[Recenzja] Swans - "Newly Sentient Being" (2026)
Od dobrej dekady Michael Gira zapowiada odejście od aktualnej formuły Swans. Tymczasem właśnie ukazało się kolejne to-już-naprawdę-ostatnie-tak-monumentalne-wydawnictwo grupy. "Newly Sentient Being" to trwający ponad dwie i pół godziny kolos, przy zaledwie pięciu ścieżkach - ale dwie z nich osiągają po blisko czterdzieści minut, a inna zbliża się do pełnej godziny. Fakt, tym razem to album koncertowy, jednakże w znacznej części wypełniony premierowymi kompozycjami. A nawet jeśli zdarzają się powtórki utworów nagranych w studiu, to wykonania różnią się drastycznie. Od czasu swojej reaktywacji Swans działa w dość nietypowy sposób. Nowe kompozycje często debiutują w formie surowych demówek Giry, a z ich sprzedaży finansowane są potem profesjonalne nagrania w pełnym składzie. Zanim jednak muzycy wejdą do studia, najpierw prezentują - wzorem King Crimson z okresu 1972-74 - zespołowe opracowania tych utworów na żywo, ewoluujące z każdym kolejnym występem. I dopiero potem nagrywają ...