17 listopada 2016

[Recenzja] Metallica - "Hardwired... to Self-Destruct" (2016)



Metallica to zespół budzący skrajne emocje. Dla jednych należący do niekwestionowanej klasyki rocka, o której można mówić i pisać tylko z pozycji klęczek (a jak już krytykować, to tylko za "St. Anger" i "Lulu"). Dla innych Metallica skończyła się na "Kill 'em All" i trzeba ją gnoić za wszystko wydane później, bo nie jest to już czysty (albo żaden) thrash metal. Nie brakuje też oczywiście bardziej wyważonych opinii, z całą pewnością bliższych prawdy. Do końca lat 80. zespół nie schodził przecież poniżej wysokiego poziomu. Później, niestety, zaczęły się różne eksperymenty. Zespół wyraźnie zaczął podążać za muzycznymi modami, chcąc trafić do szerszej publiczności, co znacznie obniżyło jego wiarygodność i podzieliło fanów na dwa obozy. Powrót do cięższego grania na "Death Magnetic" nie zmienił tej sytuacji. Nie jest to zły album, ale zbyt wiele utworów ociera się o autoplagiat konkretnych kawałków z przeszłości. Zespół tak bardzo chciał odzyskać dawnych fanów, że posunął się zdecydowanie za daleko w przywołaniu klimatu dawnej Metalliki. Longplay dawał jednak nadzieję na przyszłość.

Ale lata mijały, a kolejny album nie nadchodził. Członkowie zespołu zdawali się angażować we wszystko, co popadnie, aby tylko jak najbardziej opóźnić rozpoczęcie prac nad nowym materiałem. Fakt, w międzyczasie ukazał się album "Lulu", ale był to tylko poboczny projekt, de facto niesygnowany nazwą zespołu (choć wykorzystywano ją do promocji). Wszystko wskazywało na to, że zespół nie jest w stanie sklecić tych kilku nowych kawałków, które będą mogły wypełnić nowy album. Jakież było zdziwienie, gdy przed kilkoma miesiącami - niemal osiem lat po premierze "Death Magnetic" - ogłoszono, że nowy album został już nagrany i ukaże się w listopadzie. Początkowo nawet myślałem, że to żart, w czym utwierdziła mnie zaprezentowana lista utworów (infantylne tytuły), nie wspominając już o okładce. Metallica nigdy nie miała dobrych okładek ("...And Justice for All" to wyjątek potwierdzający regułę), ale czegoś tak okropnego jeszcze nie było. Jest tu nawet jakiś pomysł - zerżnięty od Queen z ich albumu "The Miracle", ale jest - jednak wykonany został tandetnie, przez kogoś całkowicie pozbawionego dobrego smaku.

A jednak zespół naprawdę postanowił wydać album z taką okładką i takimi tytułami, co potwierdziło udostępnienie pierwszego singla, w postaci prawie-tytułowego "Hardwired", będącego zarazem otwieraczem longplaya. Utwór wprost nawiązuje do najlepszego okresu twórczości zespołu. Szybkie tempo, typowo thrashowe riffowanie, prosta struktura i wyjątkowo krótki - jak na współczesną Metallikę - czas trwania, ledwo przekraczający trzy minuty, zdają się nawiązywać do czasów "Kill 'em All". Tylko, że na debiucie mielibyśmy wrzeszczącego Hetfielda, a obecnie wokalista nie bardzo potrafi się dostosować do tego typu grania (i do tekstu), śpiewa za mało agresywnie. Drugi singiel, "Moth Into Flame", utrzymany jest w podobnie szybkim tempie, ale dzieje się w nim znacznie więcej, dobrą robotę robią dłuższe solówki gitarowe, nieco lepiej w całość wtapia się warstwa wokalna. Oba te utwory nie są jednak zbyt reprezentatywne dla całości. Poza nimi na albumie znalazł się tylko jeden tak rozpędzony kawałek - finałowy "Spit Out the Bone". To prawdopodobnie najbardziej agresywny utwór, jaki zespół nagrał w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, nawet jeśli w drugiej połowie nieco traci swój początkowy impet. Świetnie wypada tu natomiast krótkie basowe solo Roberta Trujillo - to jeden z najlepszych i najciekawszych fragmentów albumu.

Zdecydowanie więcej o całościowym charakterze "Hardwired... to Self-Destruct" mówi trzeci singiel, "Atlas, Rise!". Utrzymany w wolniejszym tempie, pozbawiony thrashowego łojenia, za to z bardziej uwypukloną warstwą melodyczną, dzięki czemu Hetfield lepiej odnajduje się wokalnie. Warto wspomnieć o partiach gitary solowej - bardzo melodyjnych, w klasycznie heavymetalowy sposób. Właśnie takie średnie tempa tu dominują. Ciężkie, nieco posępne (w niemal sabbathowym stylu) "Dream No More", "Confusion" i "Here Comes Revenge" przywodzą na myśl Metallikę z okresu "Czarnego albumu". Z kolei  "Now That We're Dead" (najbardziej przebojowy i najlepiej zaśpiewany kawałek na longplayu), "ManUNkind", "Am I Savage?" i "Murder One" nie są wcale odległe od mocniejszych fragmentów "Load" i "ReLoad", i mogłyby być ozdobą któregoś z tych wydawnictw. Spokojne wstępy trzech ostatnich mogą wprowadzić w błąd - ale przecież muzycy uprzedzali, że tym razem nie będzie żadnej ballady. Słowa dotrzymali, chociaż... Pierwsza część najdłuższej kompozycji "Halo on Fire" składa się z balladowych zwrotek i zaostrzonego, dość topornego refrenu. W drugiej, głównie instrumentalnej części utwór dość ciekawie się rozwija, nabiera polotu.

To, co nie do końca udało się na "Death Magnetic", tutaj wyszło naprawdę znakomicie. Nawiązania do przeszłości są oczywiste, ale tym razem muzycy nie przekraczają granicy autoplagiatu. Całość jest też równiejsza - może i nie ma tutaj wzlotów na miarę najlepszych fragmentów poprzednika (vide "All Nightmare Long", "Cyanide"), ale nie ma za to takich gniotów, jak jego najsłabsze momenty ("The Unforgiven III", "Suicide and Redemption"). Nie sposób nie wspomnieć o brzmieniu - muzycy na szczęście zrezygnowali z usług Ricka Rubina, przez którego "Death Magnetic" padł ofiarą tzw. "loudness war". Tutaj mastering nie jest aż tak głośny, ale mimo tego - przynajmniej bazując na mojej recenzenckiej kopii - zniekształcenia dźwięku się zdarzają. Muszę się też przyczepić do słabo słyszalnej gitary basowej. Są momenty, kiedy wysuwa się na bliższy plan - jak "Spit Out the Bone" czy mocno maidenowy wstęp "ManUNkind" - ale na ogół jest schowana w miksie (nie tak bardzo, jak na "...And Justice for All", ale jest).

Tak, jak już wspomniałem, "Hardwired... to Self-Destruct" to bardzo równy longplay, spójny stylistycznie - choć na swój sposób zróżnicowany - a także pozbawiony słabszych momentów. Bardzo dawno, bo od co najmniej ćwierćwiecza, nie udało się Metallice nagrać takiego albumu. Oczywiście ma on swoje wady, przede wszystkim wykonawcze (wokal Hetfielda, nie wspominając o jak zwykle kiepskiej grze Larsa Urlicha), może i kompozytorskie - bo choć utwory trzymają dobry poziom, to brakuje mi tu jakiejś perły, która dołączyłaby do klasycznych kompozycji zespołu. Mimo wszystko, jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony, żeby nie powiedzieć rozczarowany - przygotowywałem się już do napisania miażdżącej krytyki, ale podczas kolejnych przesłuchań przeważały jednak pozytywne wrażenia.

Ocena: 7/10

PS. Wydanie albumu na dwóch dyskach w wersji CD nie ma żadnego uzasadnienia - całość trwa poniżej 80 minut, więc bez problemu zmieściłaby się na jednej płycie. Nie chodzi tu o podział materiału na dwie odrębne części, ponieważ na obu dyskach wymieszane są utwory o różnym charakterze. Warto zauważyć, że identyczny podział ma wersja winylowa - ale tam uzasadnione jest to ograniczeniem czasowym płyt analogowych. W przypadku kompaktowej edycji jest to tylko niepotrzebne zwiększenie kosztu produkcji, a co za tym idzie - zwiększenie ceny, jaką musi zapłacić za album nabywca. Być może właśnie o to chodziło.



Metallica - "Hardwired... to Self-Destruct" (2016)

Disc 1: 1. Hardwired; 2. Atlas, Rise!; 3. Now That We're Dead; 4. Moth Into Flame; 5. Dream No More; 6. Halo on Fire
Disc 2: 1. Confusion; 2. ManUNkind; 3. Here Comes Revenge; 4. Am I Savage?; 5. Murder One; 6. Spit Out the Bone

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammett - gitara, dodatkowy wokal; Robert Trujillo - bass, dodatkowy wokal; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Greg Fidelman, James Hetfield i Lars Ulrich


35 komentarzy:

  1. Bardzo fajna płytka, nie spodziewałem się takiej. Chyba nawet najlepsza od czasów "Czarnego albumu". Dałbym jej oczko więcej. Nie ma wybitnych kompozycji, ale też żadna nie irytuje i nie zaniża poziomu. Lubię np. te maidenowe riffy z "Atlas, Rise!" czy agresję "Spit Out the Bone". Jest to też najlepiej brzmiący album co najmniej od czasów "ReLoad" (a może i jeszcze wcześniej). W ogóle zrobili fajną akcję promocyjną z tymi teledyskami do każdego utworu :)

    I zgadzam się z tym, że spokojnie można było to wydać w jednym CD, cały czas mnie zastanawia ten zabieg. Ale jak nie wiadomo o co chodzi...

    Bardzo zainteresował mnie wątek gry Larsa, możesz jakoś rozszerzyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urlich to słaby perkusista, który w zespole znalazł się tylko dlatego, że miał kontakty, które pomogły muzykom podpisać kontrakt ;) Porównaj tę jego prostą grę, sporadycznie urozmaiconą jakimś nieudolnym kombinowaniem (szczególnie na "...And Justice for All") z np. tym, co wyczynia Dave Lombardo na albumach Slayera ;)

      Usuń
    2. "...And Justice for All" to akurat popis Larsa, był wtedy w świetnej formie (choć wiem, że utwory można nagrać przy wielu podejściach) :)

      Usuń
    3. o ile mi wiadomo to Lars jest współzałożycielem więc wpisy o jego kontaktach są trochę nie na miejscu. Z kolei gówniany perkusista jest członkiem uznawanego za jednego z największych o ile nie największego giganta heavy metalu ;)

      Usuń
    4. Niezliczona ilość zespołów funkcjonuje dalej bez swoich współzałożycieli. A z założeniem Metalliki było tak, że Hetfield i Ulrich coś tam razem jamowali, ale jeszcze nie jako zespół. Ten pierwszy uważał drugiego za kiepskiego perkusistę bez żadnego doświadczenia (bo faktycznie nie grał wcześniej w żadnym zespole), ale kontynuował z nim wspólne granie, bo dzięki niemu poznawał dużo europejskiej muzyki, o której wcześniej nie miał pojęcia ;) I pewnie na tych jamach by się skończyło, gdyby Ulrich nie zgłosił się do wytwórni Metal Blade Records i nie zaklepał miejsca na składance "Metal Massacre". Dopiero wtedy zapadła decyzja o znalezieniu dodatkowych muzyków i stworzeniu zespołu. A Ulrich od tamtej pory zajmował się biznesową stroną działalności, więc był cennym członkiem, mimo swoich ograniczeń jako perkusista.

      Usuń
    5. Jak już jesteśmy przy ocenianiu muzyków, to co sądzisz o Hetfieldzie i Hammecie jako gitarzystach (lub ewentualnie o basistach zespołu)?

      Usuń
    6. Obecnie Hetfield i Hammet nie potrafią już tworzyć tak dobrych riffów i solówek, jak w latach 80. Cliff Burton był jednym z najlepszych metalowych basistów, a Trujillo też jest niezły, co bardziej niż na nowym albumie słychać na "Death Magnetic".

      Usuń
    7. W kwestii Larsa Ulricha gospodarz ma 100% racji. Jest wręcz zdumiewająco dlań delikatny. Lars to fatalny perkusista, prawdopodobnie najgorszy w zawodowej muzyce w ogóle, który w najlepszych dla siebie czasach (czyli latach 80' naturalnie) był po prostu kiepski - wystarczy porównać go do któregokolwiek z metalowych pałkarzy, żeby zobaczyć, że dzieli ich przepaść - , a teraz gra na poziomie totalnego amatora, takiego po kilku pierwszych lekcjach. Obecnie każdy kawałek jest przez niego po prostu masakrowany, brzmi tak, jakby do ścieżki muzycznej zespołu Metallica jakiś dzieciak dograł dla jaj swoje byle jakie naparzanie na kotłach. Dramat.

      Ludzie, którzy bronią Larsa pisząc, że nie, on wcale nie taki zły, wręcz dobry, praktycznie zawsze - 100 na 100 - okazują się być dzieciakami, którzy nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Nie ma nawet sensu odsyłać takich osób do perkusistów jazzowych, wystarczy posłuchać jak brzmiała Metallica na koncertach z Davem Lombardo, żeby przekonać się jak straszliwie Ulrich ciągnie ich wszystkich w dół...

      Usuń
    8. Głównym problemem Ulricha jest to, że nie rozwinął się jako perkusista. W latach 80. często grał znakomicie, ale w okolicach "Czarnego albumu" i "Loadów" nieźle się rozleniwił, a efekty tego obecnie widać i słychać :)

      Akurat gry Larsa na "Justice" będę bronił - niby studyjnie można dogrywać czy ulepszać, mimo to wiele momentów nadal robi wrażenie. "Dyers Eve" to wręcz popisowy numer pod względem perkusji.

      Usuń
  2. O cenę raczej nie chodzi bo album ma kosztować w granicach 50zł. Dla mnie nowa Meta to obok "Super Collider" najgorszy gniotek wygenerowany przez starą gwardię thrashu w XXI wieku.....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pewnej polskiej sieci sklepów album kosztuje 55 pln. Dla porównania "Brotherhood of the Snake" Testamentu lub "Dystopię" Megadeth można tam nabyć za ok. 36 pln każdy.

      Usuń
    2. Rolu, nie poznaję... ale poczekam na recenzję. Jednak po wysłuchaniu pierwszej płyty, jako że znam poprzednie dokonania zespołu, dałbym 2-3 oczka mniej. Drugiej nie dałem rady wysłuchać od razu, może w weekend. Ale to znamienne że nie doszedłem nawet do połowy, a dostałem w kość na tyle że nie miałem przyjemności słuchać dalej.

      Co do Ulryka - sprzeciw!

      Usuń
  3. Dzień przed premierą? ;) Na LU na początku grudnia będzie podcast bo jeszcze się osłuchujemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze staram się recenzować nowości na dzień przed premierą ;) Długie osłuchiwanie się chyba nie ma większego sensu - recenzje i tak są tylko zapisem opinii z danego momentu, która za tydzień czy miesiąc może być już inna. Kilkakrotne przesłuchanie powinno wystarczyć, żeby dobrze poznać dane wydawnictwo.

      Usuń
  4. Co do recki Pawla - plyte oceniam podobnie (75%), zdecydowanie najlepsze wydawnictwo od Czarnego Albumu. Brakuje mi jedynie jakiegos takiego super-kawalka, klasyka. Co do wokalu James'a - zgoda. Co do Larsa, moze nie jestem jego fanem, ale nie zgodze sie ze jest to zly perkusista :) Mysle, ze plyte nalezy tez docenic ze wzgledu na fakt, ze takie wydawnictwa ukazuja sie juz coraz rzadziej (Na ktore czeka sie i ktore przywoluja ducha dawnych lat)

    OdpowiedzUsuń
  5. W przypadku Metallicy odbiór ich nowych wydawnictw zależy od oczekiwań słuchaczy. Dla tych, którym bliższe są ich płyty wydane w latach 90tych, mogą być zadowoleni.
    Natomiast ci, dla których Metallica to jeden z prekursorów thrashu, będą srogo zawiedzeni. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy. Nie wiem, może nie potrzebnie liczyłem, że Meta jest w stanie (a przede wszystkim jeszcze chce) nagrać szybki, agresywny, thrashowy album z porządnym pierd..ięciem.
    No niestety nowy album na pewno taki nie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej odbiór zależy od oczekiwań, ale aż tak nie uogólniałbym komu ten album może się podobać. Dla mnie Metallica to też przede wszystkim dokonania z lat 80. Ale nie chciałbym, żeby teraz tak grali. Przykład "Death Magnetic" pokazuje, że powrót do tamtego stylu będzie w najlepszym wypadku autoplagiatem, jeśli nie autoparodią. Tak jest też z utworem "Hardwired", który udowadnia, że muzycy już "nie czyją" takiej muzyki i grają ją pod presją fanów. Na szczęście nie ma na nowym albumie wielu takich fragmentów (a te pozostałe, "Split Out the Bone" i "Moth Into Flame", wypadają znacznie lepiej). W pozostałych utworach grają bliżej swojej twórczości z lat 90., ale jest to poziom tych lepszych rzeczy z tego okresu. Nie ma tu jakiś eksperymentów z country czy innych dziwactw ;)

      Usuń
    2. Dla mnie to w ogóle niespodzianka, że nagrali tak dobry i równy materiał, lepszy niż na "Death Magnetic" (dla mnie tej płyty słucha się ciężko w całości, również z powodu beznadziejnego brzmienia). "Loady" miały za to dobrą produkcję, ale były bardzo nierówne. Najnowsza płytka łączy ich najlepsze cechy (+ dodaje świetny finałowy wymiatacz "Spit Out the Bone", który za parę lat będzie klasykiem koncertowym).

      Usuń
    3. Ja bym wziął poprawkę, że stety/niestety dla metalliki wypracowali sobie taką pozycję, że cokolwiek by nie wydali ma za chwilę całe grono adwersarzy. dlaczego? dlatego że jest w modzie przywalić mecie.nie wydawali przez tyle lat płyty, ale w międzyczasie cały czas koncertowali, wydali film, czy udany,czy nie, ale pochłonął mnóstwo czasu przy realizacji, promocji, produkcji. a sam koncert został zrobiony w 3d - to nie jest bułka z masłem. drugie - ich festiwal, finansowo klapa, ale to też dowód, że nie siedzieli na tyłku jak inne kapele, a coś chcieli innego zrobić, liznąć zupełnie innych rzeczy. trasa by request - wkurzało jak stojąc na narodowym widziałeś jamesa zachęcającego do głosowania, i nawet wiele nuemrów się powtarzało, bo to klasyki, ale whiskey, czy orion i ktulu - usłyszeć to za jednym razem ? matko - pobożne życzenie.

      to nie jest kapela typu blink 182, czy good charlotte. to jest marka. płacą za swoją popularność, ale sami tego chcieli. linkin park nagrał komletnie co innego na trzeciej, czwartej płycie a nie został za to zjechany, a wręcz pochwalony za szukanie. meta zrobiła st. anger, meta zrobiła load, zaryzykowali wiele i moim zdaniem nie przegrali. stracili wielu fanów. ale na pewno zrobili coś też dla siebie.

      hardwired to album dla mnie równy, choć dwa numery bym wywalił i faktycznie zmieścił to na 1 cd. wersja deluxe jest tu must have. dostajemy lord of summer, czyli defacto 13-nowo wydany numer. dosatjemy trzy covery, które uwielbiam.

      można nie znosić okładki (ja jej nie lubię), można popsioczyć na długie numery (nie do końca podobają mi się wszystkie)ale ogólnie dostałem album na którym łącznie mam przynajmniej 10 numerów które są dla mnie 9/10. co z resztą? może się przekonam, ale czy jest ktos dzisiaj kto wydaje album i wszystko tam jest cacy? dwa,trzy numery (w tym dwa single - ac/dv watch) i cześć. reszta odrzewanie podeszwy na starym oleju.

      Usuń
    4. Masz trochę racji, ale... Czego oczekują fani? Albo może czego ja, jako fan oczekuję od takiego zespołu? Ano tego, żeby zamiast kręcić filmy w 3D, trwonić czas i talent na inne bzdety, nagrywali płyty i jeździli z nimi w trasy. Pieniędzy już zarobili tyle, że im i ich wnukom spokojnie wystarczy. Ok, nie mówię, że mają wydawać nowy materiał co roku (chociaż przecież kiedyś mogli), więc niech puszczą po dwóch czy trzech.
      Ja nie mam żadnej przyjemności w dowalaniu Mecie. W ogóle nie oto chodzi. Natomiast wkurza mnie (i pewnie miliony innych ludzi), że ta kapela z biegiem lat rozmieniła się na drobne. Pogubili się kiedyś i jakby nie potrafili się przez 20 lat odnaleźć. Szamoczą się i efektem tego są słabe płyty. Bo nie wierzę, że nie są już w stanie skomponować czegoś na miarę np. Ride the Lightning.

      Usuń
    5. Jeżeli ktoś oczekiwał w 2016 roku nowego "Ride the Lightning" to jest po prostu naiwny. Jakim w ogóle cudem pięćdziesięcioletni milionerzy mogliby nagrać coś, co było dziełem zwyczajnych, zbuntowanych gówniarzy? Wtedy to było szczere i dlatego dobre. Teraz nie mogłoby to być szczere, powstałoby tylko pod presją oczekiwań fanów.

      Usuń
    6. Poza tym mieli wtedy w składzie Cliffa, który trzymał ich kompozycje w "kupie" i dodawał do nich wiele ciekawych smaczków (jak początkowa solówka do "For Whom the Bell Tolls"), po jego śmierci utwory Metallici stawały się często nieprzemyślane.

      Usuń
    7. Dziwny jest też zarzut o rzadkie wydawanie nowych albumów. W latach 80. muzycy nie mieli innych zobowiązań, mogli się poświęcać w pełni muzykowaniu. Ale potem założyli rodziny i priorytety się zmieniły. Nie wspominając, że mają już dość kasy, aby wchodzić do studia tylko wtedy, gdy mają na to ochotę. Ja na ich miejscu w ogóle już odpuściłbym sobie tworzenie czegoś nowego - po co, jeśli fani na koncertach chcą słuchać tylko ogranych staroci, a nowy materiał choćby nie wiadomo jak był dobry, to i tak zostanie skrytykowany "dla zasady". Nie twierdzę, że "Hardwired" to jakieś wybitne dzieło, bo daleko mu do tego, odrzucając negatywne nastawienie naprawdę można na nim znaleźć sporo dobrego.

      Bardziej niepokojące jest, że początkujące zespoły nie wydają nowych albumów co rok, dwa, a znacznie mniej regularnie. Jeżeli nie potrafią się zaangażować w to co robią - tak jak angażowały się zespoły powstałe w XX wieku - to jak mają stworzyć coś wybitnego?

      Usuń
    8. Widocznie jestem naiwny, ale zawsze myślałem, że po to się zakłada kapelę, żeby dzielić się z ludźmi swoją pasją do muzyki. Dlatego, że się ma coś do powiedzenia. Wiek nie ma tu nic do znaczenia. Albo jesteśmy zespołem, komponujemy, nagrywamy i koncertujemy. Albo jesteśmy firmą, która zarabia kasę dla naszych żon. Nie mówię, że zarabianie jest złe, ale jeśli staje się głównym celem, to lepiej zejść ze sceny.

      Usuń
  6. Z udzielanych wywiadów wynika, ze najbardziej w stronę thrashu pcha zespół Robert, natomiast reszta zespołu chyba nie wie co chce grać. A sam album po prostu przypomina, że Metallica była kiedyś znakomitym przedstawicielem gatunku, który gdyby chciała i się przyłożyła - byłaby w stanie pociągnąć w swoim stylu bez żadnego autoplagiatu. Tym czasem jednak inne zespoły - vide Slayer - pokazują, że można, a Meta dalej się miota.
    Wokal Hetfielda w ogóle do mnie nie przemawia już od czasu Load (które wraz z Relaodem nie jest nawet heavy metalem, to hard rock/grunge i to kiepski). Z ocna się zgadzam, naciągane 7/10 za dawne czasy, ale to i tak niebo a ziemia w stosunku do wszystkiego co wydali po 1991 roku.

    OdpowiedzUsuń
  7. "W przypadku kompaktowej edycji jest to tylko niepotrzebne zwiększenie kosztu produkcji, a co za tym idzie - zwiększenie ceny, jaką musi zapłacić za album nabywca. Być może właśnie o to chodziło."

    Też tak myślałem, ale płyta w empiku kosztuje 49zł. więc jest to normalna cena jak za 1 cd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak nie do końca normalna, skoro w tej samej sieci nowy Testament kosztuje kilkanaście złotych mniej.

      Usuń
    2. Ale standardem jest te 50zł;) Nuclear Blast wydaje niektóre płyty taniej jak np. Testament czy Kreator. Ale już taki Overkill idzie za 50zł:)

      Usuń
  8. O nowej zaskakująco dobrej płycie Metalliki zostało już tutaj sporo powiedziane.Ale ja o czymś innym chce napisać. Odwiedzam tego bloga bo bardzo ciekawie piszesz o muzyce, zwłaszcza tej progresywnej, czy tam art rockowej bo ona najbardziej mnie interesuje. I mam pytanie do autora bloga, czy planuje zrecenzować w przyszłosci płyty takich zespołów jak Camel, BArclay James Harvest, The Nice, Procol Harum, E.L.O i Moody Blues? Interesowało by mnie co ma autor do powiedzenia na temat płyt tych zespołów. Chyba że Ci te grupy nie podchodzą to co innego.W sumie grają łagodniejszą formę prog rocka to bym się nie dziwił, pomijając może Procol Harum bo oni grali na paru płytach hard rockowo. Przepraszam za drobny off top ale nie wiedziałem gdzie zadać to pytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. The Nice już się tutaj pojawił - tylko debiutancki album, bo późniejsze za bardzo mnie wynudziły. Z pozostałych to Camel, Procol Harum i Moody Blues mają szanse się pojawić w dalszej przyszłości. Może BJH, z naciskiem na "może". A ELO jest dla mnie zbyt popowe. Jeśli chodzi o rock progresywny, to wcześniej na pewno chciałbym dalej opisywać twórczość Gentle Giant, bo dotąd pojawiła się tylko recenzja debiutu.

      Usuń
  9. Wszędzie Hardwired... Cały Empik w Hardwired, cały Instagram, Facebook... I blogi.

    Nie powiem, bo jak dla mnie album jest dobry (jedyne, czego nie mogę, to Atlas Rise!). Moth Into Flame nie ma równych, Murder One z teledyskiem dla Lemmy'ego...

    I promocja. O Hardwired grzmiało od dawna, ale fajna akcja na Instagramie z teledyskami co dwie godziny. Dyży powrót sobie zapewnili, w sumie szkoda, że poskąpili ballad. Wg. mnie dobre, dobre :)

    Podoba mi się Twoje podejście do recenzji płyt, a Roya Harpera z ostatniego posta chyba sobie kupię :) Wrócę na pewno po nowe recenzje, zwłaszcza, że jako młoda krew zaczynam kompletować kolekcję... W ogóle strona graficzna bardzo spoko, jest przejrzyście, a w postach piszesz wszystko, co chciałabym wiedzieć. Czekam na więcej :)

    Ciepełka
    Martyna z rockmetalu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Albumu słuchałam raz i bardzo się tą czynnością zmęczyłam. Jeszcze do mnie nie trafia, ale z ja i Metallica zwykle się długo, długo mijamy i dopiero po jakimś czasie się lubimy :D

    Pozdrawiam, NAMUZOWANI.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Hmm...
    Aha Wy mistrzowie perkusji:)
    Gram na bębnach od czwartej klasy podstawowej i chyba mogłem zacząć wcześniej, to może pisałbym w Waszym tonie, a tylko po trzydziestu latach gry, to widocznie inaczej słyszę:).
    Przede wszystkim warto podkreślić, że muzyka, to nie olimpiada i nie wyścigi. Albo coś do nas trafia, albo nie, a o gustach raczej się nie dyskutuje. Jeśli chodzi o trafienie, to życzę każdemu aby tak "kaleczył", a za razem trafiał do milionów ludzi na świecie. Jeśli chodzi o mnie, to bijąc się w klatę powinienem powiedzieć, że moja ukochana Meta skończyła się na genialnym Master, a po nim perfekcyjnym ... And Justice. Jednak wspominając swoją głupotę z przed koncertu w Chorzowie (gdzie zagrali na "Monsters of Rock" przed AC/DC), kiedy osłuchałem się i uprzedziłem do czarnej, a następnie rzeczywistość w pierwszym rzędzie pod sceną radykalnie to zmieniła, powiem tylko tyle... Jakiś czas temu odpuściłem sobie te krytyczne, bezproduktywne, malkontentckie myślenie i myślę, że ich i nie tylko ich wielkość polega na tym , że nawet jak coś do nas nie zupełnie trafia, to na pewno stymuluje ... Zobaczmy jak każdy z nas się wczuwa:)... Jak każdy by coś zmienił, poprawił, a mimo wszystko sam nic nie wyprodukował co by mogło doradzać Macie do pięt!!!:) Szacunek to wielka cecha -ĆWICZMY!
    Pamiętam jak wiele lat marzyłem, a jednocześnie żałowałem, że nie ma z nimi tak doskonałego kompozytora jakim jest D.Mustain. I w końcu dorosłym do myśli, że widocznie tak miało być i przecież dzieki temu powstało tyle wspaniałych dzieł Megadeth.
    Konkludując powiem tylko tyle, że nie ma się co nspinać, tylko słuchać z szacunem, cieszyć się, a swoje wiedzieć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O gustach jak najbardziej się dyskutuje i powinno to robić. Właśnie po to istnieją fora internetowe, albo recenzje i komentarze pod nimi.

      A argumentowanie, że coś jest dobre, bo "trafia do milionów ludzi na świecie" jest po prostu idiotyczne. Popularność nie jest żadnym kryterium, jeśli chodzi o jakość muzyki. Na liście najlepiej sprzedających się wykonawców (takich, którzy sprzedali co najmniej 75 milionów płyt) nie ma ani jednego jazzmana, nawet Davisa czy Coltrane'a, ani ambitnych rockowych grup w rodzaju King Crimson, Gentle Giant. Czy to znaczy, że ich muzyka jest mniej wartościowa od twórczości różnych popowych gwiazdek (lub Metalliki)? Nie sądzę. Owszem, czasem popularność idzie w parze z jakością - jak np. w przypadku Beatlesów, Floydów czy Zeppelinów - ale są to raczej wyjątki, nie reguła. Tak naprawdę to loteria, w dużej mierze zależąca od przypadku, ale też od sum ładowanych w promocje pewnych wykonawców. A Metallica zawsze umiała się wypromować ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.