miał 10, każdy utwór na nim musi być genialny albo bardzo dobry? Dla mnie na "Revolverze" też jest kilka może nie przeciętnych, ale tylko fajnych fragmentów, np. "Good day sunshine" albo "I want to tell you". W ogóle, oprócz paru arcydzieł proga i jazz rocka, trudno znaleźć taki ideał.

      Usuń
    3. Nie jest to regułą. Też uważam, ze na "Revolver" są też utwory tylko dobre, ale każdy ma jakiś fajny, nietypowy smaczek, który czyni go czymś wyjątkowym, zwłaszcza jak na 1966 rok.

      Przed chwilą zakończyłem prowadzić na forum ani o rocku ani o metalu plebiscyt na najlepszy album tego roku. Wyniki tak wyglądają: link.

      Usuń
    4. Podoba mi się ta lista. Widać, że użytkownicy są dobrze osłuchani i nie głosują tylko na najpopularniejsze płyty. Tak jak w tym plebiscycie zwyciężył jeden z faworytów (choć "Revolver" poza 10 to jednak zaskoczenie), tak muszę się przyznać, że z szybko przejrzanych przeze mnie pozostałych lat o wielu czołowych miejscach jeszcze nie słyszałem.

      Usuń
    5. Bo to jest forum, którego użytkownicy słuchają głównie jazzu i awangardy. Dlatego 11. pozycja "Revolver" i cztery inne niejazzowe albumy w pierwszej dwudziestce to i tak dobry wynik.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.