22 lipca 2016

[Recenzja] Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)



Niedawno znów zrobiło się głośniej o Sydzie Barretcie, jednym z założycieli Pink Floyd. 7 lipca minęło dziesięć lat od jego śmierci, co okazało się impulsem do powstania wielu wspominkowych tekstów. Podobnie było przed dekadą. Co prawda Syd z muzycznym biznesem skończył - a może raczej muzyczny biznes skończył z nim - już czterdzieści lat wcześniej, jednak przez ten czas obrósł wielką legendą (która znacznie przerosła jego dokonania muzyczne), więc informacja o jego odejściu nie przeszła bez echa. Zwłaszcza, że w tamtym czasie znów wzrosło zainteresowanie Pink Floyd. Na świecie - po słynnym występie na Live 8, dającym nadzieje na dłuższy powrót grupy. I w Polsce, gdzie wszyscy fani czekali na pojawienie się trzech muzyków zespołu - pod koniec sierpnia David Gilmour i Rick Wright wystąpili w Gdańsku promując album "On an Island", a w tym samym czasie Roger Waters zawitał do Poznania na premierę swojej opery "Ça Ira".

Barrett nagrał z zespołem tylko debiutancki "The Piper at the Gates of Dawn", kilka singli i część drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets". Jego pogarszający się stan psychiczny, w znacznym stopniu spowodowany narkotykami, był coraz większym ciężarem dla pozostałych muzyków. Syd miał problem z poprawnym wykonywaniem na koncertach utworów, które zresztą sam stworzył, a często po prostu stał i nic nie robił. Zaangażowano więc Gilmoura, który początkowo miał tylko wspierać Barretta, jako wokalista i gitarzysta. Z czasem jednak całkiem przejął jego rolę, gdy w drodze na występy muzycy "zapominali" podjechać po swojego niedawnego frontmana. Nie można było tego ciągnąć w nieskończoność, więc wkrótce muzycy przekonali Syda, aby odszedł z zespołu.

Wkrótce po rozstaniu z Pink Floyd w kwietniu 1968 roku, Barrett rozpoczął pracę nad solowym albumem. Nie był to jego pomysł, lecz byłych menadżerów grupy, którzy postanowili zrobić z niego solową gwiazdę. Sesja nagraniowa zajęła ponad rok i była koszmarem dla wszystkich zaangażowanych w nią osób. Może z wyjątkiem samego Syda, który najwyraźniej nie był świadomy niczego, co w okół niego się działo. Miał sporo pomysłów na utwory, ale niedokończonych i kompletnie nie potrafił ich rozwinąć; ciężko było go zmusić, aby zagrał choć jeden kawałek w całości. Zrozpaczeni producenci rezygnowali po pewnym czasie i wytwórnia musiała szukać kogoś nowego. Podobnie było z muzykami (w nagrania zaangażowali byli m.in. członkowie Soft Machine), którym Barrett nie był w stanie udzielić odpowiedzi na tak podstawowe pytanie, jak o tonację poszczególnych kawałków. W końcu wytwórnia zaangażowała do projektu Rogera Watersa i Davida Gilmoura, pod których nadzorem longplay został wreszcie ukończony.

Niestety, efekt tego wszystkiego jest taki, że "The Madcap Laughs" to bardzo nierówny album. Całkiem nieźle wypadają utwory zarejestrowane pod okiem producenta Malcolma Jonesa, czyli prawie cała pierwsza strona longplaya. W nagrywaniu większości z nich brali udział dodatkowi instrumentaliści - muzycy Soft Machine w "No Good Trying" i "Love You", oraz Willie Wilson i Jerry Shirley w "No Man's Land" i "Here I Go" - którym udało się ukryć niedociągnięcia w śpiewie i grze Barretta. Szczególnie te dwa ostatnie robią dobre wrażenie, dzięki całkiem niezłym, chwytliwym melodiom. "No Man's Land" dodatkowo wyróżnia się ostrzejszym, zgiełkliwym brzmieniem. Z kolei w "Terrapin" słychać już tylko samego Syda, przez co utwór brzmi bardzo monotonnie, aczkolwiek jest w nim spory potencjał. Jonesowi udało się namówić muzyka do zarejestrowaniu kilku wersji, z których ta była najlepiej wykonana. Wspomnieć trzeba także o "Late Night", którego podstawa została zarejestrowana już na bardzo wczesnym etapie sesji, jeszcze z Peterem Jennerem jako producentem, ale z późniejszymi dogrywkami zarządzonymi przez Jonesa - i w sporym stopniu właśnie te dogrywki, jak atonalna partia gitary solowej, sprawiają, że jest to jeden z bardziej udanych kawałków.

Niestety, gdy miejsce Jonesa zajęli Waters i Gilmour, wszystko zaczęło zmierzać w bardzo złym kierunku. Muzycy chcieli jak najszybciej wrócić do nagrywania kolejnego albumu Pink Floyd, "Ummagumma", więc robili wszystko, aby album Barretta jak najszybciej został dokończony. Mówiąc wprost - postanowili wydać cokolwiek, bez względu na jakość, poziom ukończenia, a nawet obecność błędów. Zarejestrowane z nimi nagrania brzmią jak szkice, brakuje im jakiegoś rozwinięcia, a często zupełnie nagle się urywają. W większości z nich słychać tylko śpiew Barretta (często fałszujący - vide "Dark Globe" lub niemiłosiernie irytujący przez to "If It's in You"), któremu towarzyszy monotonne brzdąkanie na gitarze akustycznej. Nawet po dodaniu innych instrumentów, efekt pozostawia sporo do życzenia ("Octopuss"). Co gorsze, w nagraniach zostawiono sporo pomyłek, jakie nie powinny się pojawić na wydawnictwie studyjnym - jak wyraźne gitarowe fałsze w "She Took a Long Cold Look" i niespodziewane urwanie się tego utworu, po którym słychać przewracanie kartek. Z efektów tej części sesji broni się właściwie tylko klimatyczny "Golden Hair", wyjątkowo poprawnie zagrany i z pasującym do jego charakteru instrumentalnym ascetyzmem.

Gdyby Malcolm Jones był wystarczająco cierpliwy, by dotrwać do końca sesji, zapewne album byłby bardziej dopracowany. Niestety, Gilmour i Waters wszystko spieprzyli, umieszczając na longplayu wyraźnie niedorobione utwory. Szczerze mówiąc, rozumiem ich podejście - bo niby czemu miało im zależeć na jakości tego wydawnictwa, skoro samemu twórcy było to kompletnie obojętne? W rezultacie powstał jednak bardzo dziwny album - z całkiem przyjemną (poza wspomnianym wyżej wyjątkiem) stroną A i w sporej części nieudaną (momentami asłuchalną) stroną B. Co w sumie dobrze oddawało ówczesny stan Syda Barretta, któremu zdarzały się lepsze dni, ale zbyt często był pogrążony we własnym świecie.

Ocena: 5/10



Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)

1. Terrapin; 2. No Good Trying; 3. Love You; 4. No Man's Land; 5. Dark Globe; 6. Here I Go; 7. Octopus; 8. Golden Hair; 9. Long Gone; 10. She Took a Long Cold Look; 11. Feel; 12. If It's in You; 13. Late Night

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara
Gościnnie: David Gilmour - gitara i bass, perkusja (7); Hugh Hopper - bass (2,3); Robert Wyatt - perkusja (2,3); Mike Ratledge - instr. klawiszowe (2,3); Willie Wilson - bass (4,6); Jerry Shirley - perkusja (4,6)
Producent: Malcolm Jones (1-4,6,13), David Gilmour (5,7-12), Roger Waters (5,9-12), Syd Barrett (7,8), Peter Jenner (13)


3 komentarze:

  1. Solowe płyty Syda Barretta są według mnie okropne. Mogę ich słuchać wyłącznie dla jaj.

    Natomiast co do samego Syda to był on niewątpliwie najbardziej oryginalnym kompozytorem spośród członków Pink Floyd i jednym z ciekawszych wśród ogółu rockmanów swojej epoki. To, że po rozbracie z zespołem kompletnie zwariował to jedna z największych strat w historii muzyki rockowej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obydwie płyty Barrett'a - zarówno recenzowana jak i "Barrett" (nieco lepsza) - mają praktycznie wymiar historyczny. Wydaje się, iż ci, których kontakt z Syd'em był bezpośredni (czonkowie PF) rzeczywiście doceniali jego wpływ na obrany przez siebie kierunek i stąd zapewne "magia" SB. Jego zarejestrowanej, dostępnej powszechnie twórczości jest przysłowiowa "kropla" i jest ON oceniany przez nas - odbiorców - wyłącznie przez pryzmat opinii wydawanych o nim przez jego przyjaciół. Słuchając (czytając) ich wypowiedzi o tej kruchej postaci nie sposób nie wierzyć o jego wpływie na muzyczne otoczenie. Wierzę, że tak było i chwała mu za to - świat usłyszał wspaniały PINK FLOYD, który choć z biegiem czasu zmienił kierunek (niestety "zasługa" R.Watersa - poczynając od The Wall) to dla mnie do dnia dzisiejszego pozostaje WIELKIM (mowa o okresie przed "ścianą"). A Barrett - cóż słucham go od czasu do czasu ze smutkiem i żalem - nie wynikającym ze słabości jego twórczości lecz z połamanej duszy, na którą nie ma gipsu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Legenda Syda Barretta jest w dużej mierze niezasłużona, chociaż na debiucie Floydów rzeczywiście błysnął talentem i kreatywnością. Był chyba zbyt niedojrzały i delikatny, żeby odnieść prawdziwy sukces w branży muzycznej. Ciężko Syda nie lubić, ale The Madcap Laughs pomimo specyficznego uroku jest kiepską płytą, a drugi album jest tylko trochę lepszy.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.