[Recenzja] Massive Attack - "Mezzanine" (1998)

Massive Attack Mezzanine recenzja albumu


Niespodziewanie najszerzej ostatnio omawianym w krajowych mediach wydarzeniem muzycznym stał się koncert zespołu, którego szczytowy moment kariery wypadł trzy dekady temu i po którym spodziewano się bezpiecznego występu dla możliwie najszerszej publiczności. Tymczasem atmosfera wytworzona przez Massive Attack na tegorocznym Open'erze okazała się daleka od komfortowej. Wyświetlane za plecami muzyków obrazy zbrodni dokonywanych na polecenie Putina i Netanjahu, dzieci wydobywających w trudnych i niebezpiecznych warunkach minerały niezbędne we współczesnym biznesie technologicznym, a także niemal nieustanny zmasowany atak sensacyjnymi, autentycznymi nagłówkami, pokazujące problem nadmiaru informacji oraz dezinformacji - wszystko to podane w przytłaczający sposób, wzmocniony, mroczną, psychodeliczną i często hałaśliwą muzyką - okazały się zbyt mocne dla części publiczności, która nie wytrzymała do końca występu.

To dobry moment, aby w końcu opisać tu tę grupę. Tak właściwie to zabrałem się za to już parę miesięcy temu, dzięki czemu mogę teraz bazować na swojej nieukończonej wówczas recenzji "Mezzanine". Dlaczego wybrałem akurat tę płytę, trzecią, a zarazem środkową w dyskografii zespołu? Bo to właśnie ten album uchodzi za największe osiągnięcie Brytyjczyków, a także jedno z największych muzycznych osiągnięć lat 90. - i chyba faktycznie jest jednym z tych wydawnictw, bez których znajomości nie będzie się miało pełnego obrazu muzycznej sceny tamtej dekady. To także największy komercyjny sukces Massive Attack. W samej Europie album rozszedł się do dziś w nakładzie przekraczającym dwa miliony egzemplarzy; kolejne ponad pół miliona sprzedało się w Stanach. Po blisko trzydziestu latach od premiery "Mezzanine" nie traci swojego kultowego statusu, który jak najbardziej można merytorycznie uzasadnić. Bowiem zespół, który parę lat wcześniej praktycznie samodzielnie stworzył estetykę trip-hopu, tu poszerzył jej ramy, po raz kolejny inspirując innych. Jednocześnie nie jest to jednak dzieło, do którego podchodzę bezkrytycznie. Wręcz od początku planowałem nieco je odheroizować. A zwłaszcza po ostatnim koncercie w naszym kraju może się pojawić całkiem przeciwna tendencja i jeszcze większe zachwyty nad tym materiałem.


Massive Attack pewne uznanie zdobył jeszcze przed "Mezzanine", już za sprawą debiutanckiego "Blue Lines" z 1991 roku, który zwrócił uwagę krytyków dość oryginalną mieszanką hip-hopu, dubu i soulu, charakteryzującą się kwaśnym, psychodelicznym klimatem, nieśpiesznym tempem oraz istotną rolą sampli i elektroniki. Był to początek nowego nurtu, który w mediach nazwano trip-hopem, co miało oznaczać hip-hop na kwasie. Wkrótce zaroiło się od naśladowców, z których nielicznym - jak DJ Shadow czy grupa Portishead - udawało się twórczo rozwijać pomysły Massive Attack. Początek tamtej dekady to jednak chwilowy powrót fascynacji słuchaczy gitarowymi kapelami, przez co na koncertach, szczególnie w Stanach, publiczność nie zawsze z entuzjazmem przyjmowała muzykę tworzoną przy pomocy gramofonów, samplerów i syntezatorów.

Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Robert "3D" Del Naja, jeden z trzech muzyków tworzących wówczas zespół. To on zaproponował zwrot ku bardziej rockowym brzmieniom. Przeciwko był Andrew "Mushroom" Vowles, chcący pozostać przy dotychczasowym stylu, ale szalę przeważył Grant "Daddy G" Marshall, którego pociągała wizja rozwoju. Jeszcze pod koniec trasy promującej drugi album, "Protection", skład poszerzono o gitarzystę, basistę oraz bębniarza. Muzyków grających na tych instrumentach zatrudniono też do prac nad materiałem na kolejną płytę. Ich rola polegała jednak głównie na tym, by improwizować do stworzonych wcześniej podkładów. Zarejestrowane w ten sposób partie cięto, modyfikowano i miksowano na rożne sposoby, a z oryginalnych podkładów wyrzucano zbędne dźwięki lub programowano je od nowa. Efektem była muzyka nie tylko o bardziej gitarowym charakterze, ale też o mroczniejszym, nocnym klimacie.


Jednocześnie nie zrezygnowano tu całkiem z wcześniejszych środków wyrazu. Wciąż istotną rolę odgrywają sample, choć tym razem pochodziły one głównie z rockowych kawałków. W "Man Next Door" pojawiają się bębny z "When the Levee Breaks" Led Zeppelin (trochę sztampowo) oraz gitara i wokal z "10:15 Saturday Night" The Cure, ale są też dźwięki wydobyte z "Up the Khymber" Pink Floyd w "Group Four", "I Found a Reason" The Velvet Underground w "Risingson" czy "Rockwrok" Ultravox w "Inertia Creeps" (na Open'erze grupa wykonała zarówno ten ostatni, jak i jego pierwowzór). "Black Milk" wykorzystał z kolei bez pozwolenia "Tribute" Manfred Mann's Earth Band, za co Mann zdecydował się pozwać grupę. Słychać również sample z jazzmana Lesa McCanna w "Teardrop" oraz temat przewodni z "Taksówkarza" w "Dissolved Girl".

W części utworów pojawia się rap 3D i Daddy'ego G, jednak stosunkowo więcej miejsca zajmują gościnne występy wokalistów: Sary Jay Hawley, związanego z muzyką reggae Horace'a Andy'ego, a nawet Elizabeth Fraser z Cocteau Twins (ostatnia dwójka do dziś pojawia się z grupą na scenie, takźe podczas wspominanego koncertu). Tę ostatnią Del Naja i Marshall zaprosili za plecami Vowlesa, który nie wiedząc o tym, zaangażował do współpracy nad tymi samymi utworami Madonnę, której udział ostatecznie nie doszedł do skutku. Konflikt pomiędzy muzykami stopniowo narastał i unikali nawet przebywania w studiu w tym samym czasie. Wspólnie wyruszyli wprawdzie na promującą "Mezzanine" trasę, lecz w jej trakcie ze składu na dobre odszedł niezadowolony z nowego kierunku Mushroom.


Nie mam wątpliwości, że to Marshall i Del Naja, a nie Vowles, mieli rację. Świadczy o tym komercyjny sukces i kultowy status "Mezzanine", ale także faktyczne odświeżenie stylistyki Massive Attack, która nie tracąc dotychczasowych atutów, zyskała nową jakość. Bardzo przekonująco połączono tu dwa, zdawałoby się przeciwne, muzyczne światy, zestawiając nowoczesne klubowe rytmy - oczywiście grane w odpowiednio zwolnionym tempie - z klasycznym gitarowym ciężarem, dodając do tego jeszcze tę nocną, często tajemniczą, a tym razem także niepokojącą atmosferę. Sztandarowym przykładem tej estetyki jest hipnotyczny otwieracz płyty, "Angel", gdzie w natarczywy puls sekcji rytmicznej świetnie wtapiają się zarówno potężne gitarowe riffy, jak i androgeniczny wokal Andy'ego. Jednak równie intrygująco wypada ta estetyka w połączeniu z rapem samych muzyków zespołu, jak w "Risingson" - idealnym soundtracku bad tripu - czy orientalizującym "Inertia Creeps", albo w bardziej rozbudowanym, quasi-progowym "Group Four", gdzie dochodzi jeszcze eteryczny śpiew Fraser, jak zawsze znakomity. W pierwszoplanowej roli wokalistka Cocteau Twins występuje natomiast w subtelnym "Teardrop" oraz mocno psychodelicznym "Black Milk" - kolejnych bardzo mocnych punktach płyty, nadających jej większej różnorodności, a zarazem wciąż pasujących do jej atmosfery.

To ostatnie nie jest tu jednak regułą. I właśnie z tym wiąże się mój pierwszy zarzut wobec "Mezzanine". Od klimatu całości drastycznie odstaje pogodny, zdominowany przez delikatniejsze, nieco egzotyczne brzmienia "Exchange", zamieszczony tu w dodatku w dwóch wersjach - instrumentalnej oraz ze śpiewem Andy'ego. Inny śpiewany przez niego utwór, "Man Next Door", też ma taki bardziej wakacyjny klimat - to zresztą przeróbka kawałka grupy The Paragons, grającej ska - przez co nie do końca wtapia się w całość, choć przynajmniej brzmieniowo, produkcyjnie nie odstaje aż tak mocno. Te trzy nagrania w sumie trwają blisko piętnaście minut - akurat tyle, by po ich pominięciu całość zbliżyła się do idealnej długości trzech kwadransów. Czas trwania przekraczający godzinę, przy obecności ewidentnie niepasujących kawałków, to mój drugi zarzut do tego albumu. Inna sprawa, że nawet po opisanym wyżej okrojeniu, wciąż byłby to moim zdaniem longplay o nierównym poziomie. Na minus odstawałby "Dissolved Girl" - ze strasznie topornymi wejściami gitarowego riffowania - oraz tytułowy "Mezzanine", najmniej charakterystyczny w tym zestawie, nie wnoszący na płytę nic unikalnego. Z perspektywy czasu można też postawić zarzut, że niektóre rozwiązania nie najlepiej się zestarzały - zwłaszcza skrecze z "Risingson" brzmią przestarzale, a w dodatku tandetnie. I to wszystko sprawia, że trudno mi podzielać zachwyty nad całością, mimo niewątpliwie fascynujących momentów.

Ocena: 7/10


Massive Attack - "Mezzanine" (1998)

1. Angel; 2. Risingson; 3. Teardrop; 4. Inertia Creeps; 5. Exchange; 6. Dissolved Girl; 7. Man Next Door; 8. Black Milk; 9. Mezzanine; 10. Group Four; 11. (Exchange)

Skład: Robert "3D" Del Naja - instr. klawiszowe, sample, programowanie, wokal (2,4,9,10); Grant "Daddy G" Marshall - instr. klawiszowe, sample, programowanie, wokal (2,9); Andrew "Mushroom" Vowles - instr. klawiszowe, sample, programowanie
Gościnnie: Neil Davidge - instr. klawiszowe, sample, programowanie; Dave Jenkins - instr. klawiszowe; Michael Timothy - instr. klawiszowe; Angelo Bruschini - gitara; Winston Blissett - gitara basowa; Jon Harris - gitara basowa; Bob Locke - gitara basowa; Andy Gangadeen - perkusja; Horace Andy - wokal (1,7,11); Elizabeth Fraser - wokal (3,8,10); Sara Jay Hawley - wokal (6)
Producent: Neil Davidge i Massive Attack


Komentarze

  1. Już dawno nie słuchałem tej płyty, dlatego muszę do niej wrócić, żeby sprawdzić, jak się zestarzała. Wcześniej podobała mi się na poziomie co najmniej 8/10.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po prostu świetna, klimatyczna płyta. Ocena 9/10. (moooze 8. 7 to zdecydowanie za mało).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja siódemka jest dość szczegółowo uzasadniona. Ty tylko ogólnie chwalisz klimat - i owszem, jest to atut w poszczególnych utworach, o czym też wspominam, ale problem m.in. w tym, że muzycy nie potrafili konsekwentnie utrzymać spójnego klimatu przez cały album. A to jednak spore niedociągnięcie w muzyce, która bazuje przede wszystkim właśnie na klimacie. No, klimacie i brzmieniu, które w obu "Exchange'ach" też odstaje.

      Usuń
    2. 7 czy 8, nie ma w sumie strasznej różnicy. Z ogromną większością ocen na stronie się zgadzam. Czasem decydują nawet jakieś czynniki np. sentymentu i okresu słuchania plyty i już może być inna, subiektywna ocena. Kruszyć kopii nie zamierzam oczywiście :)). Po prostu wyżej oceniam ten album niż np. Bjork Debut i jej "plumkanie" na harfie (czy na czymś?) . Nawiązując jeszcze do Trip hopu, a właściwie do Beth Gibbons i jej ostatniego albumu to kojarzy mi się ewidentnie z tym co robiła PJ Harvey.

      Usuń
    3. @Adam Filipiak bardzo dobrze wyjaśniłeś dodatkowe czynniki oceniania. No i jasne jest, że ta płyta jest "lepsza" od przyjemnego debiutu Bjork. Co do PJ, to szkoda, że jej najciekawsze lata minęły (nie jestem fanem jej ostatnich płyt), ale co nagrała, to nagrała. :)

      Usuń
    4. @Interpol: No właśnie nie jest dla mnie jasne, na czym miałaby polegać ta lepszość "Mezzanine" od "Debut". Abstrahując już od losowego zestawienia albumów w tym porównaniu - ani nie ukazały się w tym samym roku, ani nie reprezentują tej samej stylistyki, bo Björk poszła w trip-hop dopiero na "Post" i "Homogenic” - to widzę, a właściwie słyszę jednak przewagę Islandki. "Debut" to szalenie eklektyczny album, na którym każdy kolejny utwór zaskakuje (dopóki nie nauczysz się go na pamięć) kolejną stylistyczną woltą, a nierzadko na przestrzeni jednego kawałka łączone są style, które kompletnie się ze sobą nie kojarzą. Ale właśnie to szaleństwo nadaje płycie spójności, po prostu jej cechą charakterystyczną jest ten eklektyzm. Dodatkowo w każdym utworze pojawia się natychmiast rozpoznawalny wokal, który też to wszystko spaja, a sam w sobie stanowi spory atut, bo partie Björk już wtedy były bardzo kreatywne. Tymczasem na "Mezzanine" po góra trzech utworach już wszystko o tej płycie wiadomo, potem głównie powtarzane są te same patenty, a gdy już pojawia się coś innego, to zupełnie od czapy i wybija z budowanego tu klimatu. Wokalnie jest natomiast nierówno. Fraser jest świetna, Andy ma lepsze i gorsze momenty, Hawley jest przeciętna, a muzykom zespołu daleko do prawdziwych raperów. Wychodzi więc na to, że "Debut" jest zarówno bardziej różnorodny, jak i bardziej konsekwentny.

      Usuń
    5. Nie wiem właściwie skąd się wzięło u @Adam Filipiak porównanie tych dwóch płyt, ale jak to już nastąpiło, to po prostu wyraziłem swoją opinię, debiut Bjork, mimo że bardziej cenię jej 3 i 4 LP, słucham na pewno częściej niż omawianą płytę Massive Attack, a to z prostego powodu, jest dla mnie, taką płytą "na każdą okazję". Pamiętam, jak została wydana w 1993 (nie znałem wtedy Sugarcubes), byłem na etapie wzmożonego słuchania The Cure, Siouxsie and the Banshees, Sonic Youth, Violent Femmes, New Model Army, czy wczesnych The Stranglers i Wire. Dlatego też nie rozumiałem tego całego zamieszania wobec Bjork. Dopiero po wydaniu Homogenic wróciłem do Debut, polubiłem i do dzisiaj lubię. Jednak, jak bym miał zrobić listę moich ulubionych płyt, to wyżej recenzowana płyta Massive Attack, byłaby wyżej. Po prostu już w momencie wydania bardzo mi się spodobała i tak pozostało do dzisiaj. Inaczej patrząc na ten dylemat, obie płyty podobają mi się. Bierze się to z serca, a nie z matematyki. :), każdy ma swoje kryteria. Serdecznie pozdrawiam wszystkich.

      Usuń
  3. Zgadzam się z Pawłem selekcja uczyniłaby monolit.
    Zespół w jakimś sensie formatujący mnie muzycznie choć uważam że dwie poprzednie płyty są lepsze. Skręcili w " białą" ściężkę gitarową która mam wrażenie zakończyła ich kreatywność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dwie poprzednie też są dobre, chociaż płytę Protection psuje ostatni utwór. Nie zrozumiałem: „Selekcja uczyniłaby monolit”

      Usuń
    2. Pominięcie utworów słabszych o których pisano wyżej sprawiłoby że płyta była by lepsza. Tak w skrócie
      Masz co do Protection pełną rację beznadziejny cover Doorsów psuje okrutnie płytę. Przełączam:)

      Usuń
  4. Dobra płyta. Wydaje mi się, że sumarycznie - najważniejsza w trip-hopie. Rozwojowa - moja ocena 8/10. To od tej płyty sięgnąłem po inne płyty Massive Attack, potem po Portishead i Goldfrapp, po Björk, czy bardziej współczesne downtempo Thievery Corporation, Air lub La Femme. * Ogólnie bardzo pociąga mnie psychodeliczna elektronika, czerpiąca z innych stylów muzycznych i rozwijająca je - wcześniej niewątpliwe zrobił to także Primal Scream w "Screamadelice", płycie również kultowej - zresztą ciekawie by się także czytało jej "deheroizującą" recenzję na tym blogu ... * Dobrze, że Massive Attack trzyma równy dystans do autorytarno-wojennych zapędów Putina i Netanjahu. Większość showbiznesu, tak jak i polityków boi się jednak krytykować działania Netanjahu i Izraela. Fakt, nie boi się krytyki Izraela Grzegorz Braun (i Roger Waters - znany fanboy Putina). Idzie on jednak znacznie dalej, pogłębiając swą antysemicką obsesję względem Żydów w ogóle, ostatnio kwestionując sam fakt istnienia komór gazowych w Auschwitz. Tak więc doczekaliśmy się znaczącego polskiego negacjonisty, w niektórych sondażach sięgającego do 8%, jeśli chodzi o wyniki jego partii. Rosnące, gdy pod granicą polsko-niemiecką odbywał się absurdalny kabaret "strażników Teksasu (sorry Polsko: "obrońców granic"), gdzie fakt bycia nie-białej rasy jest faktem zagrożenia dla prawdziwych Polaków. Grupki agresywnych mężczyzn zaatakowały między innymi uczestników etno-folkowego festiwalu w Zamościu. Na szczęście, na OPENerze nic nie zagroziło wielorasowemu składowi Massive Attack. I całe szczęście, bo zespół ma dar robienia dobrego, ambitniejszego popu, za co warto go doceniać retrospektywnie, szczególnie za 3 studyjne płyty, z których jedna jest tu omawiana ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej można pogodzić krytykę działań Netanjahu czy ogólnie całego izraelskiego rządu, bez jednoczesnego siania szowinistyczną nienawiścią do Żydów. W samym Izraelu nie brakuje przecież przeciwników zbrodniczego reżimu oraz samego Netanjahu, który prowadzi te wszystkie wojny, by utrzymać się przy władzy i uniknąć odpowiedzialności za wcześniejsze nadużycia, w tym korupcję. Można też krytykować te działania bez jednoczesnego poparcia terrorystów z Hamasu, jak robi odklejony Waters. Z Braunem to już w ogóle skandal, że bezkarnie może głosić te karalne prawnie rzeczy, bo tchórzliwie chowa się za immunitetem. Już dawno powinien odpowiedzieć za tę całą przemoc fizyczną i słowną. Niezrozumiałe jest też dla mnie, dlaczego wciąż jest obecny w przestrzeni medialnej. Te ostatnie haniebne słowa o Auschwitz padły przecież na antenie niemal ogólnokrajowego radia. Wprawdzie rozmowę natychmiast po tym przerwano, ale przecież z góry było wiadomo, że tego rodzaju tezy będą w niej padać. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że ksenofobiczną i szowinistyczną retorykę Brauna przejmują partie głównego nurtu - PiS bardzo mocno, KO z PSL-em nieco subtelniej - tym samym normalizując Brauna i zwiększajac mu poparcie. Podobnie z przywróceniem kontroli na granicy z Niemcami - to jest bardzo duży błąd obecnego rządu, bo takim posunięciem sugeruje, że faktycznie jest tam problem z jakimiś rzekomo niebezpiecznymi imigrantami, a rząd sobie dotąd nie radził, więc trzeba głosować na PiS i Konfederację, którzy już od dawna ostrzegają przed tym zagrożeniem (choć to PiS wpuścił najwięcej imigrantów). Tymczasem prawdziwym niebezpieczeństwem są tam te kibolskie bojówki pisowsko-konfiarskie udające patriotów, zastraszające obywateli, znieważające służby i destabilizujące sytuację w regionie, ku uciesze Putina.

      Usuń
  5. "Man next door" o strachu przed sąsiadem ma wakacyjny klimat? To niepokojący numer bardzo dobrze pasujący do całej płyty. Moim zdaniem "Mezzanine" zasługuje na wyższą ocenę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O muzyce przecież piszę, nie o tekście. A skoro jedno jest nieadekwatne do drugiego, to tym gorzej. Bo mogli zilustrować słowa za pomocą właściwych do nich środków muzycznego wyrazu i album zyskałby na spójności.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.