20 lutego 2015

[Recenzja] Scorpions - "Return to Forever" (2015)



Choć "Sting in the Tail" był zapowiadany jako ostatni album studyjny Scorpions, muzycy długo nie wytrzymali w swoim postanowieniu. Już rok później ukazał się kolejny longplay, "Comeblack". Fakt, że nie ma na nim premierowego materiału - zespół nagrał nowe, znacznie gorsze wersje kilku swoich przebojów, a także przerobił kilka cudzych kompozycji. Wkrótce potem dyskografia grupy poszerzyła się o koncertówkę zagraną bez prądu (zresztą już drugą), "MTV Unplugged", na której znalazło się kilka premierowych kawałków. Ale muzykom wciąż było mało i postanowili nagrać kolejny album - tym razem z kompozycjami, które napisali w latach 80. i 90., ale wtedy nie udało się ich dokończyć i nagrać (np. "Rock My Car", który nawet wykonywali na trasie z 1985 roku). Ostatecznie projekt rozrósł się także o zupełnie nowe utwory, w większości napisane przez producentów Mikaela Norda Anderssona i Martina Hansena. Z efektem można zapoznać się na wydawnictwie o tytule (bezczelnie podebranym Chickowi Corei) "Return to Forever".

Z jednej strony album stanowi kontynuację "Sting in the Tail", na którym zespół maksymalnie zbliżył się do swojej stylistyki z okresu "Blackout" i "Love at First Sting" (oprócz brzmienia, które i tym razem jest cienkie). Taki np. "Rock 'n' Roll Band" spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z tych albumów, a "We Built This House" to kolejny już kawałek grupy z riffem nawiązującym do "Rock You Like a Hurricane". Takich nachalnych skojarzeń jest tu zresztą więcej. Lecz z drugiej strony mamy tu także próbę dostosowania tego materiału do standardów współczesnego mainstreamu. Dlatego w wielu kawałkach pojawiają się kiczowate zaśpiewy rodem z indie rocka czy r&b (np. "We Built That House", "Rock My Car", "Hard Rockin' the Place"). Jeszcze gorszy efekt jest wtedy, gdy takie wpływy są słyszalne także w warstwie muzycznej, jak w żałośnie banalnym "Catch Your Luck and Play", czy po prostu gównianym "Rollin' Home". Podobać mogą się jedynie lekko bluesowe zagrywki w "Going Out with a Bang" i "The Scratch", ale i tak nie ratują one tych miałkich kawałków. Tradycyjnie, obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia kilka mdłych ballad ("House of Cards", "Gypsy Life" i najbardziej z nich smętny "Eye of the Storm").

Na "Return to Forever" zespół próbuje zarówno dogodzić starym wielbicielom, jak wzbudzić zainteresowanie młodych słuchaczy radiowej tandety. W rezultacie powstał album dla nikogo, odpychający banałem, kiczem, miałkością, wtórnością i próbami dotarcia do najmniej wymagających odbiorców. Jednocześnie, nie ma tu absolutnie niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość. Zupełnie niepotrzebne wydawnictwo. Rozumiem dlaczego zostało nagrane ($), natomiast nie rozumiem dlaczego ktokolwiek miałby chcieć go słuchać. 

Ocena: 1/10



Scorpions - "Return to Forever" (2015)

1. Going Out with a Bang; 2. We Built This House; 3. Rock My Car; 4. House of Cards; 5. All for One; 6. Rock 'n' Roll Band; 7. Catch Your Luck and Play; 8. Rollin' Home; 9. Hard Rockin' the Place; 10. Eye of the Storm; 11. The Scratch; 12. Gypsy Life

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Paweł Mąciwoda - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Mikael Nord Andersson i Martin Hansen


27 komentarzy:

  1. Ej, po co Ty słuchasz takich rzeczy :D

    Zespół ten nigdy nie był najwyższych lotów, dla mnie fajny jest tylko debiut, strawne są tylko płyty z lat 70', a popularność albumów z lat 80' potrafię zrozumieć, chociaż dla mnie są nie do słuchania. No, ale okej, rozumiem np. recenzję jakiegoś koncertu wydanego po latach, ale to? Return to Forever (jest, czy był taki zespół, znacznie od Scorpionsów lepszy, choć też nie bez wad) to album nagrany nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo dla kogo i nie wiadomo po co, na którym po prostu nie ma prawa być niczego interesującego. Odpaliłem sobie pół jednego kawałka, tego, co pisałeś, że niby dobry i moim zdaniem brzmi jak parodia Deep Purple wykonana przez podstarzałych pudli w programie "Mam Talent", w dodatku brzmienie jest fatalne (perkusja!).

    Może poszperasz jeszcze w płytach koncertowych Hendrixa? Naprawdę jest z czego wybierać - Monterey, Isle of Wight (na najpełniejszej wersji są kawałki, w których Jimi był tak narąbany, że grał bez żenady na "stroju punkowym" ;) ), Woodstock, i wiele innych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Scorpionsom zacząłem słuchać takiej muzyki (najpierw hard rocka i heavy metalu, a potem także rocka progresywnego), więc wciąż mam do nich sentyment i z ciekawości słucham wszystkiego, co wydają, mimo że nie spodziewam się już po nich niczego dobrego. Na długo przed premierą "Return to Forever" wiedziałem, że ten album będzie do niczego, ale nie mogłem go nie przesłuchać. I cóż, nie jest to najgorszy album w ich dyskografii, ale właściwie pod każdym względem rozczarowuje: kompozycje słabe, aranżacje nietrafione, brzmienie fatalne. Na plus mogę zaliczyć wokal Klause Meine'a, który jak na 66-latka brzmi naprawdę fantastycznie (tylko czy nie jest to jakaś studyjna sztuczka?). Dla porównania, dzisiaj słuchałem nowego albumu UFO i tam dla odmiany wokal wypada okropnie, a przecież Phil Mogg to rówieśnik Meine'a.

    Teraz kiedy recenzja jest już opublikowana, prawdopodobnie nigdy nie wrócę do żadnego utworu z tego albumu. Będę natomiast bronił twórczości zespołu z lat 70. - wg mnie przez całą dekadę (a właściwie do odejścia Rotha) prezentowali wysoki poziom. W każdym razie nie nagrali wtedy tak słabego albumu, jak "In Through the Out Door" Led Zeppelin, "Who Do We Think We Are" Deep Purple, czy "Technical Ecstasy" Black Sabbath. Z drugiej strony nie zbliżyli się nigdy do poziomu najlepszych albumów tych zespołów.

    Hendrix natomiast nie ucieknie, nie ma pośpiechu z recenzowaniem (co innego nowości - w okolicach premiery jest najwięcej wejść, a co za tym idzie, można zdobyć nowych czytelników). Na razie mam zamiar skupić się na studyjnych wydawnictwach, a potem spróbować ogarnąć koncertówki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w przypadku UFo wokalu nie ma co porównywać, Mogg to degenerat, inni wokaliści w zblizonym wieku tez maja swietne a nawet lesze głosy Hughes czy zmarły Dio

      Usuń
  3. Dla mnie te hard rockowe płyty Scorpionsów są w najlepszym razie przeciętne. Przywodzą na myśl całą tandetę lat 80', co w latach 70' było pewnym osiągnięciem, tylko nie koniecznie uznałbym je za atut.

    In Through the Out Door, Who Do We Think We Are i "\Technical Ecstasy teoretycznie mógłbym czasem posłuchać - w praktyce szkoda mi na to czasu, ale gdyby, powiedzmy ktoś mi to puścił na imprezie to okej, mógłbym sobie posłuchać. Natomiast Virgin Killer, czy Taken by Force mocno by mnie zmęczyły. Gdybym zaś trafił na imprezie, na której leciałby Blackout to bym wyszedł.

    Oczywiście, moje pytanie z poprzedniego postu (po co tego właściwie słuchasz) było pół żartem pół serio. Chociaż z drugiej strony mógłbym zadać podobne pytanie odnośnie "studyjnych" płyt Hendrixa zmontowanych w XXI wieku. Słuchałem w całości którejś z nich i nie był to może chłam, ale i tak zmarnowałem czas.

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do ogólnej oceny się zgadzam - album jest słaby, nie pozbawiony mielizn i kiepsko wyprodukowany. Natomiast nasze opinie na temat poszczególnych numerów już się różnią :) "Going Out with a Bang" i "Rock'N'Roll Band" są wg mnie przeciętne i bez rewelacji, a jeśli chodzi o "Gypsy Life" - dla mnie ta ballada wcale nie jest miałka, co więcej, uważam, że jest to najlepszy kawałek na tym albumie i czuję, że będę do niego jeszcze nie raz wracał (w przeciwieństwie do reszty kawałków). Poza tym, nachalne skojarzenia ze starszymi kompozycjami grupy to ja miałem przy "Sting in the Tail", tutaj słyszę co najwyżej pewne nawiązania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słabo pamiętam "Sting in the Tail", ale tam chyba tylko przy jednym utworze miałem wrażenie zbyt nachalnego nawiązywania do starszych utworów - mam na myśli "SLY", który brzmi jak skrzyżowanie "Send Me an Angel" z "Still Loving You". Ogólnie zamysł obu najnowszych albumów jest taki sam - żeby jak najbardziej przypominały dokonania Scorpions z czasów największej popularności (lata 1979-85). I uważam, że na "Sting..." wyszło to znacznie lepiej, bo chociaż brzmienie jest równie kiepskie, to jednak większość utworów trzyma dość przyzwoity poziom i nie ma tam takich niepotrzebnych eksperymentów, jak "Rollin' Home".

      Usuń
  5. A ja się kompletnie nie zgadzam. Owszem są straszne mielizny ("Rollin Home", "Eye Of The Storm" czy "Gypsy Life"), ale są też bardzo wciągające hardrockowe klimaty z typowo scorpionową melodią ("Rock My Car", "All For One", "Rock'n'Roll Band") i trochę rzeczy, które wreszcie nie brzmią jak w latach 80-tych, a coś świeższego ("Hard Rockin The Place", "The Stratch" czy bonusowy "Delirious"). Wg mnie brzmi to dużo mniej wygładzone niż "Sting In The Tail", a to dobrze, bo ten lekki bałagan przywodzi na myśl dobre czasy. Mamy tu też przecież więcej niż na którejkolwiek z ostatnich płyt fajnych zagrywek Jabsa. Gitarka pracuje cały czas a nie tylko chwilami. Do tego kilka dobrych solówek i genialny głos Klausa Meine, którego forma to szczyty Himalajów. Czy taki album można ocenić na 3/10? Moim zdaniem absolutnie nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, 3/10 to zdecydowanie za wysoko ;)

      Usuń
  6. płyta dobra, aczkolwiek mozna by ja skrócić z 1 h do 45 min i byłaby bardzo dobra, bo jest niestety kilka zapchaj dziur.. ja mam 17 utworów:>

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie to całkiem udana płyta (mimo kilku słabych utworów) i... świetny koncert w Łodzi. Widać, że panowie nadal są w formie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed chwilą widziałem setlistę z koncertu i... cóż, nie grali za dużo nowości. Tylko cztery utwory z "Return to Forever": "Going Out With a Bang", 'We Built This House", "Rock 'n' Roll Band" i "Eye of the Storm" (ten ostatni chyba tylko we fragmencie, bo jest oznaczony jako "medley" z "Always Somewhere" i "Send Me an Angel". Zupełnie jakby muzycy mieli świadomość słabości nowego materiału. I tak wiadomo, że jakieś 99% publiczności przyszło żeby usłyszeć "Wind of Change", "Still Loving You", "Rock You Like a Hurricane" i inne hity sprzed lat.

      Usuń
  8. Mnie zaskoczyła obecność czterech utworów z ery Rotha (oczywiście każdy nie w całości - wszystkie były ze sobą połączone). Zastanawia mnie ile osób będących na koncercie znała choć jedną z tych piosenek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam na DVD ich koncert z Wacken Open Air 2006, na którym zagrali całkiem sporo utworów z lat 70., i to w całości, a w dodatku z gościnnym udziałem Rotha ;) Naprawdę fajna koncertówka, świetny repertuar (postawili głównie na ostrzejsze kawałki, nie było nawet "Wind of Change", co dla mnie jest ogromnym plusem), do tego świetna forma muzyków, szczególnie Klausa. Ale to było niemal dekadę temu. Jak teraz wypadł Meine?

      Usuń
  9. Tak, widziałem koncert w Wacken (swoją drogą, dzięki recenzji na tym blogu). Świetny - miło było popatrzeć, jak z zespołem gra Roth czy Michael Schenker - wg mnie najlepsi gitarzyści prowadzący zespołu (z całym szacunkiem dla Matthiasa).

    A Meine wypadł fantastycznie, naprawdę. Jego głos brzmi równie dobrze jak choćby w latach 80. Jest nie do zdarcia (a ma już 67 lat).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet któryś z liderów zespołu, Rudolf lub Klaus, w jakimś wywiadzie mówił, że Matthias jest najsłabszy z tej trójki gitarzystów, ale niby najlepiej z nich pasuje do zespołu. Cóż, zgadzam się przynajmniej z pierwszą częścią tej opinii ;)

      Szczerze jednak mówiąc, nie bardzo rozumiem fenomen młodszego Schenkera. Uznawany jest za jednego z najlepszych gitarzystów rockowych, ale według mnie jego gra na albumach UFO i solowych jest bardzo tendencyjna, nie ma w niej nic wyjątkowego. Jedynie na "Lonesome Crow" naprawdę słyszę jego talent.

      Usuń
    2. Myślę, że poniekąd wiem o co chodzi Rudolfowi/Klausowi. Prostszy styl gry Jabsa pasuje do jego bardziej komercyjnego charakteru. Jak wiadomo, Roth lubił grać wirtuozerskie, dłuższe solówki. Trochę podobnie jest z perkusistą Hermanem Rarebellem (w zespole 1977-1995), który gra przyzwoicie i nie jest na pewno jednym z najlepszych perkusistów, ale jego styl pasuje do prostszego oblicza zespołu.

      Co do Michaela: nie znam jego solowych płyt, ale jego gra w UFO bardzo mi się podoba i dzięki temu jest dla mnie jednym z najlepszych gitarzystów. Fakt, "Lonesome Crow" to jego życiowa płyta, ale solówki w "Rock Bottom", "Too Much of Nothing" czy "Highway Lady" także są genialne. Oczywiście to wszystko kwestia gustu.

      Usuń
  10. Dla mnie Michael Schenker należy do ścisłej czołówki rockowych gitarzystów. Niesamowity talent co widać na płytach z lat 70, kiedy to w Scorpions grał jeszcze jako nastolatek. W pełni rozwinął swój talent w UFO, gdzie jego gra momentami naprawdę przyprawia mnie o zawrót głowy. Solówki w Rock Bottom czy Lights Out to rockowa ekstraklasa. Fenomenalnie wypadł w koncertowym Strangers in the Night. Ależ tam jest ogień w jego grze! Uwielbiam jego grę i przez dłuższy czas zbierałem wszystkie jego płyty. Pierwsza połowa lat 80. to już jego autorski zespół MSG. Fantastyczne płyty z Cozym Powellem czy Grahamem Bonnetem. Rewelacyjna koncertówka One Night at Budokan z Powellem na bębnach to popis gry Schenkera. Płyta z Bonnetem na wokalu również należy do bardzo udanych, rewelacyjny mocny blues Rock You to the Ground czy Assault Attack albo Desert Song to świetne, melodyjne numery z genialną grą Michaela. Nie muszę dodawać, że Bonnet tez pokazuje tu klasę. Później Schenker poszedł jednak w amerykańską komerchę i płyty z Robinem Mc Auley dla mnie są nie do słuchania. Jest jednak jedna perła na tych kilku fatalnych płytach: utwór Save Yourself z obłędną partią gitary Schenkera! Szczególnie ciekawie ten kawałek wyszedł na bardzo udanej koncertówce The Michael Schenker Story Live z 1997 r. Potem była seria instrumentalnych płyt akustycznych jak i elektrycznych. Ja jednak wole zdecydowanie te elektryczne. Porywające gitarowe granie! Ciekawa jest jeszcze płyta Unforgiven i koncertowe podsumowanie trasy promującej ten album The Unforgiven World Tour. Ostatnie płyty, tzn z ostatniej dekady a nawet wcześniej są już bardzo słabe. Ale Michael Schenker na koncertach wciąż czaruje swoją grą czego dowodem jest świetny koncert Live in Tokyo z 2010 r. Taaaak Michael Schenker należy do moich gitarowych bohaterów!

    OdpowiedzUsuń
  11. No cóż, drugie zdanie tej recenzji jest już niestety mocno nieaktualne, a zwłaszcza jego druga część :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście! Pewnych rzeczy nie da się już słuchać, gdy gust się rozwija ;)

      Usuń
    2. Te albumy nie mają już dla mnie nic do zaoferowania. Słuchałem ich niezliczenie wiele razy, znam je na wylot i wiem, że nie odkryję tam już nic nowego (tym bardziej, że to bardzo prosta muzyka, od razu odsłaniająca wszystkie swoje zalety lub wady). Nie mam też po prostu ochoty ich słuchać - jest wiele innych wykonawców, do których albumów chętniej wrócę. Nie wiem, może kiedyś postanowię sobie odświeżyć "Lonesome Crow", albo nawet któryś album z Rothem. Płyty wciąż mam i nie zamierzam ich sprzedać, choć pozbyłem się późniejszych wydawnictw (od "Lovedrive" w górę).

      Usuń
    3. Czy naprawdę kiedykolwiek był moment kiedy uważałeś albumy z Rothem za lepsze od "Lonesome Crow"? Bo tak rozumiem drugie zdanie...

      Mam też refleksję nt tego co powiedziałeś ostatnio - "Lonesome Crow" nie osiąga poziomu "In Rock". Mimo wszystko wg mnie LC jest bardziej ambitny od rzemiechowego, choć bardzo dobrego hard rocka który Purple tam proponują.

      W kolejce recenzji do poprawki ciągle czeka "In Trance", którego na blogu nie ma już od prawie roku ;)

      Usuń
    4. Skoro tak napisałem, to widocznie tak kiedyś uważałem ;)

      "Rzemiechowy", znaczy rzemieślniczy? Pamiętaj, że "In Rock" ukazało się na początku 1970, gdy prawie nikt tak nie grał, to był jeden z pierwszych hardrockowych albumów. Można więc śmiało powiedzieć, że to bardzo nowatorskie granie. Natomiast "Lonesome Crow" ukazał się dopiero w 1972 roku, a brzmi na dwa lata starszy. Nie ma na nim niczego nowego, to tylko mieszanka paru patentów Deep Purple i Black Sabbath, z dodatkiem odrobiny stylu Pink Floyd (skąd zaczerpnięto elementy muzyki konkretnej), a czasem jazzowo swingującego basu niczym z płyt Ten Years After czy Taste. Dlatego ja uważam nowatorski "In Rock" za ambitniejszy, a wtórny "Lonesome Crow" za bardziej rzemieślniczy. To jednak wciąż bardzo fajne granie, choć mam wrażenie, że przez niektórych bardzo przecenione, bo punktem odniesienia są dla nich późniejsze chałtury Scorpions, a nie dokonania wyżej wymienionych zespołów.

      Na poprawki recenzji Scorpions przyjdzie czas ;)

      Usuń
  12. Ty to zwykły masochista jesteś :D Mam podejrzenia, że jeżeli Sc wydadzą nowy album to też go zrecenzujesz. Sądząc po treści tej recenzji, słyszałeś tam tyle dźwięków na które zdaje mi się że jesteś uczulony, a mimo to poprawiłeś ją, przypominając sobie (zapewne już nie w głowie, tylko przesłuchując jeszcze raz, bo wyszedł w czasach kiedy już nie słuchałeś Sc z taką częstotliwością i nie miałeś go wykuty na pamięć) ten album. Po co sprawiać sobie taką niewygodę, gdy mozna w tym czasie wygrzebać jakiś świetny album sprzed 55 lat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poświęcam się, żeby inni nie musieli cierpieć ;) Teraz dla uspokojenia moich zranionych uszu słucham albumu "City Lights" Lee Morgana z 1958 roku. Przyjemny jazz z tamtej epoki, jednak nie wyróżniający się niczym na tle bardziej znanych tytułów. A więc też w żaden sposób mnie nie rozwija. Przy znajomości tylu albumów, trudno trafić na coś świetnego, czego dotąd się nie słyszało.

      Usuń
  13. Uau, to już cali Skorpionowie zrecenzowani od nowa! Brawo :D

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.