29 września 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)



Amerykańskie wydanie debiutanckiego albumu The Rolling Stones zostało zatytułowane "England's Newest Hit Makers". Ten chwytliwy slogan niewiele miał jednak wówczas wspólnego z rzeczywistością. Owszem, zespół miał już wtedy na koncie kilka wysoko notowanych singli, ale żaden z nich nie był autorską kompozycją grupy. Mówiąc wprost, Stonesi byli wtedy jedynie odtwórcami hitów, nie twórcami. Podobnie jest zresztą na ich debiutanckim longplayu. Aż dziewięć z dwunastu zawartych tutaj utworów to przeróbki rhythm'n'bluesowych, bluesowych i rock'n'rollowych standardów. Pewnie, takie to były czasy, że albumy nagrywało się w pośpiechu i trzeba było się posiłkować cudzymi kompozycjami. Ale dla porównania, główni "rywale" Stonesów, The Beatles, nigdy nie wydali albumu, na którym własne utwory stanowiłyby mniej niż połowę.

Inna sprawa, że muzycy potrafili zagrać te przeróbki w swoim własnym stylu. I kilka utworów na tym zyskało. Przede wszystkim "Route 66", który ma tutaj nieporównywalnie więcej energii nie tylko od oryginału Nata Kinga Cole'a z 1946 roku, ale również od wersji Chucka Berry'ego (który był jedną z głównych inspiracji zespołu). Wykonanie Stonesów nabrało riffowego charakteru, pojawia się w nim także ostra gitarowa solówka. Inne przykłady to np. "I Just Want to Make Love to You" z repertuaru Williego Dixona, "Carol" Berry'ego, albo "Walking the Dog" Rufusa Thomasa. Problem jednak w tym, że to "ustonsowienie" wszystkich utworów zatarło większość różnic między nimi. Przedstawienie ich wszystkich w podobnych, surowych wersjach rhythm'n'bluesowych, sprawia, że album jest monotonny. Na szczęście, są tutaj jeszcze trzy autorskie utwory. I o ile jeden z nich, "Little by Little", utrzymany jest w stylu wyżej wymienionych kawałków, tak instrumentalny "Now I've Got a Witness" zaskakuje pierwszoplanową rolą organów, a "Tell Me (You're Coming Back)" to już w ogóle inna kategoria. Utwór właściwie popowy, ładnie wzbogacony gitarą akustyczną i niepozbawiony wyrazistej - choć naiwnej i banalnej - melodii.

Oceniając debiut Stonesów z perspektywy czasu można stwierdzić, że to niezbyt potrzebne wydawnictwo - w końcu nie znalazł się tutaj żaden przebój (nie licząc coveru "Not Fade Away" The Crickets, który na amerykańskim wydaniu zajął miejsce "Mona (I Need You Baby)"). Gdyby zespół dostał więcej czasu na przygotowanie materiału, na pewno powstałoby coś ciekawszego.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)

1. Route 66; 2. I Just Want to Make Love to You; 3. Honest I Do; 4. Mona (I Need You Baby); 5. Now I've Got a Witness; 6. Little by Little; 7. I'm a King Bee; 8. Carol; 9. Tell Me (You're Coming Back); 10. Can I Get a Witness; 11. You Can Make It If You Try; 12. Walking the Dog

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - instr. klawiszowe; Gene Pitney - pianino (6); Phil Spector - instr. perkusyjne (6)
Producent: Eric Easton i Andrew Loog Oldham



3 komentarze:

  1. Toś wrócił do recenzowania naprawdę starych płyt... ja co prawda z pierwszej połowy lat 60. najbardziej lubię amerykański surf rock, który był popularny zanim nadeszła 'brytyjska inwazja', ale "Stonesów" i "Bitlesów" znam na tyle by stwierdzić, że dla mnie obie kapele są przereklamowane (mniej więcej na tej samej zasadzie co nazywanie Hendrixa najlepszym gitarzystą). Po prostu miały ten komfort że coś zapoczątkowały, podobnie jak ww gitarzysta. Będąc 'z pistoletem przy głowie' wybrałbym jednak tych drugich :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobra płyta. Taka z klimatem początków lat 60tych. Co do nagrywania piosenek inego autorstwa. To dopiero Beatles stworzyli poprzez swój sukces pogląd o wyższości własnych piosenek nad cudzym. Początek lat 60tych to era producentów i wtedy liczył się singiel jako podstawowy nośnik. Lansowano głównie piosenkę a dopiero w dalszej kolejności artystę. Nie było ujmą nagrać kolejną wersję jakiegoś hitu. To była norma. To raczej nagrywanie własnego materiału było ryzykiem. Większość grup z początku lat 60tych komponowanie pozostawiało wyspecjalizowanym w tym osobom a nawet spółkom. Wracjąc do debiutu Stonsów. Wtedy jeszcze główny prym wiódł Brian w zespole a on był zakręcony najbardziej bluesem oraz... sukcesem Beatlesów. Sporo wtedy kopiowali od kolegów. Może nie do końca muzycznie ale Stonsi podziwiali sukces "czwórki". Stąd w ogóle wzieli się za komponowanie... jak na złość najlepiej wychodziły im ballady ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie wszystko się zgadza... z jednym "szczegółem". Stonesi zadebiutowali cały rok (i miesiąc) po Beatlesach. W chwili, gdy pierwsi wydawali pierwszy album, drudzy mieli już na koncie dwa longplaye (na których stosunek własnych utworów do coverów wynosił 8:6), a także szereg singlowych przebojów własnego autorstwa: "Love Me Do", "Please Please Me", "From Me to You", "She Loves You" i "I Want to Hold Your Hand" - to wszystko 1963 rok. Myślę więc, że w 1964 roku można było już wymagać od zespołów, że będą sami tworzyć swoje utwory. Gorzej, jeśli nie potrafili - Keith Richards przyznaje w swojej autobiografii, że do tworzenia pierwszych własnych kawałków zmuszał ich menadżer Andrew Loog Oldham, zamykając w pokoju i wypuszczając dopiero, gdy coś napisali ;)

      Podpisuję się pod tym, że najlepiej wychodziły im ballady: "Congratulations", "Heart of Stone", "Play with Fire", "As Tears Go By", "Wild Horses" czy "Time Waits for No One" to naprawdę nieżłe kompozycje ;)

      Usuń