26 czerwca 2017

[Recenzja] Townes Van Zandt - "Our Mother the Mountain" (1969)



Townes Van Zandt (zbieżność nazwisk z wokalistami Lynyrd Skynyrd przypadkowa) to jedna z najbardziej tragicznych postaci w historii muzyki. Od młodości zmagał się z psychozą maniakalno-depresyjną (czyli zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi), a leczenie wycofaną już metodą wstrząsów insulinowych spowodowało u niego trwałą utratę części pamięci. Jako muzyk za życia był praktycznie nieznany. Koncertował w podłych barach, przed przypadkową, z reguły niezainteresowaną publicznością. Szybko popadł w uzależnienia od alkoholu i heroiny, na co wydawał większość swoich zarobków. Zrzekł się nawet praw do swoich albumów za marne 20$, których brakowało mu na używki. Przez większość lat 70. mieszkał w chacie zbitej z desek, bez prądu, ani ogrzewania; zaś na trasie nocował głównie w podrzędnych, tanich motelach. Destrukcyjny tryb życia doprowadził go w końcu do śmierci - zmarł pierwszego dnia 1997 roku (jako oficjalną przyczynę podano arytmię serca). W ostatnich latach życia poprawiła się przynajmniej jego sytuacja finansowa, dzięki tantiemom z coverów jego kompozycji. A w ostatnich latach, wraz z rozwojem Internetu, jego twórczość zaczęła zyskiwać coraz większą popularność. Dziś już śmiało można powiedzieć, że Townes Van Zandt jest jednym z najbardziej znanych muzyków... country.

Wielokrotnie wspominałem na tutejszych łamach, że nie znoszę country. Zawsze kojarzyło mi się z banalnymi piosenkami na jedno kopyto, granymi na amerykańskiej prowincji. Twórczość Townesa Van Zandta jest jednak zupełnie inna. Więcej w niej głębi, przejmującego smutku. W warstwie instrumentalnej czasem pojawiają się gitarowe zagrywki typowe dla country, ale ogólnie bliżej tej muzyce do folku. Słyszę w niej podobieństwa do twórczości Roya Harpera, Nicka Drake'a, Neila Younga, czy nawet Boba Dylana. Townes zadebiutował w 1968 roku albumem "For the Sake of the Song", jednak perfekcję osiągnął na swoim drugim wydawnictwie, "Our Mother the Mountain". Studyjne dokonania muzyka, włącznie z tym albumem, są czasem krytykowane za rzekome przeprodukowanie, będące wynikiem zaangażowania dodatkowych instrumentalistów. Nie zgadzam się z tym zarzutem, bo poruszające partie wokalne i gitarowe Van Zandta i tak przyciągają najwięcej uwagi, a dodatkowe instrumentarium - głównie harmonijka, flet i druga gitara, czasem sekcja rytmiczna, klawisze i smyczki - ciekawie urozmaica tło utworów. "Our Mother the Mountain" to bardzo równy longplay, pełen przepięknych, smutnych melodii. Trudno wyróżnić jakieś kompozycje. Do tych najpiękniejszych zaliczyłbym przede wszystkim "Kathleen", "Like a Summer Thursday", "Second Lover's Song", "St. John the Gambler" i będący chyba moim faworytem utwór tytułowy, z bardzo klimatycznym, ascetycznym akompaniamentem gitary akustycznej i fletu. Nie do końca przekonują mnie natomiast dwa utwory bliższe stylistyki country - "Be Here to Love Me" i "Tecumseh Valley" - ale nie zaniżają one wysokiego poziomu całości.

"Our Mother the Mountain" to bardzo głęboka, poruszająca i przepełniona smutkiem muzyka, zdominowana przez przykuwający uwagę, bardzo ładny głos Townesa Van Zandta. Warto pochwalić dobre kompozycje, ciekawe aranżacje i świetne brzmienie. Zupełnie niezrozumiała jest dla mnie zaliczanie (także na stronach typu RYM i Discogs) tego albumu do stylu country, który występuje tutaj w naprawdę śladowych ilościach. W rzeczywistości jest to po prostu album folkowy. I to bardzo dobry album folkowy. Stawiam go na równi z największymi dziełami Roya Harpera, a wyżej od dokonań Drake'a czy Dylana. Z pewnością będę do niego często wracał. Gorąco go polecam, nie tylko wielbicielom folku.

Ocena: 9/10



Townes Van Zandt - "Our Mother the Mountain" (1969)

1. Be Here to Love Me; 2. Kathleen; 3. She Came and She Touched Me; 4. Like a Summer Thursday; 5. Our Mother the Mountain; 6. Second Lovers Song; 7. St. John the Gambler; 8. Tecumseh Valley; 9. Snake Mountain Blues; 10. My Proud Mountains; 11. Why She's Acting This Way

Skład: Townes Van Zandt - wokal i gitara
Gościnnie: Charlie McCoy - gitara, bass, organy, harmonijka, flet; James Burton - gitara; David Cohen - gitara; Jack Clement - gitara; Mike Deasy - gitara; Chuck Domanico - bass; Lyle Ritz - bass; Harvey Newmark - bass; John Clauder - perkusja; Donald Frost - perkusja; Don Randi - instr. klawiszowe; Ben Bennay - harmonijka; Jules Jacob - flet; Bergen White - aranżacja instr. smyczkowych
Producent: Kevin Eggers, Jim Malloy i Jack Clement


5 komentarzy:

  1. Trzeba się będzie wreszcie z tym zapoznać, szczególnie że pisałeś że mój ulubieniec z dyskografii Alice in Chains "Don't Follow" jest w podobnych klimatach. A jakie utwory z debiutu ("For the Sake of the Song") byś wyróżnił na plus?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim "Waiting 'Round to Die", ale Townes nagrał później lepszą wersję na swój trzeci album ;) Kilka innych utworów z debiutu również zostało później nagrane na nowo (m.in. "Tecumseh Valley", który został powtórzony na wyżej recenzowanym), co było dla mnie jednym z argumentów, aby go nie recenzować.

      Usuń
  2. Czy pojawią się recenzje Nicka Drake'a??

    OdpowiedzUsuń
  3. PurpleSabbath2 lipca 2017 00:05

    Piękny album.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.