16 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "After Hours" (1992)



Album "Still Got the Blues" mógł być jednorazowym eksperymentem, ale po ogromnym sukcesie, jaki osiągnął, było oczywiste, że doczeka się kontynuacji. "After Hours" przygotowany został z prawie tych samych składników, według sprawdzonego przepisu. Ponownie na sesję zaproszeni zostali słynni bluesmani - znów Albert Collins i po raz pierwszy B.B. King (niejako zajmując miejsce innego z Trzech Królów Bluesa, Alberta Kinga, który zagrał na poprzednim albumie Moore'a). Każdy z nich wystąpił w jednym utworze (odpowiednio w "The Blues is Alright" z repertuaru Little Miltona i "Since I Met You Baby" Ivory Joe Huntera). Poza tym w nagraniach wzięli udział klawiszowiec Tommy Eyre, kilku basistów i perkusistów, oraz rozbudowana sekcja dęta, której gra niemal całkowicie zdominowała ten album, w większości utworów schodząc na dalszy plan tylko podczas solówek Moore'a.

Niestety, brakuje tutaj tak wyrazistych utworów, jakie znalazły się na poprzednim albumie. Szybszych kawałków - na czele z autorskim "Cold Day in Hell" czy coverami "Key to Love" Johna Mayalla i wspomnianego "The Blues is Alright" - słucha się świetnie, ale zaraz potem o nich zapomina. Nie lepiej prezentują się ballady, których tym razem jest nieco więcej. "Jumpin' at Shadows", oryginalnie nagrany przez Dustera Bennetta, miał być zapewne tutejszym odpowiednikiem "As the Years Go Passing By", ale nie udało się tu odtworzyć tamtego klimatu. Z kolei "Separate Ways" i "The Hurt Inside", z rozmiękczonym brzmieniem i żeńskimi chórkami, wypadają zbyt popowo, a w "Nothing's the Same" robi się już całkiem ckliwie. Jedyne, co ratuje te cztery utwory przed całkowitą porażką, to przepiękne solówki Moore'a. Zdecydowanie najlepiej wypada "Story of the Blues" z wspaniałym gitarowym popisem, oraz wyrazistą melodią, która jednak nie wypada popowo, lecz przepełniona jest bluesowym smutkiem. To jedyna prawdziwa perła, jaka się tutaj znalazła.

Podsumowując, "After Hours" to odgrzewanie danie. Wtórność (nie tylko względem poprzedniego albumu, ale także pomiędzy zawartymi tu utworami) i słabsze kompozycje czynią go gorszą kopią "Still Got the Blues". Oczywiście, większość zarzutów wynika z oceniania tego longplaya przez pryzmat poprzednika. Gdyby albumy ukazały się w odwrotnej kolejności, wówczas "After Hours" mógłby być chwalony za ciekawy i nieoczywisty zwrot stylistyczny, zaś "Still Got the Blues" - za fantastyczne rozwinięcie tego nowego stylu. Niestety, jako następca "Still Got the Blues", "After Hours" skazany jest na niekorzystne dla siebie porównania. Ocena dobra, bo mimo wtórności słucha się tego materiału dobrze, a popisy Moore'a to - jak zwykle - klasa sama w sobie.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "After Hours" (1992)

1. Cold Day in Hell; 2. Don't You Lie to Me (I Get Evil); 3. Story of the Blues; 4. Since I Met You Baby; 5. Separate Ways; 6. Only Fool in Town; 7. Key to Love; 8. Jumpin' at Shadows; 9. The Blues is Alright; 10. The Hurt Inside; 11. Nothing's the Same

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Graham Walker - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: B.B. King - gitara i dodatkowy wokal (4); Albert Collins - gitara (9); Will Lee, Bob Daisley, Johnny B. Gaydon - bass; Anton Fig - perkusja; Martin Drover, Frank Mead, Nick Pentelow, Nick Payn, Andrew Love, Wayne Jackson, Richard Morgan - instr. dęte; Carol Kenyon, Linda Taylor - dodatkowy wokal
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


2 komentarze:

  1. No cóż, zgadzam się z treścią recenzji, chociaż tutaj dodatkowo wyprowadzają mnie z równowagi instrumenty dęte (na poprzedniej płycie nie). Nie zgadzam się za to z oceną ... nie oceniam wysoko muzyki dobrej jako tło i prób powtórzenia sukcesu płyt poprzedzających. Dałbym ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko jest to jeden z najlepszych solowych albumów Moore'a. Tuż po "Still Got the Blues", "After the War" i "Wild Frontier". Gdyby ukazał się przed "Still...", dałbym 8.

      Usuń