[Recenzja] Deep Purple - "The House of Blue Light" (1987)
Album "Perfect Strangers" okazał się sporym sukcesem, co najwidoczniej zachęciło muzyków do pójścia w jeszcze bardziej komercyjnym kierunku. "The House of Blue Light" wypełniają proste, sztampowe kawałki o wygładzonym brzmieniu i banalnych melodiach, pełne kiczowatych brzmień syntezatora. Jako przykład mógłbym podać właściwie każdy utwór z tego albumu. Na tle całości w miarę znośny jest tylko otwieracz, "Bad Attitude", ale tylko dlatego, że potem jest już naprawdę fatalnie. Natężenie żałosności i tandety przekracza tu wszelkie normy. Trudno uwierzyć, że za ten syf odpowiada najsłynniejszy skład zespołu, który kilkanaście lat wcześniej nagrał "In Rock" i "Made in Japan".
Ocena: 3/10
Deep Purple - "The House of Blue Light" (1987)
1. Bad Attitude; 2. The Unwritten Law; 3. Call of the Wild; 4. Mad Dog; 5. Black & White; 6. Hard Lovin' Woman; 7. The Spanish Archer; 8. Strangeways; 9. Mitzi Dupree; 10. Dead or Alive
Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple

Po "Perfect Strangers" apetyty mocno wzrosły, ale niestety ... rozczarowanie.
OdpowiedzUsuńMam "House Of The Blue Light", wydany na winylu, ale w ogóle do niego nie wracam, zespół też nie próbuje. Wystarczy zajrzeć do koncertowych statystyk, na stronę - http://www.setlist.fm/stats/deep-purple-3bd6acc8.html , kawałki z tej płyty grano tylko na trasie koncertowej promującej album, później słuch o nich zaginął.
W pamięci pozostał jedynie "Call Of The Wild" ze śmiesznym teledyskiem, w którym członkowie zespołu po kolei odmawiają udziału w kręceniu wideo i mamy przedziwną zbieraninę statystów. No i "Mitze Dupree", zachwalany przez Gillana jako historia pani robiącej ciekawe sztuczki z piłeczką pingpongową ;)
Trochę mało jak na najlepszy skład DP
Moim zdaniem na płycie znajduje się kilka naprawde udanych utworów: Dead or Alive z klasycznymi solówkami, Bad Attitude, The Unwritten Law czy
OdpowiedzUsuńStrangeways. Moim ulubionym numerem jest jednak The Spanish Archer z popisową grą Ritchiego. Dla mnie te solówki mogłyby trwac bez końca.
Dobra płyta. Jedyny słaby moment to Mitzi Dupree. Mało tego, lepiej mi się jej słucha niż trochę przereklamowanej Perfect Strangers. Co z tego, że muzycy tej płyty nie lubią? Gillan też nie lubi Made in Japan, a większość muzyków nie przepada za Fireball. Pomimo złej atmosfery udało się nagrać całkiem przyzwoity album. Jednak w tej konfiguracji była niezwykła chemia, no i wspaniała suma talentów i to pomimo licznych konfliktów. Nie wiem nawet co tu wybrać, bo niemal wszystko mi się podoba: i hiciarski, w stylu lat 80-tych Bad Attitude, i niemal popowe Call of the Wild, oryginalnie orientalizujące The Unwritten Law i Strangeways, "fanfarowy" The Spanish Archer, no i już typowe purplowe czady jak choćby Mad Dog czy Dead or Alive (ten ostatni nieco mniej przekonujący). Płyta na pewno równiejsza niż o 6 lat późniejsze The Battle Rages On. Żeby nie było, tamten album też lubię i często słucham. Gillan śpiewa tu pewniej, z większą swadą niż na Perfect Strangers, gdzie był nieco spięty. Fakt, jego forma wokalna uległa drastycznemu pogorszeniu od czasów pierwszego wcielenia Mark II, ale nic nie trwa wiecznie (inna sprawa, że Gillan się nie oszczędzał i prowadził hulaszczy tryb życia). Po raz kolejny nie mogę się oprzeć wrażeniu, że muzyka Deep Purple miała wielki wpływ na to, co działo się w hard-rocku, w drugiej połowie lat 80-tych...
OdpowiedzUsuń