28 września 2015

[Recenzja] The Who - "My Generation" (1965)



Zespołu The Who nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Dlatego zamiast rozpisywać się o jego historii lub wpływie, jaki wywarł na muzykę rockową, od razu przejdę do konkretów. Do opisu debiutanckiego albumu, "My Generation", który światło dzienne ujrzał w grudniu 1965 roku. A więc w czasach, gdy cały świat szalał na punkcie The Beatles i innych brytyjskich grup. Muzycy The Who przepis na sukces mieli bardzo prosty - podłączyć się pod ówczesne trendy. Sporo zatem na albumie "beatlesowania" - melodyjnych piosenek z uroczymi harmoniami wokalnymi (np. "The Good's Gone", "Much Too Much", "It's Not True", czy - przede wszystkim - balansujący na krawędzi plagiatu, jednak bardzo przyjemny "The Kids Are Alright"). Ale nie brak też tutaj bardziej surowego rhythm'n'bluesa ze szkoły The Rolling Stones (np. "Out in the Street", albo dwa covery Jamesa Browna - "I Don't Mind" i "Please, Please, Please") czy nawet niemal stricte bluesowego grania ("I'm a Man" z repertuaru Bo Didleya).

Wymienione wyżej utwory to dobre rzemiosło, ale gdyby longplay nie zawierał nic więcej - byłby tylko jednym z wielu podobnych albumów wydanych w tamtym czasie, nie wyróżniającym się niczym ponad pozostałe. Są tutaj jednak także dwa utwory, które w pewnym stopniu wyprzedzają swój czas. Jednym z nich jest, oczywiście, tytułowy "My Generation". Jeden z najbardziej znanych rockowych hymnów. Z zaskakującym i odważnym, jak na tamte czasy, tekstem (ze słynnym wersem I hope I die before I get old, z którego autor, dziś już 70-letni Pete Townshend, od wielu lat musi się tłumaczyć w każdym wywiadzie). Przede wszystkim jednak wyjątkowo nowoczesny pod względem muzycznym - te gitarowe sprężenia, solówka na basie (prawdopodobnie pierwsza w historii rocka), oraz ciężkie uderzenia bębnów... Właśnie w tym utworze można szukać zalążków brzmienia takich wykonawców, jak Cream czy Jimi Hendrix. Z kolei jego prostota oraz niedbały wokal celowo jąkającego się Rogera Daltreya, wywarły znaczny wpływ na powstanie punk rocka (tego już za powód do dumy bym nie uznał). Drugim przełomowym utworem jest instrumentalny "The Ox" - jam trójki instrumentalistów The Who i pianisty Nicka Hopkinsa (grającego także w kilku innych utworach), który zaskakuje bardzo ciężkim, jak na 1965 rok, przesterowanym brzmieniem gitary.

Podsumowując, "My Generation" to album, na którym błyszczą tylko pojedyncze, nieliczne utwory, a reszta nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle dziesiątek innych podobnych wydawnictw z tamtego czasu. Jednak energia bijąca od wszystkich zamieszczonych tu nagrań sprawia, że nieźle się tego słucha, bez poczucia znużenia.

Ocena: 7/10

PS. Późniejsze o kilka miesięcy amerykańskie wydanie albumu posiada inną okładkę, nieco zmodyfikowany tytuł ("The Who Sings My Generation"), a także jedną zmianę w repertuarze - zamiast utworu "I'm a Man" zawiera autorską kompozycję "Instant Party (Circles)". To kolejny utwór, w którym słychać wyraźną inspirację The Beatles, ale niestety bardzo chaotyczny. Ciekawostką jest wykorzystanie w niej waltorni, na której zagrał basista grupy, John Entwistle.



The Who - "My Generation" (1965)

1. Out in the Street; 2. I Don't Mind; 3. The Good's Gone; 4. La-La-La-Lies; 5. Much Too Much; 6. My Generation; 7. The Kids Are Alright; 8. Please, Please, Please; 9. It's Not True; 10. I'm a Man; 11. A Legal Matter; 12. The Ox

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka; Pete Townshend - gitara, wokal (11), dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino
Producent: Shel Talmy


5 komentarzy:

  1. Super, że recenzujesz The Who, bo to naprawdę świetny zespół, a mało kto o nich pisze na tego typu blogach. Szkoda tylko, że są tak mało popularni w porównaniu do The Beatles, The Rolling Stones, albo The Doors.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatlesi byli w tamtym czasie po prostu najlepsi ;) Mieli najlepsze kompozycje; najwięcej przebojów; jako pierwszi zaczęli nagrywać albumy stanowiące całość, a nie zbiór przypadkowych kawałków; i w ogóle w bardzo wielu kwestiach byli prekursorami (choć często była to bardziej zasługa producenta George'a Martina, niż samych muzyków).

      The Doors mieli z kolei najbardziej utalentowanych muzyków. Oczywiście nie dlatego są tak znani, a dzięki Jimowi Morrisonowi ;)

      Natomiast Stonesi to już wg mnie mocno przeceniany zespół - tutaj popularność wynikała chyba głównie dzięki staraniom marketingowym - wizerunek, itd. Muzycy z nich słabi (poza Mickiem Taylorem), kompozytorzy też. Pewnie, mają sporo fajnych kawałków, ale ich albumy składają się głównie z wypełniaczy. Nie będę się dalej rozpisywał, bo od od jutra co wtorek (w miarę możliwości) będą publikowane tutaj ich recenzje ;)

      Usuń
    2. Chyba źle mnie zrozumiałeś, albo to ja się źle wyraziłem. Nie chodziło mi o to, że Beatlesi, Stonesi i Doorsi są przeczeniani (no, może Stonesi nieco), ale o to, że The Who są niedocenianym zespołem ;)

      Usuń
    3. Na jedno wychodzi, bo każdy kij ma dwa końce ;) Podałem przykłady dlaczego tamte zespoły są bardziej popularne. The Who nie mieli ani tak dobrych kompozytorów jak The Beatles, ani tak dobrych muzyków jak The Doors, ani tak mocnego wizerunku jak The Rolling Stones. Pod każdym względem byli na 2-3 miejscu, co wyjaśnia dlaczego pozostają nieco w cieniu powyższych.

      Usuń
  2. Jedno z opus magnum zespołu, tym krążkiem naprawdę przekonali mnie, że warto dać im szansę, pomimo, że wtedy niezbyt mocno siedziałem w brytyjskim britpopie. Choć moim zdaniem, szczyt możliwości przypadł na "Who's Next". Świetnym uzupełnieniem tego krążka jest reedycja z 2002 roku, gdzie na dodatkowym krążku są ciekawe rearanże niektórych utworów i sporo dodatkowych singli.

    OdpowiedzUsuń