31 sierpnia 2017

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)



King Gizzard & the Lizard Wizard w błyskawicznym tempie z mojej największej nadziei 2017 roku staje się największym rozczarowaniem. Grupa zaczęła ten rok bardzo dobrze albumem "Flying Microtonal Banana". Australijczycy udowodnili nim, że granie w stylistyce retro nie musi ograniczać się do kopiowania innych artystów, lecz jest w nim możliwe zaproponowanie czegoś oryginalnego i ambitnego. Po jego wydaniu, muzycy powinni zająć się promocją, a następnie udać na zasłużony odpoczynek i po jakimś roku zacząć, na luzie, zbierać pomysły na kolejne dzieło. Być może w takich warunkach stworzyliby coś jeszcze lepszego. Niestety, szanse na to kompletnie zaprzepaścili debilnym pomysłem, by w ciągu tego roku nagrać i wydać trzy lub cztery kolejne albumy. W takim tempie nie nagrywały nawet zespoły rockowe w latach 60. - normą były dwa albumy rocznie. I nawet taka częstotliwość nie sprzyjała nagrywaniu równych płyt.

"Sketches of Brunswick East" to trzeci tegoroczny album King Gizzard. I pierwszy nagrany z pomocą innego wykonawcy - multiinstrumentalisty Alexa Brettina, na co dzień działającego pod szyldem Mild High Club. Muzycy postanowili tym razem nagrać album inspirowany... jazzem. Chociaż tytuł (nawiązujący do "Sketches of Spain" Milesa Davisa) wskazuje na ambitne wzorce, sama muzyka zdradza raczej wpływ jazzu najgorszego sortu - smooth, późnego ECM-u i innych smętów. I w sumie dobrze, że muzycy nie porwali się na coś bardziej ambitnego, wszak nie są instrumentalistami tej klasy, co członkowie King Crimson czy Soft Machine. Cóż jednak z tego, skoro obrana przez nich stylistyka jest zwyczajnie nudna i bynajmniej nie pomaga tu udziwnianie jej irytującymi partiami wokalnymi, ani zastosowaniem skali mikrotonalnej.

Co do tego ostatniego elementu, to mam wrażenie, że został tu wykorzystany jedynie po to, by "Sketches of Brunswick East" mógłby być traktowany jako kolejna odsłona cyklu "Explorations Into Microtonal Tuning". Zresztą skala ta pojawia się głównie we fragmentach, w których zespół cytuje motywy z dwóch poprzednich albumów ("D-Day", "The Book"). Potwierdza to moje spostrzeżenie, że muzycy za bardzo skupiają się na realizowaniu pewnych koncepcji, kosztem jakości swojej muzyki. Ewidentnym przykładem jest album "Quarters!" z 2015 roku, który składa się z czterech utworów, z których każdy trwa dokładnie dziesięć minut i dziesięć sekund. Pomysły na poszczególne kawałki nie uzasadniają jednak takiej długości - treści w nich mało, są niepotrzebnie i nieciekawie rozciągnięte. Tak samo w przypadku "Sketches of Brunswick East", pojawił się nie najgorszy koncept (polegający na połączeniu stylistyki dwóch poprzednich longplayów z elementami smooth/ECM jazzu), a zabrakło dobrych pomysłów na jego realizację.

"Sketches of Brunswick East" nie jest kompletnie nieudanym albumem, można na nim znaleźć kilka niezłych momentów (jak trzy części tytułowego instrumentala), ale całościowo ani to ciekawe, ani potrzebne wydawnictwo. Muzycy King Gizzard & the Lizard Wizard zdecydowanie przeceniają swoje umiejętności i możliwości. Jeśli dalej będą przekładać ilość nad jakością i co kilka miesięcy wydawać kolejne nagrywane w pośpiechu albumy, to szybko zniechęcą do siebie większość słuchaczy.

Ocena: 4/10



King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)

1. Sketches of Brunswick East I; 2. Countdown; 3. D-Day; 4. Tezeta; 5. Cranes, Planes, Migraines; 6. The Spider and Me; 7. Sketches of Brunswick East II; 8. Dusk to Dawn on Lygon Street; 9. The Book; 10. A Journey to (S)hell; 11. Rolling Stoned; 12. You Can Be Your Silhouette; 13. Sketches of Brunswick East III

Skład: Stu Mackenzie - wokal (2,3,9,12), gitara, bass, instr. klawiszowe, flet; Alex Brettin - instr. klawiszowe, gitara, bass, perkusja; Cook Craig - gitara, bass, wokal (8); Joey Walker - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (4); Lucas Skinner - instr. klawiszowe; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne; Ambrose Kenny-Smith - wokal (6), harmonijka (10-12); Eric Moore - perkusja (4)
Producent: Stu Mackenzie


10 komentarzy:

  1. Myślisz, że możliwe jest dzisiaj by jakiś nowy wykonawca wydał album prog-hard i byłaby to muzyka wysokiej próby?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, raczej nie. To mocno wyeksploatowana stylistyka. Musiałoby to wyróżniać się czymś na tle podobnych rzeczy z przeszłości. Albo naprawdę mocnymi kompozycjami (z wyrazistymi, lecz niebanalnymi melodiami) i porywającym wykonaniem (czyli na pewno nie opierającym się wyłącznie na technicznych umiejętnościach), albo niekonwencjonalnym podejściem, a więc wykraczającym poza dotychczasowe ramy stylu (tylko to trzeba robić z głową, mierząc siły na zamiary, żeby wyszło z tego coś ciekawego, a nie jak na powyższym albumie).

      Usuń
  2. Pale Communion Opeth to współczesny prog hard rock wysokiej próby.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tam z nowszej muzyki wolę bardziej alternatywny rock niż retro rock. Progresywny rock (może z wyjątkiem Pink Floyd i King Crimson) mnie nudzi. Lubię bardziej prostszą muzykę od bogatych aranżacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nudzi? To pewnie nie słyszałe/aś Gentle Giant.

      Usuń
    2. Posłuchałem właśnie Octopus Gentle Giant i jestem oczarowany. Jak na progresywny rock bardzo dynamiczne granie, a dzieje się tam tyle, że nie sposób się tym nudzić. Muszę posłuchać innych płyt.

      Usuń
    3. Nudna to jest ta prostsza muzyka bo jest bardziej schematyczna i przewidywalna. A Prog rock jest ciekawy bo nie jest przewidywalny słuchanie tego jest jak trip, i uzależnia. Chyba że chodzi ci o jakieś smęcenie.

      Usuń
    4. No w sumie to racja, dużo rzeczy uogólniam bo nie chcę się rozpisywać. Chyba nie tędy droga.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.