5 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Aqualung" (1971)



Tym razem obyło się bez utworu dla Jeffreya (dla przypomnienia: poprzednie albumy zawierały kompozycje o tytułach "A Song for Jeffrey", "Jeffrey Goes to Leicester Square" i "For Michael Collins, Jeffrey and Me"). Nie było to jednak potrzebne, gdyż na czwartym albumie Jethro Tull, zatytułowanym "Aqualung", Jeffrey Hammond pojawia się we własnej osobie - jako basista, na miejscu zwolnionym przez Glenna Cornicka. Ponadto skład zespołu poszerzył się o klawiszowca Johna Evana, co jednak nie miało większego wpływu na brzmienie grupy - klawisze wciąż stanowią tylko dodatek, pojawiają się ledwie w kilku utworach.

A jednak "Aqualung" jest nieco innym albumem od poprzednich w dyskografii Jethro Tull. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wysunęły się brzmienia gitarowe, a jednocześnie zredukowane zostały partie fletu. Ważniejszą rolę instrument ten odgrywa właściwie tylko w dwóch utworach: zadziornym "Up to Me", oraz "My God", w którym nawet pojawia się długa improwizacja na flecie, częściowo bez akompaniamentu innych instrumentów. "My God" to zresztą jeden z najciekawszych utworów na albumie i w ogóle w całym repertuarze zespołu. Wyróżniający się rozbudowaną, nieoczywistą strukturą - to pierwsza kompozycja Andersona i spółki, którą śmiało można nazwać progrockową, chociaż sami muzycy zawsze zaprzeczali przynależności zespołu do tego nurtu, a wręcz nim gardzili.

Fakt, że w tamtym czasie było im zdecydowanie bliżej do hard rocka. Przykładem może być utwór tytułowy, oparty na charakterystycznym ciężkim riffie - najbardziej rozpoznawalnym z całej dyskografii zespołu. To taki ich "Smoke on the Water"... "Aqualung" wykracza jednak poza ciasne ramy hard rocka, gdyż sporo tutaj także gitary akustycznej, a nawet pojawiają się klawiszowe ozdobniki. Za to "Cross-Eyed Mary" to już prawdziwie hardrockowy czad - nie przypadkiem dekadę później własną wersję nagrała grupa Iron Maiden. A przecież są tu jeszcze takie utwory, jak oparty na kolejnym charakterystycznym riffie "Hymn 43", albo rozpędzony niczym lokomotywa "Locomotive Breath", albo najcięższy na albumie - mimo balladowego wstępu - "Wind-Up". Hardrockowe są także fragmenty wspomnianego już "My God".

Przeciwwagą dla tych utworów są kompozycje o akustycznym charakterze. Jak prześliczny "Cheap Day Return", z bardzo subtelną partią wokalną Iana Andersona i ascetycznym, ale wspaniałym gitarowym akompaniamentem. Szkoda tylko, że utwór kończy się po niespełna dwóch minutach... Pewnym wynagrodzeniem jest to, że bezpośrednio po nim pojawiają się dwa utwory o bardzo podobnym charakterze: niemal tak samo urocze "Mother Goose" (tutaj akurat aranżacja jest nieco bogatsza, pojawia się także flet i gitara elektryczna) oraz "Wond'ring Aloud" (będący w rzeczywistości fragmentem wydanej później kompozycji "Wond'ring Again"). W tym ostatnim, a także w kolejnej urzekającej miniaturce, "Slipstream", pojawiają się brzmienia orkiestrowe, tradycyjnie zaaranżowane przez Davida Palmera (współpracował z grupą już od czasu debiutu).

Od lat trwają dyskusje i spory o to, który album Jethro Tull jest najlepszy: "Aqualung" czy wydany rok później "Thick as a Brick". Ja opowiadam się zdecydowanie za tym pierwszym. Na jedenaście utworów, jakie na nim się znalazły, nie ma ani jednego nieudanego. A to naprawdę rzadka rzecz. Z drugiej strony, nie ma wśród nich także żadnego utworu, który można by uznać za naprawdę wybitny, za prawdziwe arcydzieło (ewentualnie o taki tytuł mogą się starać "My God" i tytułowy "Aqualung", ale nie postawiłbym ich w jednym rzędzie z np. "Stairway to Heaven" lub "Child in Time"). Ale ten problem dotyczy także wszystkich pozostałych albumów Jethro Tull - i pewnie właśnie dlatego zespół zawsze pozostawał w cieniu innych grup, rzadko bywa wymieniany wśród największych. Tego albumu nie wypada jednak nie znać.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Aqualung" (1971)

1. Aqualung; 2. Cross-Eyed Mary; 3. Cheap Day Return; 4. Mother Goose; 5. Wond'ring Aloud; 6. Up to Me; 7. My God; 8. Hymn 43; 9. Slipstream; 10. Locomotive Breath; 11. Wind-Up

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (5,9)
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


4 komentarze:

  1. Z pierwszych pięciu płyt JT Aqualunga lubię najmniej. Ten materiał fajnie sprawdza się na żywo (polecam ich koncerty, zwłaszcza Bursting Out), ale w studyjnej wersji brzmi dla mnie dość topornie. Taki tam, hard rock z fletem, miły, ale nie kręci mnie zbytnio i naprawdę rzadko tej płyty słucham. Zdecydowanie rzadziej niż któregokolwiek z ich najważniejszych nagrań. Zarówno poprzednia, jak i kolejna (to już w ogóle!) ich płyta podoba mi się dużo, dużo bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że ten album może się podobać mniej od innych klasycznych longplayów JT, ale chyba trochę niesprawiedliwe jest sprowadzanie jego zawartości do "takiego tam hard rocka z fletem" ;) Przecież ten album ma znacznie więcej do zaoferowania, bardzo ładnie ubarwiają go te akustyczne fragmenty.

      Usuń
    2. No, ma, ale przyznam, że odrobinę jednak mnie to nudzi. I to jest jedyna z tych najsłynniejszych płyt JT o której tak mówię...

      Usuń
  2. Ja tam lubię właśnie ten album najbardziej a mój ulubiony, “Locomotive Breath”, to moim zdaniem jeden z najbardziej genialnych kawałków grupy.
    Przy jego tworzeniu Anderson oprócz swojej partii wokalnej i fletu sam zagrał i “zdubował” część partii gitarowych i perkusji ponieważ miał trudności z wytłumaczeniem swoich pomysłów pozostałym członkom grupy. Jeszcze lepiej brzmi on w dłuższych improwizowanych wersjach koncertowych. Lecz co tu gadać - cała płyta jest genialna!

    Następne moje ulubione płyty J.T to w kolejności “Thick As A Brick” oraz “Songs From The Wood” i “Heavy Horses”.
    Pierwsze dwie z tej listy są bardziej progresywne, natomiast “S.F.T.W” i “H.H” to hard rock z domieszką folk rocka.

    Zaletą i jednocześnie przekleństwem Jethro Tull było ich oryginalne brzmienie, nieporównywalne do innych wielkich zespołów rockowych lat 70-tych. Może właśnie ten brak możliwości porównania ich utworów z dokonaniami innych wspaniałych grup, sprawił że nie zostały one uznane przez krytyków za arcydzieła. :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.