[Recenzja] Ten Years After - "A Space in Time" (1971)



Na "A Space in Time" znalazł się największy przebój w karierze Ten Years After - "I'd Love to Change the World". Będący zarazem jednym z fajniejszych utworów w repertuarze grupy. Bardzo energetyczny, z chwytliwą melodią, a także ciekawym zestawieniem niemal folkowych partii gitary akustycznej i stricte rockowych, porywających solówek Alvina Lee na elektryku. Niestety, ze względu na obecność tylko jednego gitarzysty w składzie, na żywo utwór wypadał nieco słabiej i pewnie dlatego zespół rzadko wykonywał go podczas koncertów. Za to jako singiel sprawdził się idealnie, nie tylko ze względu na przebojowy charakter - był po prostu doskonałą zapowiedzią "A Space in Time", pokazującą jaką ewolucję przeszedł styl zespołu.

Jest to bowiem longplay łagodniejszy, bardziej wyciszony od wcześniejszych wydawnictw Ten Year After. Bardzo dużo tutaj brzmień akustycznych. W "Hard Monkeys", "Once There Was a Time" i "I've Been There Too" są one dopełniane gitarą elektryczną, sekcją rytmiczną i pianinem. Ale znalazł się tutaj także bardzo nastrojowy, przepiękny "Here They Come", który w całości opiera się na akompaniamencie gitary akustycznej, wspartej tylko basem i sporadycznymi klawiszowymi ozdobnikami. Z kolei w sielskim "Over the Hill" całe instrumentarium ogranicza się do akustyka i... skrzypiec. Aż trudno uwierzyć, że to utwór Ten Years After.

Na szczęście zespół nie zrywa tutaj całkiem z przeszłością. Znalazło się też miejsce także dla odrobiny rock and rolla (banalny "Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You") czy jazzu ("Uncle Jam"). O blues-rockowych korzeniach zespołu przypomina natomiast znakomity otwieracz "One of These Days". Oparty na typowo bluesowych zagrywkach gitary i zawierający również bardzo bluesową solówkę na harmonijce; zagrany jednak z hardrockowym ciężarem, równoważonym przez przyjemne organowe tło. To jeden z najlepszych fragmentów longplaya, ale to nie powinno dziwić, bo przecież zespół zawsze był dobry w takich klimatach. Bardzo interesującym utworem jest także "Let the Sky Fall", napędzany bluesowym motywem - nie tak odległym od riffu "Good Morning Little Schoolgirl" - ale wyróżniający się bardziej psychodelicznym nastrojem, tworzonym przez transową partię basu i różne efekty dźwiękowe.

"A Space in Time" to jeden z ciekawszych albumów Ten Years After. Zespół odświeżył tutaj swój styl, nie odcinając się całkowicie od swojej przeszłości. Choć pod względem kompozytorskim album jest dość nierówny i obok naprawdę bardzo dobrych utworów są też mniej porywające, a jeden ("Baby...") zdecydowanie odstaje poziomem na minus. Mimo tego, całości słucham z dużą przyjemnością.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "A Space in Time" (1971)

1. One of These Days; 2. Here They Come; 3. I'd Love to Change the World; 4. Over the Hill; 5. Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You; 6. Once There Was a Time; 7. Let the Sky Fall; 8. Hard Monkeys; 9. I've Been There Too; 10. Uncle Jam

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - gitara basowa; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Del Newman - aranżacja instr. smyczkowych (4)
Producent: Ten Years After


Komentarze

  1. Akurat moim zdaniem Baby Won't You... to jeden z najjaśniejszych momentów płyty z wyraźnym cytatem z Led Zeppelin, choć trudno jednoznacznie ustalić kto kogo cytuje, gdyż obydwa zespoły nagrywały w tym samym 1971 roku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oba są po prostu oparte na najbardziej sztampowych kliszach rock’n’rollowych. Większość kawałków w tym stylu jest nie do odróżnienia między sobą, więc oba zespoły mogły wzorować się na różnych kawałkach, a z dużym prawdopodobieństwem - na żadnym konkretnym.

      Usuń
    2. @Krzychu
      Pisząc o tym "cytacie" z Led Zeppelin, miałeś na myśli tą zagrywkę, która przypomina motyw z "Misty Mountain Hop"?
      Szczerze, wątpię, że to jest umyślny hołd, bo brzmi to bardziej jak jeden z wielu licków bluesowych, który każdy muzyk mógłby wykorzystać w jakiejś piosence.

      Usuń
    3. Pomijając fakt kto od kogo coś zapożyczył i czy w ogóle, uważam, że właśnie w takim rockandrollowym wydaniu, Ten Years After wypadało najkorzystniej; przecież słynny I'm Going Home, bez którego nie mógł się odbyć żaden koncert , jest tego najlepszym przykładem.

      Usuń
    4. Uważam zupełnie odwrotnie - to było tylko takie zabawianie publiczności. Zespół było stać na więcej niż takie sztampowe naśladowanie archaicznej stylistyki, z popisywaniem się efekciarskimi solówkami, polegającymi wyłącznie na odgrywaniu paru gatunkowych klisz w szybkim tempie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)