21 października 2016

[Recenzja] Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)



Gentle Giant to zespół w pewnych kręgach kultowy, choć na ogół nie wymieniany jednym tchem z czołowymi przedstawicielami rocka progresywnego. Tymczasem jest to jedna z ciekawszych grup w tym nurcie, posiadająca swój własny styl i brzmienie. Oczywiście, można doszukać się różnych podobieństw - czy to do King Crimson, czy np. Genesis. Ale przecież żaden rockowy wykonawca nie jest wolny od różnych wpływów, a podobieństwa często wynikają z czerpania z tych samych inspiracji.

Debiutancki album Gentle Giant jest jednak jeszcze dość zachowawczy. Szczególnie dotyczy to jego drugiej strony, której zawartość to niemalże konwencjonalny rock tamtych czasów. Kompozycja "Nothing at All", choć najdłuższa w repertuarze zespołu, nie przypomina monumentalnych suit innych progresywnych gigantów. Więcej ma wspólnego z ambitniejszą odmianą hard rocka. Rozpoczyna się balladowo - gitara akustyczna i harmoniczna partia wokalna prowadzą bardzo ładną melodię, a w tle przyjemnie pulsuje bas. W czwartej minucie następuje hardrockowe zaostrzenie, utwór nabiera riffowego charakteru, pojawia się osra gitarowa solówka, a potem także długie solo na perkusji, do którego po pewnym czasie dołącza nieco chaotyczna partia pianina. Na koniec muzycy wracają do balladowego grania. Kolejny utwór, "Why Not?", mocno opiera się na bluesowo-hardrockowych schematach. Nie brakuje w nim gitarowo-organowych popisów, ani ciężkiej gry sekcji rytmicznej. Z drugiej strony, wyróżnia się bogatymi partiami wokalnymi (przez co może kojarzyć się z twórczością Uriah Heep), a także łagodniejszym fragmentem, w którym akompaniament stanowi wyłącznie partia fletu.

Pod hardrockowe granie można na upartego podciągnąć także otwierający całość "Giant", cechujący się sporą energią i ciężkim brzmieniem. Utwór posiada jednak bardzo bogatą aranżację i nieoczywistą, progrockową strukturę. Podobny charakter ma "Alucard", w którym wiodącą rolę odgrywają partie instrumentów dętych i klawiszowych, w tym syntezatora (a konkretnie Minimooga). Zapowiedzią późniejszych dokonań Gentle Giant są natomiast utwory "Funny Ways" i "Isn't It Quiet and Cold?" - oba wyraźnie inspirowane muzyką dawną, co dodatkowo podkreśla wykorzystanie instrumentów smyczkowych i - w drugim z nich - ksylofonu. Muzycy oczywiście nie uciekają całkowicie od bardziej współczesnych wpływów - w "Funny Ways" pojawia się ostra solówka gitarowa, zaś melodia "Isn't it Quiet and Cold?" ma wyraźnie beatlesowski charakter (nie sposób uniknąć skojarzeń z psychodelicznym okresem twórczości Wspaniałej Czwórki). Całości dopełnia instrumentalny, niespełna dwuminutowy "The Queen", będący nieco swobodną interpretacją brytyjskiego hymnu "God Save the Queen". Pomysł został później powtórzony przez grupę Queen na jej czwartym albumie, "A Night at the Opera".

Debiutancki album Gentle Giant na ogół oceniany jest nieco niżej od kilku następnych albumów grupy. Prawdopodobnie właśnie ze względu na konwencjonalny charakter niektórych utworów i jeszcze nie w pełni ukształtowany własny styl. Kolejne albumy zespołu na pewno są bardziej dojrzałe i nowatorskie, jednak muzycy już tutaj zaprezentowali wielki talent kompozytorski, aranżacyjny i wykonawczy. Zachowali też dobre proporcje między graniem ambitnym, a - nazwijmy to - bardziej rozrywkowym. I chyba właśnie dlatego jest to jeden z moich ulubionych albumów, jeśli nie najulubieńszy, w dyskografii grupy.

Ocena: 8/10



Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)

1. Giant; 2. Funny Ways; 3. Alucard; 4. Isn't It Quiet and Cold?; 5. Nothing at All; 6. Why Not?; 7. The Queen

Skład: Derek Shulman - wokal (1-3,5,6), bass (4); Gary Green - gitara, dodatkowy wokal; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,6), bass (2), wiolonczela (2), ksylofon (4); Phil Shulman - wokal (2-5), saksofon, flet, trąbka; Ray Shulman - bass, gitara (5-7), skrzypce (2,4), dodatkowy wokal; Martin Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Cosh - sakshorn (1); Claire Deniz - wiolonczela (4)
Producent: Tony Visconti


6 komentarzy:

  1. Pierwsze cztery wydawnictwa GG - "Gentle Giant", "Acquiring The Taste", "Three Friends", "Octopus" - są wprost rewelacyjne... później następuje powolny acz systematyczny kompozytorski zjazd... słucha się co prawda fajnie ale już bez emocji towarzyszącym pierwszym płytom - ale i tak to jedna z moich ulubionych brytyjskich, progresywnych grup.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, co jest później to nie zjazd tylko zainteresowanie się zespołu muzyką Amerykańską. Te płyty również są rewelacyjne, po prostu inne. Zjazd to dopiero Interview, który jest ewidentnie słabszy od wcześniejszych ich płyt. A potem niestety jest już bardzo, bardzo źle...

      Usuń
  2. Olbrzymów. Moja przygoda z tym zespołem zaczęła się od Ośmiorniczki. Jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, że bracia Shulman to ci sami którzy tworzyli wcześniej grupę Simon Dupree & The Big Sound (zasłuchiwałem się w ich przeboju Kites. Uwielbiam go do dziś). Szkoda że byli i są nadal mało znanym zespołem (niestety wytwórnie dały ciała i niezbyt ich promowały). A to przecież znakomita grupa, niesztampowa i na pewno oryginalna. Od debiutu do albumu Free Hand włącznie, można polecić wszystko. Niestety od Interview zniżyli loty by na kolejnych płytach upaść kompletnie. Znakomity zespół.

    OdpowiedzUsuń
  3. Debiut Gentle Giant jest dla tego zespołu mniej więcej tym, czy dla King Crimson jest "Red" - albumem z jednej strony wyraźnie słabszym od innych klasyków grupy, a z drugiej tym najbardziej dla postronnego słuchacza przystępnym. Różnica między "Red" a "GG1" polega jednak na tym, że o ile "Red" to takie uproszczone, ugrzecznione King Crimson - ale jednak King Crimson! - o tyle "GG1" to jeszcze nie bardzo jest Gentle Giant. Często osoby, które nie przepadają za tym zespołem, które odbierają ich muzykę jako zbyt skomplikowaną (bo rzeczywiście, miły rock typu Deep Purple to nie jest ;) ) właśnie debiut wskazują jako swój ulubiony album Olbrzyma.

    Sam praktycznie wcale tej płyty nie słucham. Sprawia on na mnie wrażenie drugorzędnego, mainstreamowego proga - w sumie dobrej płyty, ale muzyki na tym poziomie było we wczesnych latach 70' na pęczki. Prawdziwy Giant zaczyna się później - "Acquiring the Taste" to faktycznie było arcydzieło, które wynosiło proga na zupełnie nowy poziom - zabawy z kontrapunktem to była chyba zupełna nowość (na taką skalę na pewno) -, świetne, bardzo charakterystyczne melodie (okej, może z początku nieco trudne, ale świetne!), ogromna oryginalność, rewelacyjne wykonanie etc. Tutaj nie jest ani oryginalnie, ale melodie nie są zbyt chwytliwe - tylko wykonanie jest tak samo dobre, jak później.

    Fajnie, że piszesz recenzje tej kapeli. Warto ich promować! Jak dla mnie jest jedna z absolutnie najlepszych nie-podziemnych grup progowych - obok King Crimson i Van der Graaf Generator najlepsza. Ale też dość trudna... Oczywiście każdy słyszy różne sprawy po swojemu, ale pamiętaj, żeby w wypadku takiej muzyki nie dawać się zwieść pierwszym kilku wrażeniom. Z GG trzeba się osłuchać, trzeba ich muzykę przetrawić, zwłaszcza tą zahaczającą o awangardę ("Octopus", "Acquiring the Taste", "In a Glass House"). Trudno do tego podchodzić z marszu, zwłaszcza jeżeli człowiek wywodzi się z tradycji bluesowo-hard rockowej ;) Pamiętam, że bardzo długo nie mogłem się do nich przekonać, potrzebowałem poznać sporo innych, w kontekście rocka nietypowych zespołów, żeby załapać o co Olbrzymowi chodziło. I teraz Gentle Giant to dla mnie po prostu świetne, chwytliwe melodie i mnóstwo lekkiej zabawy muzyką, ale z początku bywa z nimi niełatwo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. @sly, Anonimowy - Oprócz debiutu bardzo podobają mi się także albumy zespołu z lat 1973-75, natomiast te z lat 1971-72 trochę mniej mi podchodzą.

    @SzyMon - Rzeczywiście, nazwę zespołu należy tłumaczyć jako "Łagodny olbrzym", nie gigant. Jednak w tekście celowo napisałem o "gigantach", bo dziwnie i niezbyt zrozumiale brzmiałoby zdanie o "innych progresywnych olbrzymach" ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Do Anonimowego: zwracam uwagę, iż napisałem m.in."... później następuje POWOLNY acz systematyczny kompozytorski zjazd...", niczego nie zarzucam "In A Glass House" czy "The Power And The Glory" - są bardzo dobre, ale nie wytrzymują - moim naturalnie zdaniem konkurencji z wybitnymi poprzednikami. Jak zawsze jest to w końcu kwestia naszych osobistych upodobań. Generalnie twórczość GG podzieliłbym na kilka etapów (E), E1-GG1, E2-kolejne trzy pozycje (z nieco odmienną, dynamiczną "Three Fiends"), E3-dwie wymienione na wstępie pozycje, E4-"Free Hand & "In'terview" i lekko nierówny acz raczej popowy (ze szczególni milusim "Giant For A Daay") etap nr 6. Można dyskutować czy to właściwe okresy czy też nie.. Ktoś powie - jak to "Free Hand & "In'terview" w jednej "grupie" !? Dla mnie tak. Obydwie lubię i stawiam na jednym poziomie. No i pamiętajmy o jeszcze jednym, istotnym aspekcie zagadnienia - każdy ma swoje osobiste sentymenty i nawet słabsze pozycje brzmią dla niego "cudnie". Ja tak mam tak np. w przypadku "Giant For A Day" - wiem, wiem słaba płytka, ale ją lubię i już.. co nie znaczy, że "postawiłbym" ją obok "Acquiring The Taste" czy "Octopus".. o nie, co to to nie.. to nie ta bajka, ale sentymencik z różnych względów pozostał po dzień dzisiejszy.. Łagodny Olbrzym wciąż pozostaje GIGANTEM i to jest fajne. Pozdrowionka dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.