6 lipca 2013

[Relacja] Iron Maiden, Ergo Arena, Gdańsk, 4.07.2013

Wczorajszego wieczoru po raz drugi miałem przyjemność zobaczyć i usłyszeć na żywo Iron Maiden. Poprzednim razem, na ich występ na warszawskim Sonisphere 2011, musiałem przejechać ponad 300 kilometrów, tym razem grali niemal pod moim domem. Same koncerty także znacznie się od siebie różniły. Tamten odbywał się na świeżym powietrzu, gdzie wszystko było idealnie słychać. Wczorajszy - w sportowej hali, której akustyka kompletnie nie nadaje się do koncertów. Także setlista nieco się różniła - w Warszawie zespół postawił na przekrojowy repertuar (z niewielkim naciskiem na najnowszy album, "The Final Frontier"), natomiast w Gdańsku nie wykonali żadnego utworu z ostatnich 20 lat, skupiając się na kawałkach z trasy promującej album "Seventh Son of a Seventh Son" z 1988 roku. To ostatnie było z pewnością dla wielu fanów zaletą; mnie odrobinę bardziej odpowiadała setlista poprzedniej trasy. Niemniej jednak warto było zobaczyć i wczorajszy występ, chociażby dla scenicznego szaleństwa muzyków i przygotowanego przez nich show.

Steve Harris (fot. muzyka.pl)
W roli supportu wystąpił brytyjski zespół Voodoo Six. Było to moje pierwsze zetknięcie z tą grupą i z powodu zniekształconego dźwięku nie jestem w stanie powiedzieć co właściwie grają. Brzmienie instrumentów było zbyt przesterowane, natomiast całkiem nieźle wypadł wokalista, Luke Purdie. Publiczność przyjęła jednak ich występ chłodno. Ożywiła się dopiero, kiedy z głośników zabrzmiał - puszczony z taśmy - "Doctor Doctor" UFO, który od kilku lat grany jest przed każdym występem Ironów. Nawet publiczność z trybun podniosła się ze swoich miejsc i większość z nich wytrwała tak do końca koncertu. Po "Doktorze" rozbrzmiała chóralna introdukcja, a na telebimie wyświetlona została etiuda przedstawiająca góry lodowe. Także początek pierwszego utworu, "Moonchild" - akustyczna introdukcja i klawiszowy motyw - zostały odtworzone z taśmy. Dopiero podczas głównego riffu na scenę wybiegli muzycy. Od razu zaczęli zachowywać się w typowy dla siebie sposób: Steve Harris przybierał charakterystyczne dla siebie pozy, z basem trzymanym niczym karabin; z gitarzystów najbardziej ruchliwy był Janick Gers, ale nawet zazwyczaj skupiony na grze Dave Murray zachowywał się wyjątkowo energetycznie; natomiast wszędzie było pełno Bruce'a Dickinsona, który skakał po całej scenie z tą samą energią, co przez ostatnie 30 lat, wykrzykując co chwilę: Scream for me, Gdańsk, Scream for me, Polska.

Eddie podczas "Run to the Hills"  (fot. muzyka.pl)
Po "Moonchild" zespół płynnie przeszedł do "Can I Play with Madness", następnie wykonali mniej popularny "The Prisoner" oraz obowiązkowy "2 Minutes to Midnight". Dopiero w tym miejscu nastąpiła krótka przerwa, podczas której Bruce wspomniał o poprzedniej wizycie zespołu w Gdańsku (w 1986 roku, podczas trasy promującej album "Somewhere in Time"), a kiedy w pewnym momencie ktoś wrzucił polską flagę, wokalista zawiązał ją na szyi Gersa, przypominając o jego polskich korzeniach. Chwilę potem zespół wykonał kolejną niespodziankę obecnej trasy - od dawna niegrany "Afraid to Shoot Strangers". Dalej były dwa koncertowe pewniaki - "The Trooper", z Dickinsonem przebranym w mundur angielskiego żołnierza z XIX wieku, wymachującego brytyjską flagą - w pewnym momencie zaczął zaczepiać nią Janicka, który jednak nie przerywał gry - oraz "The Number of the Beast", podczas którego zza sceny wyłonił się kręcący głową diabeł, z rozżarzonymi oczami. Z obowiązkowych hitów pojawiły się jeszcze "Run to the Hills", "Wasted Years", "Fear of the Dark" i "Iron Maiden". Podczas "Run to the Hills" na scenę wyszedł trzymetrowy robot Eddie w mundurze kawalerzysty, kapeluszu i z szablą w dłoni. Maskotka zespołu pojawiła się jeszcze dwukrotnie - nieruchoma postać proroka z wkładki longplaya "Seventh Son of a Seventh Son" pojawiła się za sceną podczas tytułowego utworu z tego albumu, natomiast podczas kończącego podstawowy set "Iron Maiden" w tym samym miejscy można było zobaczyć "odchudzoną" postać Eddiego, znaną z okładki wspomnianego albumu. Dla mnie jednak najlepszym fragmentem koncertu było wykonanie "Phantom of the Opera", który mimo swojej skomplikowanej struktury, idealnie sprawdza się na żywo.

Bruce Dickinson  (fot. muzyka.pl)
Po niespełna minucie zespół wrócił na scenę, by wykonać jeszcze trzy utwory: "Aces High" (tradycyjnie poprzedzony przemową Winstona Churchilla), "The Evil That Men Do", oraz "Running Free", podczas którego Dickinson przedstawił wszystkich muzyków - niestety, tym razem bez zabaw z publicznością, znanych chociażby z koncertówki "Live After Death". Po zejściu grupy ze sceny światła pozostawały jeszcze długo wyłączone, a przedłużająca się cisza dawała nadzieję, że zespół powróci jeszcze raz na scenę i zagra np. "Hallowed Be Thy Name". Emocje wzrosły jeszcze bardziej, kiedy rozchyliła się kotara, przez którą muzycy wcześniej wchodzili na scenę - niestety, tym razem weszła na nią ekipa demontująca scenografię, a z głośników popłynął - znowu z taśmy - "Always Look on the Bright Side of Life" Monty Python, odtwarzany na zakończenie każdego koncertu Iron Maiden.

Widok z trybun (fot. własna)
Krótko mówiąc, zespół spisał jak zawsze idealnie. Niestety, organizator koncertu zawiódł kompletnie. Po pierwsze, wybierając na miejsce koncertu Ergo Arenę - może jest to świetne miejsce na widowiska sportowe, ale nie ma tam odpowiedniej akustyki do koncertów. Zarówno podczas występu supportu, jak i głównej gwiazdy, dźwięk był tak zniekształcony, że ledwo można było rozróżnić poszczególne utwory. Dobrze brzmiały tylko niektóre spokojniejsze fragmenty (wstęp "The Clairvoyant" i pierwsza zwrotka "Fear of the Dark"), chociaż najspokojniejszy z zagranych utworów, "Afraid to Shoot Strangers", wypadł tragicznie pod względem brzmienia. Niezrozumiałe jest także dlaczego organizator nie zapewnił powrotu dla tysięcy fanów zebranych na koncercie. Władze Gdańska oczywiście też nie myślą o uczestnikach takich wydarzeń - autobusy przestają kursować przed końcem wszystkich odbywających się tutaj imprez.

8 komentarzy:

  1. Moje wrażenia z koncertu pokrywają się z Twoimi. Najbardziej podobał mi się utwór "The Prisoner", szkoda że nie było "Revelations" i "Children of the damned".

    OdpowiedzUsuń
  2. To był mój ósmy koncert Ironów na przełomie 18 lat i jeden z najlepszych.Setlista prawie jak marzenie...brakło Infinite Dreams,czy Killers,może Deja Vu...Ale zagrali The Prisoner,Aces High,czy Run to the Hills...Utwory rzadko grane w ostatnich latach.Forma zespołu wyśmienita...Bruce dawał radę,bardziej niż w Warszawie w 2008.Pod sceną brzmiało wszystko nieżle,dżwięk selektywny...trochę głośno perkusja.Czasem ginęły mikrofony...Po 7th Son,pojawił się pogłos,zupełnie bez sensu...Można narzekać,ale to w końcu jest live ! Ktoś chce mieć kryształowy sound,to niech sobie ogląda w domu oficjalne dvd:)Czuję natomiast niedosyt...no i nie zauważyłem żadnej lecącej kostki.Więc pewnie wkrótce znów pojadę na Iron Maiden:)\m/

    OdpowiedzUsuń
  3. Najbardziej brakowało mi Infinite Dreams a o Deja Vu to już w ogóle można pomarzyć ;)
    Koncert ogień!!!
    Dźwięk dobry:
    http://www.youtube.com/watch?v=iQMIffOL9nI
    Ale to zależy też od tego kto gdzie stał ;)

    Czekam na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja byłem na koncercie w Łodzi, i powiem szczerze, że tylko Ironi się obronili na tym koncercie bo organizacja to jedna wielka totalna klapa:/ Ta hala w ogóle nie nadaje się na przyjmowanie gwiazd formatu Iron Maiden. Strasznie mało miejsca ludzie ocierali się o siebie w holu niczym stado pingwinów. Wszędzie było czuć pot :) Na zewnątrz nie było lepiej, 4 Toi toje z przodu na taką zgraje ludzi to lekka przesada. Dobrze, że Panowie mają łatwiej i można było lecieć w krzaki za potrzebą. 4 krany z lanym piwem to również lekkie nieporozumienie, przecież wiadomo, że fani Heavy Metalu piwo uwielbiają :) Kolejny wielki minus to ekipa od nagłośnienia, pierwsze trzy kawałki brzmiały naprawdę fatalnie, dopiero po krótkiej przerwie "Afraid to Shoot Strangers" zaczęło jakoś brzmieć. Potem było już coraz lepiej. Chłopaki z Iron Maiden po mimo wieku dalej dają czadu, Bruce szaleje jakby miał 20 lat. Ogólnie wielki zastrzyk mocy. Scena również pozostawiała wiele do życzenia moim zdaniem, troszkę za mała na Ironowe dekoracje. Ogólnie koncert oceniam - Iron Maiden - 10/10, Ogranizator - 3/10.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie byłam na tym koncercie, ale miło wspominam ich występ na Sonisphere. Genialne show, masa energii no i Eddie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koncert na Sonisphere podobał mi się trochę bardziej - plusem był bardziej przełomowy materiał (szkoda, że bez "Phantom of the Opera" i "Wasted Years", ale "When the Wild Wind Blows" w pełni mi to wynagrodził), ale przede wszystkim dzięki lepszemu brzmieniu ;)

      Usuń
  6. We Wrocławiu wczoraj był?

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.