[Recenzja] Peter Hammill - "Nadir's Big Chance" (1975)

Pod koniec 1974 roku Peter Hammill, Dave Jackson, Hugh Banton i Guy Evans podjęli decyzję o wznowieniu działalności pod szyldem Van der Graaf Generator. Pierwszy tydzień grudnia muzycy spędzili na nagraniach w walijskim Rockfield Studios oraz londyńskim Trident. Zarejestrowany wówczas materiał, choć nagrany przez pełny skład reaktywowanego VdGG, ukazał się pod nazwiskiem Hammilla. Zapewne dlatego, że kompozycje, jakimi dysponował lider, niekoniecznie pasowały do charakteru zespołu - "Nadir's Big Chance" to dość eklektyczny zbiór krótszych, piosenkowych kawałków. Podobieństw do nagrań grupy trudno jednak było uniknąć z tak charakterystycznym wokalistą i instrumentalistami o równie rozpoznawalnym stylu.
Można polemizować, która autorska płyta Petera Hammilla wyszła mu najlepiej, ale "Nadir's Big Chance" niewątpliwie jest najbardziej progresywną - nie w znaczeniu stylistycznym, ale tym ścisłym, odnoszącym się do przyszłościowego myślenia o muzyce. Zupełnie jakby artysta przewidział nadchodzącą modę na punk rocka i na dwa lata przed medialną punkową rewolucją, nagrał kilka zdecydowanie punkowych kawałków. Fakt, że podobna muzyka istniała już wcześniej, by wspomnieć tylko The Velvet Underground czy The Stooges, przy czym jednak sam "Nadir's Big Chance" faktycznie miał bezpośredni wpływ na wykonawców, którzy wprowadzili tę muzykę do mainstreamu. Wielkim miłośnikiem tej płyty był John Lydon, wokalista Sex Pistols i Public Image Ltd, który wielokrotnie wymieniał Hammilla jako jedną ze swoich wokalnych inspiracji.
Właściwie stricte punkowymi kawałkami są tytułowy "Nadir's Big Chance" i "Birthday Special". To taki surowy, brudny i luzacko, a wręcz nieco niechlujnie zagrany rock and roll, pierwszy mocno zajadły, drugi bardziej melodyjny. Jednak już w "Open Your Eyes" urozmaicają tę estetykę psychodeliczne organy Bantona, funkujące partie klawinetu Hammilla oraz jazzujące saksofony Jacksona. Te ostatnie istotną rolę odgrywają też w "Nobody’s Business", kolejnym z tych zadziorniejszych kawałków. Świetny jest tu zwłaszcza krótki fragment instrumentalny, gdzie saksofony nabierają wręcz freejazzowej ekspresji, znakomicie dopełniając się z masywną partią basu, napędzającą cały utwór. Ale najciekawszy i tak jest finałowy, ponad sześciominutowy "Two Or Three Spectres", łączący tę punkową estetykę z bardziej wyrafinowaną, progową strukturą i ponownie z lekkimi wpływami jazzu, funku czy psychodelii. Ten akurat fragment spokojnie mógł być wydany pod szyldem Van der Graaf Generator, poniekąd zresztą zapowiada kolejne, bardziej surowe brzmieniowo dokonania grupy.
Reszta płyty to już jednak granie innego rodzaju. Na szczególną uwagę zasługuje "The Institute of Mental Health, Burning" z udziwnioną, nieco teatralną partią wokalną Hammilla i odpowiednio dobranym akompaniamentem. Z kolei w środkowej części albumu subtelne ballady, "Been Alone So Long" i "Shingle Song", przeplatają się z po prostu rockowymi, zgrabnymi piosenkami "Pompeii", "Airport" oraz "People You Were Going To". Ta ostatnia to mniej znany utwór z repertuaru Van der Graaf Generator - pierwotnie ukazał się na debiutanckim singlu grupy z 1968 roku. W nowej wersji zyskał brzmienie i aranżację adekwatne do połowy lat 70., choć melodycznie faktycznie daje się usłyszeć, że powstał jeszcze w poprzedniej dekadzie.
"Nadir's Big Chance" to płyta ważna ze względu na tę połowę repertuaru, w której Peter Hammill z kolegami z Van der Graaf Generator antycypuje punk rocka. Reszta albumu już nie jest tak postępowa, niemniej jednak jako całość wypada bardzo przekonująco, a stylistyczne różnice między poszczególnymi utworami skutecznie niweluje niepowtarzalny i natychmiast rozpoznawalny głos lidera.
Ocena: 8/10
Recenzja dodana 11.2025
Peter Hammill – "Nadir's Big Chance" (1975)
1. Nadir's Big Chance; 2. The Institute of Mental Health, Burning; 3. Open Your Eyes; 4. Nobody's Business; 5. Been Alone So Long; 6. Pompeii; 7. Shingle Song; 8. Airport; 9. People You Were Going To; 10. Birthday Special; 11. Two Or Three Spectres
Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, klawinet, pianino (7,9), gitara basowa (11); David Jackson – saksofony; Hugh Banton – gitara basowa (1-10), pianino (2,6,11), organy (3,9); Guy Evans – perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Hammill
A propos wpływu Hammila na innych wokalistów, czy miałeś kiedyś wrażenie, że barwa głosu Roba Halforda jest podobna do wokalisty VDGG? Wiadomo, że sposoby ekspresji wokalnej mieli różne (śpiew Hammila na pewno jest bardziej różnorodny i dojrzalszy niż infantylne wydzieranie się w wysokich rejestrach i piszczenie Halforda), ale jednak głos Peter Hammila sprawia mi wrażenie Halforda, który potrafiłby w dojrzały i kreatywny sposób wykorzystać swoje możliwości wokalne.
OdpowiedzUsuńCiekawe spostrzeżenie. Nie miałem nigdy takich skojarzeń, ale niewątpliwie ciekawie byłby usłyszeć metalowy zespół z kimś takim, jak Hammill przy mikrofonie - z jego możliwościami i wyobraźnią.
UsuńCzy ta 8 jest za punkowe bzdety? Gdyby ich nie było to dałbyś 6 lub 7 dając pkty karne za brak postępowości? Mam wrażenie że wg Ciebie zespoły powinny co płytę gimnastykować się by coś zmienić bo gdzieś tam istnieje taki PP, który gdy będzie za mało zmian zarzuci dyskontowanie sukcesu lub zachowawczość
OdpowiedzUsuńZluzuj. Nie projektuj na mnie swoich wyobrażeń. Robisz zarzut z tego, że na stronie z recenzjami omawiam muzykę i oceniam ją na podstawie konkretnych elementów. Tu akurat doceniam postępowość części materiału, a taki "The Silent Corner and the Empty Stage", mimo stylistycznej stagnacji, dostał wyższą ocenę za większy kunszt wykonawczy i wyobraźnię muzyczną. Jeśli widzisz w tym jakąś niespójność, to dlatego, że sam podchodzisz sztywno do muzyki, oczekując czegoś konkretnego, co absurdalnie mi imputujesz.
UsuńNa RYM to płyta jest oceniona na równi z OVER, więc cieszy się uznaniem. Trochę mnie to zaskoczyło, In Camera jest moim zdaniem bardziej interesująca, że już nie wspomnę o The Silent Corner. Z OVER to inna historia, bo to już trochę inny PH...Choć płyta przepiękna. Te proto-punkowe brudne kawałki na Nadirze są raz lepsze raz gorsze, generalnie PH to utalentowany artysta więc i w tej stylistyce sobie poradził, ale to trochę nierówne dzieło. Lub niespójne, niepotrzebne skreślić. Natomiast za Instytut Zdrowia Psychicznego czapki z głów, to jeszcze przez PH grane nie było, i głównie ten utwór zapada w pamięć po przesłuchaniu tej płyty.
OdpowiedzUsuń