20 lutego 2015

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)



Scorpions to jeden z najdłużej słuchanych przeze mnie zespołów, ale nie czekałem z niecierpliwością na jego kolejny album. Wciąż chętnie wracam do ich dawnych dokonań: świetnego debiutu "Lonesome Crow", jeszcze lepszych - i bardzo niedocenianych - albumów z Ulim Jonem Rothem, a nawet do tych bardziej komercyjnych - ale wciąż hard rockowych - wydawnictw z pierwszej połowy lat 80. Natomiast na albumach wydanych po "Love at First Sting" niewiele dla siebie znajduję, może z wyjątkiem pojedynczych nagrań. Wyraźnie słychać na nich spadek formy kompozytorskiej, co zresztą potwierdza korzystanie z usług zawodowych songwritterów i zaprzyjaźnionych muzyków (na dosłownie każdym albumie, począwszy od "Crazy World" z 1990 roku). Brak pomysłów zespół próbował ukryć przeróżnymi eksperymentami: a to złagodzenie brzmienia ("Pure Instinct"), a to dodanie elektroniki ("Eye II Eye") lub orkiestry ("Moment of Glory" - składający się głównie ze znanych już wcześniej utworów), a to znów wyłączenie prądu (koncertówka "Acoustica").

Nieco ponad dekadę temu wydawało się jednak, że zespół odzyskuje formę. Albumy "Unbreakable" , "Humanity: Hour I" i "Sting in the Tail" nie były może jakimiś wybitnymi osiągnięciami, ale i tak cieszyło, że muzycy wrócili na nich do grania hard rocka. Dlatego trochę zmartwiła mnie informacja, że po wydaniu tego ostatniego zamierzają zakończyć karierę. Zanim jednak dobiegła końca trasa pożegnalna, w sklepach pojawiło się nowe wydawnictwo (zupełnie niepotrzebny "Comeblack", zawierający nowe wersje kilku przebojów grupy, a także kilka coverów), a w wywiadach muzycy zaczęli snuć plany kolejnego albumu - składającego się z utworów, które napisali w latach 80. i 90., ale których dotąd nie wydali. Oczywiście miały zostać nagrane od podstaw. Z czasem - kiedy członkowie grupy potwierdzili to, co było już wiadome od dawna, czyli rezygnację z emerytury - plany dotyczące tego wydawnictwa trochę się zmieniły, tzn. postanowiono umieścić na nim także utwory napisane współcześnie. A rezultat, zatytułowany "Return to Forever", właśnie trafia do sprzedaży.

W tym miejscu trzeba dodać, że nowe utwory zostały napisane głównie przez producentów albumu, Mikaela Norda Anderssona i Martina Hansena. Są oni współkompozytorami sześciu utworów ("Going Out with a Bang", "We Built This House", "All for One", "Catch Your Luck and Play", "Rollin' Home" i "Eye of the Storm", do których napisali muzykę i część tekstów), natomiast "The Scratch" stworzyli zupełnie sami, bez udziału kogokolwiek z zespołu. Kiepscy z nich jednak kompozytorzy. Mają też dziwny pogląd na to, jak powinny wyglądać utwory Scorpions. Do starszych fanów chcieli trafić poprzez zbyt oczywiste nawiązania do klasycznych utworów grupy: w singlowym "We Built This House" pojawia się riff bardzo zbliżony do tego z "Rock You Like a Hurricane" (ale nie tak udany i co gorsze, zupełnie bezsensownie doklejony do tej banalnej, popowej pioseneczki), z kolei riff z "All for One" brzmi jak żywcem wyjęty z "No One Like You". Lepiej wypadają "Going Out with a Bang" i - jeśli przymknąć oko na banalny refren - "Catch Your Luck and Play". Oba brzmią jak typowe kawałki Scorpions i na szczęście obyło się bez nachalnych skojarzeń z dawnymi kompozycjami grupy. Andersson i Hansen nie zapominają oczywiście o tym, że grupa zawsze słynęła też z ballad - czego rezultatem jest mdły "Eye of the Storm".

Z drugiej strony duet wyraźnie próbuje pozyskać nowych słuchaczy. Gdy usłyszałem "Rollin' Home" po prostu nie mogłem uwierzyć, że zespół zgodził się nagrać tak beznadziejny kawałek. Perkusyjnego wstępu chyba tylko ktoś głuchy nie skojarzyłby z "We Will Rock You", a to, co dzieje się później, woła o pomstę do nieba. Mówiąc wprost, zespół gra tutaj nowoczesny pop w najgorszej z możliwych odmian - zabrakło tylko obowiązkowego w takich nagraniach fragmentu z udziałem rapera. Ale i bez tego jest tragicznie. Przypomina to trochę eksperymenty z albumu "Eye II Eye", ale chyba nawet tam muzycy nie zniżyli się do tak żenującego poziomu... Ciekawszą i bardziej przekonującą próbą odświeżenia twórczości grupy jest "The Scratch", w którym pobrzmiewają lekkie echa bluesa, podane jednak w nowoczesnej formie, kojarzącej się z twórczością współczesnych zespołów nawiązujących do lat 70. To najlepszy kawałek z dostarczonych przez producentów. Na drugim miejscu umieściłbym "Going Out with a Bang", a o reszcie spróbuję jak najszybciej zapomnieć.

Pozostałe utwory zostały podpisane przez duet Schenker/Meine, z wyjątkiem "Rock 'n' Roll Band", autorstwa samego Meine'a. Nie wiadomo które z tych kompozycji są zupełnie nowe, a które to odrzuty sprzed lat - z dwoma wyjątkami: "Rock My Car" był grany przez zespół na kilku koncertach w 1988 roku, natomiast "Rock 'n' Roll Band" był grany na akustycznych koncertach z lat 2013-14 (udokumentowanych albumem "MTV Unplugged: Live in Athens"), a z wypowiedzi muzyków wynika, że powstał wiele lat wcześniej. To zresztą mój zdecydowany faworyt z tego albumu. Jedyny utwór, w którym jest i prawdziwie hard rockowy czad, i naprawdę dobra melodia - a więc znaki rozpoznawalne Scorpions z najlepszych lat działalności. "Rock 'n' Roll Band" spokojnie mógłby trafić na "Blackout" lub "Love at First Sting". Natomiast "Rock My Car" rozczarował mnie, na bootlegach wypadał lepiej. Tutaj zepsuto go poprzez dodanie bezsensownych chórków łoo-o-o łoo-o-o, kojarzących się z Coldplay i innymi pseudorockowymi grupami. Podobnym zabiegiem zepsuto "Hard Rockin' the Place" - niby fajny hard rockowy numer, ale z niepotrzebnymi chórkami, którym towarzyszą zniekształcone słowa tytułu. Całości dopełniają dwie ballady: "House of Cards" - nawet zgrabna, ale zanadto wygładzona i za bardzo przypominająca "Lorelei" z "Sting in the Tail" - oraz miałka "Gypsy Life".

Jeżeli ktoś chciałby dłużej pomęczyć się z tym albumem, to powinny go zainteresować wersje rozszerzone. Tak, w liczbie mnogiej - przekleństwem naszych czasów jest, że każdy nowy album ukazuje się w kilku wydaniach, często różniących się zestawem utworów. Aby skompletować wszystkie kawałki, jakie zespół nagrał, trzeba nabyć trzy wersje "Return to Forever": limitowaną Deluxe Edition (cztery bonusy: "The World We Used to Know", "Dancing with the Moonlight", "When the Truth Is a Lie" i "Who We Are"), wersję dostępną tylko w sklepach sieci Saturn (jeden bonus: "One and One is Three"), oraz cyfrową wersję z iTunes (także jeden bonus: "Delirious"). Najlepiej jednak w ogóle nie zawracać sobie głowy tymi odrzutami, bo wszystkie wypadają bardzo słabo, nawet na tle - niezbyt udanej przecież - podstawowej zawartości longplaya (uwaga: nie miałem jeszcze możliwości przesłuchać "One and One is Three", ale gdyby był dobry, to przecież nie przeznaczono by go do sprzedaży tylko w jednym sklepie).

Podsumowując, wyszło by chyba na lepsze, gdyby muzycy trzymali się swojego pierwotnego pomysłu, a więc umieścili tutaj więcej odrzutów z poprzednich dekad - z czasów, kiedy jeszcze potrafili sami tworzyć muzykę. Przede wszystkim powinni jednak zrezygnować z współpracy z Anderssonem i Hansenem, którzy zupełnie do nich nie pasują (wcześniej współpracowali m.in. z pseudorockowym The Rasmus), a w dodatku każą nagrywać kawałki swojego autorstwa, proponują dziwne aranżacje, oraz nie mają żadnego pojęcia jak powinien brzmieć rockowy album. "Return to Forever" - podobnie jak wcześniej produkowane przez nich "Sting in the Tail" i "Comeblack" - ma bardzo nienaturalne brzmienie: perkusja brzmi płasko, niczym automat perkusyjny, gitary cienko brzęczą, zamiast porządnie wybrzmieć, a bas ledwo słychać. Zespół z 50-letnim doświadczeniem (tak, Scorpions powstał w 1965 roku, chociaż pierwszy album wydali dopiero siedem lat później) powinien mieć więcej do powiedzenia w studiu, zamiast tak całkowicie podporządkować się producentom, niczym jakiś zaczynający karierę popowy produkt. 

Ocena: 2/10



Scorpions - "Return to Forever" (2015)

1. Going Out with a Bang; 2. We Built This House; 3. Rock My Car; 4. House of Cards; 5. All for One; 6. Rock 'n' Roll Band; 7. Catch Your Luck and Play; 8. Rollin' Home; 9. Hard Rockin' the Place; 10. Eye of the Storm; 11. The Scratch; 12. Gypsy Life

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


18 komentarzy:

  1. Ej, po co Ty słuchasz takich rzeczy :D

    Zespół ten nigdy nie był najwyższych lotów, dla mnie fajny jest tylko debiut, strawne są tylko płyty z lat 70', a popularność albumów z lat 80' potrafię zrozumieć, chociaż dla mnie są nie do słuchania. No, ale okej, rozumiem np. recenzję jakiegoś koncertu wydanego po latach, ale to? Return to Forever (jest, czy był taki zespół, znacznie od Scorpionsów lepszy, choć też nie bez wad) to album nagrany nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo dla kogo i nie wiadomo po co, na którym po prostu nie ma prawa być niczego interesującego. Odpaliłem sobie pół jednego kawałka, tego, co pisałeś, że niby dobry i moim zdaniem brzmi jak parodia Deep Purple wykonana przez podstarzałych pudli w programie "Mam Talent", w dodatku brzmienie jest fatalne (perkusja!).

    Może poszperasz jeszcze w płytach koncertowych Hendrixa? Naprawdę jest z czego wybierać - Monterey, Isle of Wight (na najpełniejszej wersji są kawałki, w których Jimi był tak narąbany, że grał bez żenady na "stroju punkowym" ;) ), Woodstock, i wiele innych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Scorpionsom zacząłem słuchać takiej muzyki (najpierw hard rocka i heavy metalu, a potem także rocka progresywnego), więc wciąż mam do nich sentyment i z ciekawości słucham wszystkiego, co wydają, mimo że nie spodziewam się już po nich niczego dobrego. Na długo przed premierą "Return to Forever" wiedziałem, że ten album będzie do niczego, ale nie mogłem go nie przesłuchać. I cóż, nie jest to najgorszy album w ich dyskografii, ale właściwie pod każdym względem rozczarowuje: kompozycje słabe, aranżacje nietrafione, brzmienie fatalne. Na plus mogę zaliczyć wokal Klause Meine'a, który jak na 66-latka brzmi naprawdę fantastycznie (tylko czy nie jest to jakaś studyjna sztuczka?). Dla porównania, dzisiaj słuchałem nowego albumu UFO i tam dla odmiany wokal wypada okropnie, a przecież Phil Mogg to rówieśnik Meine'a.

    Teraz kiedy recenzja jest już opublikowana, prawdopodobnie nigdy nie wrócę do żadnego utworu z tego albumu. Będę natomiast bronił twórczości zespołu z lat 70. - wg mnie przez całą dekadę (a właściwie do odejścia Rotha) prezentowali wysoki poziom. W każdym razie nie nagrali wtedy tak słabego albumu, jak "In Through the Out Door" Led Zeppelin, "Who Do We Think We Are" Deep Purple, czy "Technical Ecstasy" Black Sabbath. Z drugiej strony nie zbliżyli się nigdy do poziomu najlepszych albumów tych zespołów.

    Hendrix natomiast nie ucieknie, nie ma pośpiechu z recenzowaniem (co innego nowości - w okolicach premiery jest najwięcej wejść, a co za tym idzie, można zdobyć nowych czytelników). Na razie mam zamiar skupić się na studyjnych wydawnictwach, a potem spróbować ogarnąć koncertówki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w przypadku UFo wokalu nie ma co porównywać, Mogg to degenerat, inni wokaliści w zblizonym wieku tez maja swietne a nawet lesze głosy Hughes czy zmarły Dio

      Usuń
  3. Dla mnie te hard rockowe płyty Scorpionsów są w najlepszym razie przeciętne. Przywodzą na myśl całą tandetę lat 80', co w latach 70' było pewnym osiągnięciem, tylko nie koniecznie uznałbym je za atut.

    In Through the Out Door, Who Do We Think We Are i "\Technical Ecstasy teoretycznie mógłbym czasem posłuchać - w praktyce szkoda mi na to czasu, ale gdyby, powiedzmy ktoś mi to puścił na imprezie to okej, mógłbym sobie posłuchać. Natomiast Virgin Killer, czy Taken by Force mocno by mnie zmęczyły. Gdybym zaś trafił na imprezie, na której leciałby Blackout to bym wyszedł.

    Oczywiście, moje pytanie z poprzedniego postu (po co tego właściwie słuchasz) było pół żartem pół serio. Chociaż z drugiej strony mógłbym zadać podobne pytanie odnośnie "studyjnych" płyt Hendrixa zmontowanych w XXI wieku. Słuchałem w całości którejś z nich i nie był to może chłam, ale i tak zmarnowałem czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, też od dawna nie mam ochoty słuchać "Blackout", ale na jakiejś imprezie nie przeszkadzałby mi tak bardzo,jak "In Through the Out Door". Natomiast starszych albumów z przyjemnością bym teraz posłuchał, żeby jak najszybciej zapomnieć o tym najnowszym ;)

      Myślę, że gdyby zespół rozpadł się po "Love at First Sting", to dziś byłby o wiele lepiej oceniany. A gdyby zakończył działalność po "Tokyo Tapes", to już w ogóle miałby status kultowego, chociaż oczywiście nie byłby tak powszechnie znany ;)

      Usuń
  4. Co do ogólnej oceny się zgadzam - album jest słaby, nie pozbawiony mielizn i kiepsko wyprodukowany. Natomiast nasze opinie na temat poszczególnych numerów już się różnią :) "Going Out with a Bang" i "Rock'N'Roll Band" są wg mnie przeciętne i bez rewelacji, a jeśli chodzi o "Gypsy Life" - dla mnie ta ballada wcale nie jest miałka, co więcej, uważam, że jest to najlepszy kawałek na tym albumie i czuję, że będę do niego jeszcze nie raz wracał (w przeciwieństwie do reszty kawałków). Poza tym, nachalne skojarzenia ze starszymi kompozycjami grupy to ja miałem przy "Sting in the Tail", tutaj słyszę co najwyżej pewne nawiązania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słabo pamiętam "Sting in the Tail", ale tam chyba tylko przy jednym utworze miałem wrażenie zbyt nachalnego nawiązywania do starszych utworów - mam na myśli "SLY", który brzmi jak skrzyżowanie "Send Me an Angel" z "Still Loving You". Ogólnie zamysł obu najnowszych albumów jest taki sam - żeby jak najbardziej przypominały dokonania Scorpions z czasów największej popularności (lata 1979-85). I uważam, że na "Sting..." wyszło to znacznie lepiej, bo chociaż brzmienie jest równie kiepskie, to jednak większość utworów trzyma dość przyzwoity poziom i nie ma tam takich niepotrzebnych eksperymentów, jak "Rollin' Home".

      Usuń
  5. A ja się kompletnie nie zgadzam. Owszem są straszne mielizny ("Rollin Home", "Eye Of The Storm" czy "Gypsy Life"), ale są też bardzo wciągające hardrockowe klimaty z typowo scorpionową melodią ("Rock My Car", "All For One", "Rock'n'Roll Band") i trochę rzeczy, które wreszcie nie brzmią jak w latach 80-tych, a coś świeższego ("Hard Rockin The Place", "The Stratch" czy bonusowy "Delirious"). Wg mnie brzmi to dużo mniej wygładzone niż "Sting In The Tail", a to dobrze, bo ten lekki bałagan przywodzi na myśl dobre czasy. Mamy tu też przecież więcej niż na którejkolwiek z ostatnich płyt fajnych zagrywek Jabsa. Gitarka pracuje cały czas a nie tylko chwilami. Do tego kilka dobrych solówek i genialny głos Klausa Meine, którego forma to szczyty Himalajów. Czy taki album można ocenić na 3/10? Moim zdaniem absolutnie nie.

    OdpowiedzUsuń
  6. płyta dobra, aczkolwiek mozna by ja skrócić z 1 h do 45 min i byłaby bardzo dobra, bo jest niestety kilka zapchaj dziur.. ja mam 17 utworów:>

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie to całkiem udana płyta (mimo kilku słabych utworów) i... świetny koncert w Łodzi. Widać, że panowie nadal są w formie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed chwilą widziałem setlistę z koncertu i... cóż, nie grali za dużo nowości. Tylko cztery utwory z "Return to Forever": "Going Out With a Bang", 'We Built This House", "Rock 'n' Roll Band" i "Eye of the Storm" (ten ostatni chyba tylko we fragmencie, bo jest oznaczony jako "medley" z "Always Somewhere" i "Send Me an Angel". Zupełnie jakby muzycy mieli świadomość słabości nowego materiału. I tak wiadomo, że jakieś 99% publiczności przyszło żeby usłyszeć "Wind of Change", "Still Loving You", "Rock You Like a Hurricane" i inne hity sprzed lat.

      Usuń
  8. Mnie zaskoczyła obecność czterech utworów z ery Rotha (oczywiście każdy nie w całości - wszystkie były ze sobą połączone). Zastanawia mnie ile osób będących na koncercie znała choć jedną z tych piosenek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam na DVD ich koncert z Wacken Open Air 2006, na którym zagrali całkiem sporo utworów z lat 70., i to w całości, a w dodatku z gościnnym udziałem Rotha ;) Naprawdę fajna koncertówka, świetny repertuar (postawili głównie na ostrzejsze kawałki, nie było nawet "Wind of Change", co dla mnie jest ogromnym plusem), do tego świetna forma muzyków, szczególnie Klausa. Ale to było niemal dekadę temu. Jak teraz wypadł Meine?

      Usuń
  9. Tak, widziałem koncert w Wacken (swoją drogą, dzięki recenzji na tym blogu). Świetny - miło było popatrzeć, jak z zespołem gra Roth czy Michael Schenker - wg mnie najlepsi gitarzyści prowadzący zespołu (z całym szacunkiem dla Matthiasa).

    A Meine wypadł fantastycznie, naprawdę. Jego głos brzmi równie dobrze jak choćby w latach 80. Jest nie do zdarcia (a ma już 67 lat).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet któryś z liderów zespołu, Rudolf lub Klaus, w jakimś wywiadzie mówił, że Matthias jest najsłabszy z tej trójki gitarzystów, ale niby najlepiej z nich pasuje do zespołu. Cóż, zgadzam się przynajmniej z pierwszą częścią tej opinii ;)

      Szczerze jednak mówiąc, nie bardzo rozumiem fenomen młodszego Schenkera. Uznawany jest za jednego z najlepszych gitarzystów rockowych, ale według mnie jego gra na albumach UFO i solowych jest bardzo tendencyjna, nie ma w niej nic wyjątkowego. Jedynie na "Lonesome Crow" naprawdę słyszę jego talent.

      Usuń
    2. Myślę, że poniekąd wiem o co chodzi Rudolfowi/Klausowi. Prostszy styl gry Jabsa pasuje do jego bardziej komercyjnego charakteru. Jak wiadomo, Roth lubił grać wirtuozerskie, dłuższe solówki. Trochę podobnie jest z perkusistą Hermanem Rarebellem (w zespole 1977-1995), który gra przyzwoicie i nie jest na pewno jednym z najlepszych perkusistów, ale jego styl pasuje do prostszego oblicza zespołu.

      Co do Michaela: nie znam jego solowych płyt, ale jego gra w UFO bardzo mi się podoba i dzięki temu jest dla mnie jednym z najlepszych gitarzystów. Fakt, "Lonesome Crow" to jego życiowa płyta, ale solówki w "Rock Bottom", "Too Much of Nothing" czy "Highway Lady" także są genialne. Oczywiście to wszystko kwestia gustu.

      Usuń
  10. Dla mnie Michael Schenker należy do ścisłej czołówki rockowych gitarzystów. Niesamowity talent co widać na płytach z lat 70, kiedy to w Scorpions grał jeszcze jako nastolatek. W pełni rozwinął swój talent w UFO, gdzie jego gra momentami naprawdę przyprawia mnie o zawrót głowy. Solówki w Rock Bottom czy Lights Out to rockowa ekstraklasa. Fenomenalnie wypadł w koncertowym Strangers in the Night. Ależ tam jest ogień w jego grze! Uwielbiam jego grę i przez dłuższy czas zbierałem wszystkie jego płyty. Pierwsza połowa lat 80. to już jego autorski zespół MSG. Fantastyczne płyty z Cozym Powellem czy Grahamem Bonnetem. Rewelacyjna koncertówka One Night at Budokan z Powellem na bębnach to popis gry Schenkera. Płyta z Bonnetem na wokalu również należy do bardzo udanych, rewelacyjny mocny blues Rock You to the Ground czy Assault Attack albo Desert Song to świetne, melodyjne numery z genialną grą Michaela. Nie muszę dodawać, że Bonnet tez pokazuje tu klasę. Później Schenker poszedł jednak w amerykańską komerchę i płyty z Robinem Mc Auley dla mnie są nie do słuchania. Jest jednak jedna perła na tych kilku fatalnych płytach: utwór Save Yourself z obłędną partią gitary Schenkera! Szczególnie ciekawie ten kawałek wyszedł na bardzo udanej koncertówce The Michael Schenker Story Live z 1997 r. Potem była seria instrumentalnych płyt akustycznych jak i elektrycznych. Ja jednak wole zdecydowanie te elektryczne. Porywające gitarowe granie! Ciekawa jest jeszcze płyta Unforgiven i koncertowe podsumowanie trasy promującej ten album The Unforgiven World Tour. Ostatnie płyty, tzn z ostatniej dekady a nawet wcześniej są już bardzo słabe. Ale Michael Schenker na koncertach wciąż czaruje swoją grą czego dowodem jest świetny koncert Live in Tokyo z 2010 r. Taaaak Michael Schenker należy do moich gitarowych bohaterów!

    OdpowiedzUsuń