24 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)



Jeden z najważniejszych i najbardziej inspirujących albumów w historii muzyki. Zespół zaproponował tu wiele prekursorskich rozwiązań. To jeden z pierwszych albumów koncepcyjnych - wyprzedziły go tylko "Freak Out" The Mothers of Invention i "Pet Sounds" The Beach Boys, które zresztą były główną inspiracją dla powstania "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Beatlesi jednak, jak zwykle, wyprzedzili konkurencję i poszli o krok dalej. Ich longplay to nie tylko zbiór powiązanych ze sobą tematycznie utworów (de facto, teksty mają ze sobą bardzo luźny związek). To przede wszystkim cała towarzysząca otoczka, zaczynając od stworzenia Orkiestry Sierżanta Pieprza, w którą wcielili się członkowie zespołu, przywdziewając specjalnie zaprojektowane stroje, a kończąc na niezwykłej okładce i dołączonych do płyty gadżetach. To wszystko tworzy nierozerwalną całość z zawartością muzyczną, która została przygotowana w formie "występu" owej fikcyjnej Orkiestry. W tym celu poszczególne utwory zostały ze sobą połączone, w taki sposób, żeby każdy przechodził płynnie w następny, co było bardzo nowatorskim, niespotykanym wcześniej rozwiązaniem. Nawet amerykański wydawca zrozumiał, że album tworzy nierozerwalną całość i po raz pierwszy nie ingerował w tracklistę tamtejszego wydania.

Przed rozpoczęciem nagrań, muzycy podjęli decyzję o zaprzestaniu koncertowania. Wiedząc, że nie będą musieli odtwarzać nowych utworów na żywo (mieli z tym problem już w przypadku kompozycji z "Revolver"), mogli pozwolić sobie w studiu niemal na wszystko - ograniczała ich tylko wyobraźnia. Ponownie, jak na poprzednim albumie, George Martin zastosował tu wiele studyjnych sztuczek, a w nagraniach zespół wsparło kilkudziesięciu dodatkowych muzyków - w kilku utworach wystąpiła cała orkiestra! Wrażenie robi fakt, że to wszystko zarejestrowano za pomocą ledwie 4-ścieżkowego magnetofonu (w tamtych czasach istniały już magnetofony 8-ścieżkowe, ale używano ich tylko w Stanach). Wymusiło to konieczność nagrywania kilku instrumentów na jedną ścieżkę, lub zgrywaniu kilku ścieżek na jedną i dodawanie kolejnych, co niestety miało swoje wady - utrudniało miksowanie i pogarszało jakość dźwięku. Biorąc to wszystko pod uwagę, efekt naprawdę powala. Pomimo ówczesnych ograniczeń technicznych, powstał album, który do dziś mógłby być wzorem brzmienia (inne zdanie mają, niestety, współcześni producenci). Nawet jeśli niektóre aranżacje dziś brzmią już bardzo archaicznie.

Album jest bardzo spójny i przemyślany, a zarazem niezwykle różnorodny. Całość otwiera utwór tytułowy, który z kolei rozpoczynają dźwięki strojącej się orkiestry, po chwili ustępujące miejsca niemalże hardrockowym zagrywkom gitar i zadziornej partii wokalnej Paula McCartneya. W tle słychać odgłosy "publiczności", mające sprawiać wrażenie, że to muzyka grana na żywo. "With a Little Help from My Friends" to melodyjna piosenka ze śpiewem Ringo Starra do akompaniamentu pianina i uwypuklonej sekcji rytmicznej. Utwór zyskał większą popularność w późniejszej wersji Joego Cockera, jednak do mnie zdecydowanie bardziej przemawia oszczędniejszy brzmieniowo oryginał. "Lucy in the Sky with Diamonds" to z kolei jeden z najbardziej psychodelicznych utworów zespołu. Fajny klimat tworzą tutaj partie organów, tambury i hipnotyzującego basu, a refren od razu zapada w pamięć. Zdecydowanie mniej wyraziste są dwa kolejne utwory, "Getting Better" i "Fixing a Hole" - ot, proste poprockowe piosenki, niespecjalne pod względem melodycznym. Natomiast "She's Leaving Home" powiela pomysł z "Eleanor Rigby" - harmoniom wokalnym McCartneya i Lennona towarzyszą wyłącznie partie instrumentów smyczkowych (i harfy). To przyjemny utwór, ale nie zapadający tak w pamieć, jak jego pierwowzór.

Czymś nowym jest z pewnością "Being for the Benefit of Mr. Kite!" inspirowany muzyką cyrkową, George Martin wykorzystał tutaj taśmę z nagraniem organów parowych, którą pociął, a następnie połączył w interesujący kolaż. Na albumie nie mogło zabraknąć kompozycji George'a Harrisona. "Within You Without You" to właściwie jego solowy utwór - muzyk odpowiada tutaj za partię wokalną oraz grę na sitarze i tamburze, a towarzyszą mu tylko hinduscy instrumentaliści i muzycy grający na smyczkach. Utwór zachwyca swoim hindustańskim klimatem. Zupełnie inny nastrój przynosi kolejny na płycie "When I'm Sixty-Four", pastisz starej muzyki wodewilowej. Pastiszowym charakterem charakteryzuje się także "Lovely Rita". "Good Morning Good Morning" to prosta piosenka z udziwnioną aranżacją (dużo dęciaków i... odgłosów zwierząt). Repryza tytułowego utworu wzmacnia spójność albumu jako całości. Jego wielkim finałem jest natomiast ballada "A Day in the Life", składająca się z kilku zróżnicowanych części (powstała z połączenia dwóch różnych kompozycji Lennona i McCartneya), a momentami nabiera monumentalnego, orkiestrowego rozmachu i niemal awangardowego charakteru. Zaproponowane tutaj rozwiązania były z pewnością inspiracją dla wielu grup progrockowych. Ostatni, potężnie wybrzmiewający akord jest perfekcyjnym zwieńczeniem albumu.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że zespół skupił się tutaj przede wszystkim na aranżacjach, aby były jak najbogatsze i najbardziej niekonwencjonalne, jednocześnie zapominając o tym, co było dotąd najważniejsze w ich twórczości - dobrych melodiach. Co zostaje w pamięci po przesłuchaniu "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band"? Na pewno refren "Lucy in the Sky with Diamonds", prawdopodobnie melodia "With a Little Help from My Friends", może jeszcze "Within You Without You" i "A Day in the Life". Z pozostałych kawałków pamięta się raczej aranżacje, nie same kompozycje. A to dla zespołu krok w tył! Na "Revolver" aranżacje są przecież bardzo ciekawe, pomysłowe i innowacyjne, ale ponadto każdy, dosłownie każdy, utwór zachwyca świetną melodią. Częściowo winę za taki stan rzeczy na "Sierżancie Pieprzu" ponosi wydawca, który się uparł, aby dwa najbardziej chwytliwe utwory nagrane podczas sesji - "Strawberry Fields Forever" i "Penny Lane" - zostały wydane na singlu i już nie powtórzone na albumie. George Martin przyznawał potem, że zgoda na to była największym błędem w całej jego karierze.

"Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" to bez wątpienia bardzo ważny i przełomowy album. Nie tylko dla zespołu, ale całej współczesnej muzyki. Jednak oceniając go wyłącznie pod kątem zawartej na nim muzyki - nie uwzględniając jej innowacyjności i późniejszego wpływu na innych wykonawców - okazuje się, że to w sumie dość średni album, z kilkoma bardziej udanymi momentami. Poniższa ocena opiera się wyłącznie na moim subiektywnym odbiorze longplaya. Obiektywnie mógłbym przyznać jeden punkt więcej, ale więcej byłoby już przesadą.

Ocena: 7/10



The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)

1. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band; 2. With a Little Help from My Friends; 3. Lucy in the Sky with Diamonds; 4. Getting Better; 5. Fixing a Hole; 6. She's Leaving Home; 7. Being for the Benefit of Mr. Kite!; 8. Within You Without You; 9. When I'm Sixty-Four; 10. Lovely Rita; 11. Good Morning Good Morning; 12. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise); 13. A Day in the Life

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, harmonijka; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - wokal, gitara, tambura, sitar, harmonijka, instr. perkusyjne; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal, harmonijka, instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - instr. klawiszowe (1,2,4,5,7,10,13); Neill Sanders - waltornia (1,13); James W. Buck, Tony Randell, John Burden - waltornia (1); Mike Leander - aranżacja instr. smyczkowych (6); Erich Gruenberg - skrzypce (6,8,13); Derek Jacobs, Trevor Williams, José Luis García - skrzypce (6); John Underwood - altówka (6,13); Stephen Shingles - altówka (6); Peter Halling - wiolonczela (6,8); Dennis Vigay, Alan Dalziel - wiolonczela (6,13); Gordon Pearce - kontrabas (6,13); Sheila Bromberg - harfa (6); Mal Evans - harmonijka (7), pianino (13); Neil Aspinall - harmonijka (7), tambura (8); Alan Loveday, Julien Gaillard, Paul Scherman, Ralph Elman, David Wolfsthal, Jack Rothstein, Jack Greene - skrzypce (8); Reginald Kilbey, Allen Ford - wiolonczela (8); Robert Burns, Henry MacKenzie, Frank Reidy - klarnet (9); Shawn Phillips - dodatkowy wokal (10); Barrie Cameron, David Glyde, Alan Holmes - saksofon (11); John Lee - trąbka (11); Granville Jones, Bill Monro, Jurgen Hess, Hans Geiger, D. Bradley, Lionel Bentley, David McCallum, Donald Weekes, Henry Datyner, Sidney Sax, Ernest Scott, Carlos Villa - skrzypce (13); Gwynne Edwards, Bernard Davis, John Meek - altówka (13); Francisco Gabarro, Alex Nifosi - wiolonczela (13); Cyril Mac Arthe - kontrabas (13); John Marson - harfa (13); Roger Lord - obój (13); Basil Tschaikov, Jack Brymer - klarnet (13); N. Fawcett, Alfred Waters - fagot (13); Clifford Seville, David Sandeman - flet (13); Alan Civil, Neil Sanders - waltornia (13); David Mason, Monty Montgomery, Harold Jackson - trąbka (13); Raymond Brown, Raymond Premru, T. Moore - puzon (13); Michael Barnes - tuba (13); Tristan Fry - kotły (13)
Producent: George Martin


7 komentarzy:

  1. Wiedziałem, że na 50-lecie ta recka się ukaże. Mam w sumie podobne odczucia. Choć propozycja Harrisona najmniej mi odpowiada. Jednym z najlepszych momentów jest dla mnie hardrockowa solówka Paula w "Good Morning Good Morning".

    W sumie wartość i znaczenie tej płyty rośnie z czasem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę się niestety zgodzić z tym ostatnim zdaniem. Album był rzeczywiście czymś wyjątkowym w chwili ukazania się i przez kilka kolejnych lat bardzo inspirującym, ale z czasem jego wpływ na muzykę był coraz mniejszy. Tzn. nic już więcej nowego nie wynikało z tego, co wniósł do muzyki.

      Usuń
  2. stary dobry nieznajomy29 maja 2017 19:44

    A jaka ocena była kiedyś ;) ? Bo to było zanim odkryłem ten blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten album w ogóle nie był zrecenzowany. Dopiero wczoraj opublikowałem jego recenzję - w styczniu 2013, żeby była we właściwym miejscu, pomiędzy "Revolver", a "Magical Mystery Tour".

      Przez lata było mnóstwo próśb o dodanie tej recenzji, a że zbliża się 50-lecie wydania, to nadszedł najlepszy moment ;)

      Usuń
    2. stary dobry nieznajomy30 maja 2017 00:42

      A za 2 miesiące 50 lat "Piper at Gates of Dawn"... będzie podobna akcja? ;)

      Usuń
  3. Mimo wysokiego poziomu, niestety należy uznać Pieprza za dosyć przereklamowanego. Do Revolvera i Abbey Road (moim zdaniem najlepszych w dyskografii Żuczków) trochę brakuje. Postawiłbym go na równi z Białym - genialne momenty (A Day In The Life), ale sporo przeciętniaków jak na taki zespół jak Beatlesi. Od czasu do czasu można posłuchać.

    OdpowiedzUsuń