31 sierpnia 2015

[Recenzja] Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)



Z niecierpliwością czekałem na ogłoszenie premiery nowego, 16. albumu Iron Maiden. Kiedy jednak kilka miesięcy temu to nastąpiło, poczułem się bardzo zawiedziony. Rozczarowywała już sama okładka, sprawiająca wrażenie niedokończonej (chociaż sama postać Eddiego jest moim zdaniem najlepsza od czasu... cyborga z "Somewhere in Time"), a także śmieszne tytuły utworów - infantylne jak "Speed of Light" i "Death or Glory", albo pseudo-poetyckie jak np. "The Red and the Black". Największe obawy obudził we mnie jednak czas trwania albumu i poszczególnych utworów. Od wielu lat zespół ma tendencję do wydłużania utworów do "progresywnych" rozmiarów, a co gorsze - dotąd rzadko szło to w parze z rzeczywiście prog rockowym charakterem; polegało raczej na irytującym powtarzaniu w kółko tych samych motywów. Poprzednie cztery albumy moim zdaniem kompletnie wyczerpały taką formułę i miałem nadzieję, że tym razem zespół zaproponuje coś nowego lub cofnie się do korzeni.

Moje obawy odnośnie jakości "The Book of Souls" pogłębił pierwszy singiel, "Speed of Light" - wyjątkowo prosty, toporny, słaby melodycznie i wymęczony, zwłaszcza pod względem wokalnym. Jednak w przypadku Iron Maiden pierwszy singiel przeważnie okazywał się jednym ze słabszych utworów na albumie. I nie inaczej jest w tym przypadku - "Speed of Light" wypada zdecydowanie najmniej ciekawie z tych krótszych, nieprzekraczających sześciu minut utworów. Pozostałe trzy to potencjalne przeboje, które znacznie lepiej sprawdziłyby się na singlu. Wszystkie z nich są nie tylko ciekawsze pod względem muzycznym, ale też śpiew Bruce'a Dickinsona jest w nich bardziej naturalny, zupełnie nie wymęczony. Nie jest to może jego szczytowa forma, ale równie dobra, jak na dwóch poprzednich albumach, a znacznie wyższa niż w czasach "Dance of Death". Utworem, który jako singiel prawdopodobnie wywołałby największe emocje fanów, jest ciężki "Death or Glory", z charakterystycznie galopującym basem Steve'a Harrisa, chwytliwym - choć ocierającym się o metalową sztampę - refrenem, oraz świetnymi gitarowymi solówkami dominującymi w drugiej połowie. Z kolei lżejszy, bardziej hard rockowy "Tears of a Clown" miałby największe szanse na zaistnienie w mediach. Moim faworytem jest jednak "When the River Runs Deep", w którym naprawdę sporo się dzieje. Początek i zakończenie wywołują skojarzenia z albumem "Seventh Son of a Seventh Son", w energicznych zwrotkach jest typowa dla zespołu galopada, z którą kontrastuje wolniejszy, bardzo melodyjny refren,  pojawiają się też fantastyczne solówki.

Kolejną grupę stanowią utwory trwające od sześciu do dziesięciu minut. Bardzo dobrze wypada rozpoczynający album, ponad ośmiominutowy "If Eternity Should Fail", skomponowany samodzielnie przez Dickinsona, z myślą o potencjalnym solowym albumie. I początek tej kompozycji bardziej przypomina właśnie jego solowe dokonania, niż twórczość Iron Maiden - to tylko wokal i elektroniczny podkład o klimacie dobrze korespondującym z okładką. Po tym dziwnym, zupełnie nieironowym wstępie, następuje nagłe zaostrzenie, pojawiają się charakterystyczne dla grupy gitarowe unisona. Rewelacyjnie wypada tutaj partia wokalna, szczególnie w bardzo chwytliwym refrenie. Jest też ciekawy fragment instrumentalny, z bardziej uwypuklonym basem Harrisa i jakby plemienną grą Nicko McBraina. Niepotrzebna wydaje się tylko końcówka z gitarą akustyczną i dziwnie przetworzonym wokalem. Ciekawym utworem jest także "Shadows of the Valley". Gitarowy motyw we wstępie brzmi niemal jak ten z "Wasted Years" na zwolnionych obrotach, a w tekście pojawia się tytuł innego utworu z "Somewhere in Time" - "Sea of Madness", jednak ogólnie kompozycji najbliżej do zawartości albumu "A Matter of Life and Death". Częściowo balladowy "The Man of  Sorrow" (to już trzeci utwór Iron Maiden - po "The Wicker Man" i "The Alchemist" - o takim samym tytule, jak solowa kompozycja Dickinsona) zawiera z kolei najpiękniejsze solówki na całym albumie - momentami brzmiące bardzo floydowo. Słabiej wypada natomiast "The Great Unknown", rozpoczęty zbyt oczywistym basowo-gitarowym wstępem i z mało wyrazistą linią melodyczną, ale za to z całkiem niezłą częścią instrumentalną.

Całości dopełniają trzy utwory o czasie trwania przekraczającym dziesięć minut. Zdecydowanie najlepiej z nich prezentuje się ten najkrótszy, niespełna 11-minutowy, tytułowy "The Book of Souls". Spięty klamrą w postaci akustycznego wstępu i zakończenia, jednak w zasadniczej części bardzo ciężki, choć niepozbawiony wyrazistej linii melodycznej. Orientalizujące riffy w połączeniu z lekką orkiestracją w tle tworzą nastrój podobny do "Kashmir" Led Zeppelin, chociaż tutaj dzieje się zdecydowanie więcej, zwłaszcza we fragmentach instrumentalnych. To mój ulubiony fragment longplaya. Mam natomiast problem z dwiema najdłuższymi kompozycjami. Ponad 13-minutowy "The Red and the Black" miał być chyba ukłonem dla fanów liczących na powrót do stylistyki zespołu z lat 80. - zwrotki to momentami niemal autoplagiat "Seventh Son of a Seventh Son", a chóralne zaśpiewy pełniące rolę refrenu (dla mnie stanowiące kwintesencję kiczu i tandety) od razu przywołują skojarzenia z "Heaven Can Wait" - ale muzycy zatrzymali się w połowie drogi. Bo długa instrumentalna część to typowe dla albumów zespołu z XXI wieku wydłużanie utworu na siłę - muzycy nawpychali tu tyle solówek, że ciężko je wszystkie zliczyć, tym bardziej, że trudno nie poczuć w tym momencie znużenia. W zupełności wystarczyłaby tutaj jedna, ale przyciągająca uwagę, solówka. Zamiast kilkunastu, z których żadna nie jest w stanie zapaść w pamięć.

Jeszcze bardziej kontrowersyjnym utworem jest 18-minutowy finał albumu, "Empire of the Clouds". Druga samodzielna kompozycja Dickinsona, stworzona przez niego przy pomocy pianina, do którego później pozostali muzycy dograli swoje partie. Pierwszych sześć minut nie ma absolutnie nic wspólnego z dotychczasową twórczością Iron Maiden - to łagodne balladowe granie z akompaniamentem pianina (przewodni motyw jest naprawdę piękny) i instrumentów smyczkowych, do których dopiero po dłuższym czasie dołącza perkusja i ostra partia gitary, dzięki czemu utwór nabiera większej dynamiki, ale... wciąż brzmi jak solowe dokonanie wokalisty, a nie utwór Iron Maiden. Dopiero w połowie siódmej minuty pojawia się bardziej typowa dla grupy solówka (grana unisono w stylu Wishbone Ash). I tuż po niej utwór mógłby się kończyć, bo kolejna solówka, zaczynająca się niespełna minutę później, jest dość żenująca, zbyt patetyczna. A później znów zaczyna się pseudo-progresywne wydłużanie, z przebijającymi się co jakiś czas dźwiękami pianina lub orkiestry, pogłębiającymi wrażenie chaosu. Fakt, jest tutaj kilka niezłych momentów, ale ogólnie przeważa wrażenie przeładowania, sztucznego rozciągania i przesadnego patosu. Muzycy ewidentnie przecenili tutaj swoje możliwości. Szkoda, bo gdyby zachowali tu większy umiar aranżacyjny, mogłoby rzeczywiście powstać arcydzieło.

"The Book of Souls" w pewnym sensie spełnił moje oczekiwania - znalazły się na nim zarówno nawiązania do czasów największej świetności zespołu, jak i zupełnie nowe elementy. Inna sprawa, że zarówno utwór, w którym pojawia się najwięcej "starego" Maiden ("The Red and the Black"), jak i ten najbardziej eksperymentalny ("Empire of the Clouds"), należą do tych, które najbardziej mnie rozczarowały... Ogólnie album wydaje się najbardziej wymagającym z dotychczasowej dyskografii. Po pierwszym przesłuchaniu praktycznie nic nie zostało mi w głowie - co nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się w przypadku albumu Iron Maiden - a tylko dwa utwory zrobiły na mnie pozytywne wrażenie ("If Eternity Should Fail" i tytułowy). Byłem przekonany, że to najsłabszy album w dyskografii zespołu. Dopiero przy kolejnych przesłuchaniach odkryłem potencjał kilku innych utworów, a niektóre melodie zaczęły same grać mi w głowie (szczególnie te z "When the River Runs Deep", "Shadows of the Valley" i tytułowego). Jednak w przeciwieństwie do poprzednich czterech albumów (o tych z lat 80. nawet nie wspominając), nie znalazłem tu ani jednej naprawdę wybitnej kompozycji. Nawet podczas tych lepszych fragmentów mam wrażenie, że to tylko sprawne rzemiosło, bez dotknięcia geniuszu.

Największą wadą "The Book of Souls" jest jednak to, czego najbardziej się obawiałem - długość. Na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby muzycy dokonali selekcji nagranych utworów i wrzucili na album tylko te najbardziej udane i pasujące. Gdyby ode mnie to zależało, pominąłbym cztery kompozycje: "Speed of Light", "The Great Unknown" (oba dość nijakie pod względem melodycznym, bardziej nadawałyby się na strony B singli), "The Red and the Black" (irytujący refrenem i nużący w części instrumentalnej), oraz "The Empire of the Clouds" (który bardziej paskowałby na solowy album Bruce'a Dickinsona). Wówczas na "The Book of Souls" pozostałoby siedem utworów o łącznym czasie około 48 minut - idealnym dla studyjnego longplaya, który wówczas zmieściłby się nawet na pojedynczym winylu.

Ocena: 8/10*

* Oryginalna ocena: 7/10. Zmieniona po kolejnych przesłuchaniach.



Iron Maiden - "The Book of Souls" (2015)

CD1: 1. If Eternity Should Fail; 2. Speed of Light; 3. The Great Unknown; 4. The Red and the Black; 5. When the River Runs Deep; 6. The Book of Souls
CD2: 1. Death or Glory; 2. Shadows of the Valley; 3. Tears of a Clown; 4. The Man of Sorrows; 5. Empire of the Clouds

Skład: Bruce Dickinson - wokal, pianino (CD2: 5); Steve Harris - bass, instr. klawiszowe; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr klawiszowe; Jeff Bova - orkiestracja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


33 komentarze:

  1. Lepszy od poprzedniczek - "AMOLAD" i "TFF"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako całość mniej więcej podobny poziom. Na dwóch poprzednich albumach były utwory, które bardzo mocno wyróżniały się na plus, ale było też sporo dłużyzn. Na "The Book of Souls" nie ma tylu nużących fragmentów (są w dwóch, najwyżej trzech kompozycjach), album jest równiejszy, ale kosztem naprawdę porywających kompozycji typu "When the Wild Wind Blows".

      Usuń
  2. Jest dobrze! Może za długo o jakieś 20 minut (ale nie te ostatnie, bo "Empire of the Clouds" jest piękne!) ale zespół jest w świetnej formie i w końcu nagrali więcej krótszych kawałków, czego brakowało na 2-3 ostatnich płytach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Grzechy poprzedniczek powielone. Niekończące się powtórzenia instrumentalne i wokalne. Autoplagiat na potęgę, co chwilę wyłapuje się całe frazy ze starych utworów. Kilka utworów nawet całkiem fajnych, ale reszta to zapchajdziury. Po skróceniu do 40-50 min. album byłby gdzieś na poziomie BNW, który nota bene zapoczątkował dłużyzny i zapętlenia. Brzmienie bardzo przyzwoite. Bruce ma chyba pod mikrofon wpiętych więcej efektów niż 3 gitarzyści razem wzięci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A moim zdaniem to najlepszy album Dziewicy od czasów "Seventh Son", chociaż brzmienie jest mało potężne. Numery szybko wpadają w ucho i mnie się w ogóle nie nużą a już kilkanaście razy przesłuchałem cały album.

      Usuń
    2. To ciekawe, bo jak dla mnie na "The Book of Souls" jest znacznie mniej powtórzeń, niż na kilku poprzednich albumach. Właściwie tylko "The Red and the Black" i "Empire of the Clouds" momentami się dłużą, a jedynie w tym pierwszym są "niekończące się powtórzenia". I warto też zauważyć, że w końcu muzycy zrezygnowali z tego irytującego patentu, polegającego na powtarzaniu w tekście w nieskończoność słów tytułowych, co na poprzednich kilku albumach stało się niemal ich znakiem rozpoznawczym (vide "The Angel and the Gambler", "Don't Look to the Eyes of a Stranger", "Out of the Silent Planet", "No More Lies", "The Final Frontier", itd.).

      Podobieństwa do starszych utworów owszem są, ale na zasadzie smaczków, takiego puszczania oka do fanów. "Shadows of the Valley" zaczyna się niemal jak "Wasted Years", a "When the River Runs Deep" motywem podobnym do "Moonchild", ale przecież później te utwory idą w zupełnie innym kierunku. Zupełnie jakby muzycy chcieli pokazać, że mogliby spełnić żądania niektórych fanów i nagrać kopie swoich dawnych przebojów, ale nie zrobią tego.

      Im dłużej słucham tego albumu, tym bardziej go lubię. Nawet do "The Red and the Black" trochę się przekonałem (podtrzymuję jednak opinię, że bez wokaliz i z krótszą częścią instrumentalną byłby znacznie lepszy). A czy to najlepszy album od czasu "Siódmego Syna"? Polemizowałbym. Może po skróceniu wyżej wspomnianych utworów oraz wyrzuceniu bezbarwnych "Speed of Light" i "The Great Unknown" byłby najlepszy. Ale w takiej formie, w jakiej został wydany, prezentuje poziom "Fear of the Dark", "Brave New World", "A Matter of Life and Death" i "The Final Frontier" (wszystkie te albumy oceniam na 7/10).

      Usuń
  4. Po wielokrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że na szczęście jest to płyta lepsza od dwóch poprzednich. Przyznam, że na początku też nie byłem do niej przekonany, ale wraz z kolejnym odsłuchem jest coraz lepiej. Mimo, że płyta jest długa, to aż tak się tego nie odczuwa ("TFF" o wiele bardziej mi się dłuży). Jest też o wiele więcej zapadających w pamięć melodii.

    Jednym z moich faworytów jest "The Red and the Black", mimo tych nieszczęsnych chórków. Część instrumentalna (mimo że troszkę przydługa) jest po prostu piękna. Tylko Maideni mogli coś takiego stworzyć. Najbardziej podoba mi się "The Man of Sorrows", z kapitalnym refrenem. Ode mnie 8/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może jest tutaj więcej dobrych melodii, ale - przynajmniej moim zdaniem - nie są one tak wyraziste, jak na poprzednich albumach ;) Takie utwory, jak "Different World", "Out of the Shadows", "The Final Frontier", "Coming Home" czy - przede wszystkim - "When the Wild Wind Blows" od razu, po pierwszym przesłuchaniu, zapadły mi w pamięć. "The Book of Souls" musiałem przesłuchać kilka razy, żeby zapamiętać z niego cokolwiek, poza tym fragmentem, którego akurat pamiętać nie chciałem, czyli wokaliz z "The Red and the Black" ;)

      Ogólnie lubię oba poprzednie albumy. Owszem jest na nich trochę dłużyzn, kilka utworów które chciałbym z nich wyrzucić (np. trzy ostatnie z "AMoLaD" albo "Satellite 15" z "TFF"), ale na nowym albumie też takie są - "Speed of Light" i "The Great Unknown" nic nie wnoszą do całości. Najbardziej podczas słuchania "The Book of Souls" (a wracam do niego codziennie) irytuje mnie ten moment, kiedy po pomysłowym, wyrafinowanym i naprawdę świetnym melodycznie "If Eternity Should Fail" rozbrzmiewa banalnie prosty, nieciekawy melodycznie "Speed of Light"...

      Usuń
    2. "Speed of Light" faktycznie nie pasował na singiel (o wiele lepszy byłby choćby "Tears of a Clown"). A sam "If Eternity Should Fail" ma najlepszy refren od wielu płyt (mniej więcej od "DOD").

      Usuń
    3. A z płytą "The Final Frontier" miałem dokładnie odwrotnie - naprawdę spodobała mi po pierwszych przesłuchaniach, a dziś niezbyt ją lubię (choć cenię za kilka utworów).

      Usuń
    4. "Speed of Light" w ogóle nie pasuje na ten album. Pozostałe utwory mają taki wyrafinowany i - nienawidzę tego słowa, ale w poprawnej polszczyźnie nie ma właściwego odpowiednika - "epicki" charakter. "SoL" jest ich kompletnym przeciwieństwem. Inne krótsze utwory ("Death or Glory", "Tears...", "When the River Runs Deep") lepiej wpasowują się w klimat albumu. I mają lepsze melodie, więc bardziej by się nadawały na singiel ;)

      Jeżeli chodzi o albumy Iron Maiden z XXI wieku, to z poprzednich czterech podoba mi się obecnie najwyżej po 4-5 utworów z każdego, do reszty mam raczej obojętny stosunek (pomijając kilka utworów z "Dance of Death", których w ogóle nie jestem w stanie słuchać). Z najnowszego bardzo polubiłem aż 7 utworów, a możliwe, że wkrótce dołączą do nich dwa kolejne. Gdybym jednak miał zrobić listę ulubionych utworów z tych pięciu longplayów, to prawdopodobnie w pierwszej dziesiątce nie byłoby żadnego utworu z najnowszego ;)

      Usuń
    5. Ja czekam na koncert Maidenów w Polsce - jako, że na żadnym jeszcze nie byłem. Myślę, że nie pominą na trasie naszego kraju, w końcu lubią tu przyjeżdżać :)

      Usuń
    6. Jeśli chodzi o "If Eternity Should Fail" to mam do niego jedno zastrzeżenie - ten fragment z "plemienną" grą Nicko został kompletnie niewykorzystany. To coś nowego na płycie Maidenów, a trwa o wiele za krótko, można to było ciekawie rozwinąć.

      Usuń
    7. Ja już dwa razy widziałem Ironów na żywo, więc trzeci raz zależy od tego gdzie będą grali (czy blisko i czy w obiekcie z dobrą akustyką, bo na drugim koncercie ledwo mogłem rozpoznać poszczególne utwory) i jaka będzie setlista. To ostatnie bardzo mnie ciekawi ;) Zawsze na trasach promujących dany album grali otwieracz, pierwszy singiel i tytułowy, więc prawie na pewno będą grać "If Eternity Should Fail", "Speed of Light" i "The Book of Souls". Pewniakami wydają się także "The Red and the Black" i "Death or Glory". A z kolei Dave Murray twierdzi, że będą grać "The Empire of the Clouds" - a to przecież zupełnie niekoncertowy utwór, w dodatku trwający tyle, że mogliby w tym czasie zagrać 3-4 inne kawałki... Podejrzewam, że mogą zrobić tak, jak przy promocji "AMoLaD", czyli wykonywać nowy album w całości, a potem kilka starszych przebojów. To by mogło nawet być ciekawe ;)

      Usuń
    8. "The Empire of the Clouds" na żywo? O nie... Lubię ten utwór, ale tak jak mówisz, zamiast niego można w tym samym czasie upchnąć kilka innych. Chyba że skrócą go o połowę (co i tak powinni już zrobić w wersji studyjnej).

      Usuń
  5. Dla mnie najlepiej od czasu BNW,w końcu przyzwoita produkcja,choć i tak przywiązanie grupy do P.Shirleya uważam za kuriozalne ( płaskie brzmienia,kartonowe bębny) czy nie ma przyzwoitych producentów którzy nadaliby muzyce grupy soczyste brzmienie i powera? Aha,oczywiście jak zawsze utwór wybrany na singla najsłabszy na płycie,kurde promocyjne mistrzostwo świata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze pierwszy singiel był kiepski ;) Takie utwory, jak np. "Running Free", "2 Minutes to Midnight", "Wasted Years", "Holy Smoke", "Be Quick or Be Dead", "Man on the Edge", "The Wicker Man" lub "The Reincarnation of Benjamin Breeg" na pewno nie są najsłabszymi utworami na albumach, które promowały. A i większość pozostałych, choć należą do słabszych fragmentów albumów, to nie są tymi najsłabszymi (np. "Run to the Hills" jest lepszy od "Gangland"). Według mnie tylko dwa razy pierwszy singiel rzeczywiście był najsłabszym fragmentem longplaya. Jednym z tych singli jest właśnie "Speed of Light", a drugim... "Can I Play with Madness".

      Usuń
    2. No tak,ale Angel & Gambler,Benjamin Breg czy Eldorado to mało nośne kawałki na promocje płyt. A w ogóle to cieszę się że nikt nie polemizuje ze mną odnośnie Shirleya,facet jest fatalny.Skopał płyty Dream Theater,Europe i paru innych kapel,tamci się na nim poznali i podziękowali,Maiden niestety nie.

      Usuń
    3. W przypadku "Benjamina" celowo wybrali tego typu utwór, bo nie chcieli przeboju, tylko żeby pierwszy singiel był reprezentatywny dla całego albumu. A "The Angel..." w znacznie skróconej wersji singlowej jest całkiem nośny ;)

      A Shirley nie jest najgorszy z współczesnych producentów. Jakoś mi nie przeszkadza brzmienie najnowszych albumów Maiden, choć oczywiście daleko mu do tego z czasów Martina Bircha. Ale mogło być znacznie gorzej, gdyby Harris i reszta powierzyli produkcję np. Rickowi Rubionowi, Ten człowiek powinien mieć sądowy zakaz wykonywania zawodu za to, co zrobił np. z "13" Black Sabbath. Tam nie ma ani jednego cichego dźwięku, wszystko jest maksymalnie głośne, na granicy przesterowania. A granicę tą Rubin znacznie przekroczył na "Death Magnetic" Metalliki.

      Usuń
    4. Ano,Loudness War,nic gorszego nie mogło się przydarzyć we współczesnej produkcji,dynamika na poziomie zero:) A co do Bircha to też go nie gloryfikuję,miejscami drażni mnie "suche " brzmienie Powerslave i No Prayer For The Dying i zbyt "plastikowe" Fear Of The Dark, Roy Z wykręcał cudne brzmienia na solowych longach Brucea,tłuste,pełne,przy Shirleyu nie słychać że w zespole są 3 gitary.Ale dość czepialstwa,ważne że z każdym przesłuchaniem nowy long zyskuje w moich uszach:)

      Usuń
    5. Metallica skończyła się na Kill em All,a Rubin na South of Heaven:) No niestety Loudness War jest obecnie wszędzie i nawet producenci klasy Ricka nie mogą się oprzeć temu trendowi.A co do Bircha,to nie chce być upierdliwy ale i jemu zdarzały się małe potknięcia'"suche" brzmienie Powerslave i No Prayer for the Dying,"plastik" w Fear of the Dark,ale myślę że był o niebo lepszy od Shirleya.

      Usuń
    6. Zaakceptowałem oba komentarze, bo jednak trochę się różnią ;)

      Niestety, to prawda, że brzmienie albumów, w których powstawanie był zaangażowany Birch, jest bardzo zróżnicowane. I to nie tylko w przypadku Iron Maiden, ale całej jego działalności. Np. na "Rising" Rainbow praktycznie nie słychać basu, a z kolei na "Heaven and Hell" Black Sabbath gitara basowa jest wysunięta na pierwszy plan (ten drugi album to jeden z moich ideałów brzmieniowych). Inny przykład - czasem brakowało odpowiedniego ciężaru, brzmienie było zbyt wygładzone ("Machine Head" Deep Purple, "Ritchie Blackmore's Rainbow" Rainbow).

      Jednak mimo tych (i być może innych) wpadek, brzmienie albumów nagrywanych z Birchem (przez różnych wykonawców), nawet tych z wspomnianymi wadami, odpowiada mi o wiele bardziej, niż brzmienie albumów wydawanych w XXI wieku.

      Usuń
  6. No sorki,oba komentarze moje,pierwszego nie zobaczyłem dziś rankiem,myślałem że poszedł w kosmos,więc rano napisałem kolejny,mea culpa:(

    OdpowiedzUsuń
  7. Gust muzyczny jest jak dupa - kazdy ma wlasny.
    I tyle w temacie recenzji muzyki/filmow itp.
    Mi album sie bardzo podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To po co je w takim razie czytasz? ;)
      Mnie album też się bardzo podoba, teraz już nie dałbym 7/10, a ocenę wyżej.

      Usuń
  8. Bardzo dobry album. Z każdym przesłuchaniem odkrywam tu nowe gitarowe "smaczki" i album podoba mi się coraz bardziej. Czekam na koncert 30 marca w N.Y.
    Na żywo te utwory mogą zabrzmieć jeszcze lepiej, szczególnie trzy pierwsze z CD2. Uwielbiam Tears of the Clown i Death or Glory, lecz cała płyta jest świetna i wcale nie za długa!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pianie zachwytów nad wtórnymi dźwiękami z POWERSLAVE i VIRTUAL X się nie godzi. Nieszczęście zaczyna się na Book of Souls i trwa poprzez Death Or Glory, aż do Shadows of the Valley. Promujący płytę kawałek wbrew opinii większości wcale nie jest taki nieudany, ponieważ…. reszta jest niezbyt lotna i na tym tle prezentuje się znośnie. Pamiętam „2 minutes to midnight”. Jakieś to płaskie było, nieprzystające do Ironów i co ciekawsze do reszty płyty także. Tutaj Speed of Light trzyma poziom reszty płyty, jest zwarte i cel zajawki albumu może pełnić spokojnie – w każdym razie żaden inny specjalnie do tego się nie nadaje. Na Powerslave chociażby Aces High mógł to robić znakomicie. Generalnie płyta moim zdaniem mogłaby się bronić wyśmienicie gdyby ją okroić do 4 kawałków, Speed og light, The Red and The Black, When the Rivers Runs Deep, Empire of The Clouds. Ten ostatni wyciągnąłbym nawet dłużej. Jak się bawić progresywnie to na całego, pojechać na całe 25 minut. Wszak jeżeli mamy się wpisywać w segment muzyki, który w latach siedemdziesiątych punk rock opluł i wyszydził to róbmy to z podniesioną przyłbicą. Kawałek się broni całkiem nieźle i dodatkowe 7minut nie zaszkodziłoby.
    Niestety Ironi potwierdzają zasadę, którą ukułem dawno temu, że każda następna płyta pomaga w znakomity sposób docenić poprzednią. Czas się zachwycać zatem poprzednim LP. pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma prawo do własnej opinii. Dobrze, że swoją poparłeś konkretnymi, aczkolwiek bardzo subiektywnymi, argumentami. Jednak pierwsze zdanie mogłeś sobie darować. Jedyne co "się nie godzi" przy dyskutowaniu, to przedstawianie swojej opinii jako jedynej słusznej i sugerowanie, że wszyscy, którzy myślą inaczej, nie mają racji. Muzykę każdy odbiera inaczej, a poglądy na jej temat można tylko wymieniać - narzucanie swojej opinii jest bardzo infantylne.

      Usuń
  10. Słucham ich muzyki już ponad 15 lat i mam problem z tą płytą... "Speed of light" wydał mi się strasznie banalny i 'piosenkowaty'. Całemu albumowi moim zdaniem brakuje tego 'pazura' - choć jestem świadom tego, że tego typu muzyka to nie tylko łomot, ale przedstawiać może ona szeroką 'paletę kolorów' i być wrażliwa na swój sposób. Miałem już problem ze wcześniejszą płytą, która moim zdaniem po odrzuceniu dwóch pierwszych utworów byłaby bardzo dobrym albumem (pomimo 'samo-plagiatów', które się tam pojawiły). Od dnia premiery tej płyty przesłuchałem ją kilkukrotnie (może zaledwie czterokrotnie), po prawie trzech miesiącach całkowicie o niej zapomniałem - być może po tym czasie uda mi się ten materiał przetrawić i choć trochę zrozumieć te wszystkie pozytywne recenzje wokół. A może ten cały 'szum' to tylko przedwczesny zachwyt (w tym miejscu pragnę przypomnieć o pewnej płycie zespołu Metallica, z początku XXI wieku, który po pierwszym przesłuchaniu przez dziennikarzy był przez nich tak wysoko oceniany, a który okazał się prawdopodobnie ich najgorszym albumem). Póki co dla mnie ten materiał jest zbyt rozwlekły i mdły. Wydaje się, że nadeszła pora na zmianę producenta.

    OdpowiedzUsuń
  11. Paweł, Iron Maiden jest jedynym zespołem heavymetalowym który naprawdę lubisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jeśli nie liczyć zespołów z lat 70., które błędnie zaliczane są do heavy metalu.

      Usuń
    2. To nie lubisz już nawet Dio, Danzig czy Angel Witch?

      Usuń
    3. Wczesne albumy tych grup są w porządku. Mam w kolekcji "Holy Diver", "The Last in Line" i debiut Angel Witch, i pewnie jeszcze do nich wrócę. Pierwsze cztery albumy Danziga chętnie bym kupił, gdybym się gdzieś na nie natknął.

      Usuń