15 kwietnia 2016

[Recenzja] The Byrds - "Mr. Tambourine Man" (1965)



W 1964 roku rozpoczęła się tak zwana Brytyjska Inwazja na Stany Zjednoczone. Brytyjscy wykonawcy zdominowali tamtejsze listy przebojów. Stali się też źródłem inspiracji dla tamtejszych muzyków. Jednym z pierwszych amerykańskich zespołów, które wypłynęły na tej fali, był pochodzący z Los Angeles kwartet The Byrds. Początkowo działający jako duet śpiewających gitarzystów Jima McGuinna i Gene'a Clarka, których wkrótce wsparł kolejny śpiewający gitarzysta, David Crosby. Wszyscy trzej do tamtej pory związani byli z muzyką folkową, jednak w czasie, gdy nawiązali ze sobą współpracę, zauroczyła ich muzyka The Beatles. Podczas występów prezentowali akustyczne przeróbki utworów tej grupy, tradycyjne folkowe pieśni w beatlesowskich aranżacjach, oraz utrzymane w podobnym stylu własne kompozycje.

Fascynacja Wspaniałą Czwórką została wyrażona także w nazwie zespołu, celowo zawierającej błąd w pisowni (wcześniej trio występowało pod nazwami The Jet Set i Beefeaters), a wkrótce zaowocowała wzbogaceniem składu o sekcję rytmiczną. Za bębnami zasiadł Michael Clarke, którego wybrano nie ze względu na umiejętności, a wygląd - przypominał bowiem Briana Jonesa z The Rolling Stones. Basistą został natomiast Chris Hillman, wcześniej grający na mandolinie w zespołach wykonujących muzykę country. Wracając do inspiracji Beatlesami - gdy muzycy obejrzeli film "A Hard Day's Night", postanowili zaopatrzyć się w podobne do Liverpoolczyków instrumentarium, w tym 12-strunową gitarę firmy Rickenbacker, oraz zostaw perkusyjny Ludwiga.

Pod koniec 1964 roku grupa podpisała swój pierwszy kontrakt, a w styczniu rozpoczęła nagrywanie debiutanckiego albumu. Jako pierwsze zarejestrowane zostały dwa utwory wytypowane na singiel: kompozycja Boba Dylana "Mr. Tambourine Man" (wydana przez niego dopiero w marcu '65 - zaledwie miesiąc przed wersją The Byrds), oraz napisany przez Clarka "I Knew I'd Want You". Co ciekawe, producent albumu Terry Melcher, obawiając się braku doświadczenia członków zespołu, postanowił zatrudnić do nagrań muzyków sesyjnych (należących do The Wrecking Crew - grupy najlepszych sidemanów z Los Angeles). Jedynie partie gitary solowej zostały zarejestrowane przez McGuinna. Poza tym, w obu utworach pojawiają się urocze harmonie wokalne McGuinna, Clarka i Crosby'ego, które stały się wizytówką zespołu (do czasu rozpadu oryginalnego składu). W warstwie muzycznej kompozycje łączą elementy folku (np. istotna rola gitar akustycznych) z charakterystycznymi beatlesowskimi melodiami i ich dynamiką. Singiel zdobył szczyt notowań po obu stronach Atlantyku, co było ogromnym sukcesem w czasach hegemonii The Beatles.

Pozostałe utwory zostały zarejestrowane już przez samych członków zespołu, bez wsparcia nikogo z zewnątrz. Stylistycznie nie odbiegają od utworów z singla. Wśród nich znalazły się trzy kolejne utwory z repertuaru Boba Dylana (wydany na drugim singlu "All I Really Want to Do", oraz "Spanish Harlem Incident" i "Chimes of Freedom"), a także przeróbki innych folkowych wykonawców: Pete'a Seegera ("The Bells of Rhymney") i Jackie DeShannon ("Don't Doubt Yourself, Babe"). Zespół sięgnął także po szlagier z okresu II wojny światowej, "We'll Meet Again", oryginalnie wykonywany przez Verę Lynn. Reszta albumu to już własne kompozycje The Byrds - głównie autorstwa Clarka, jedynie w dwóch wspomógł go McGuinn. I moim zdaniem właśnie te utwory - nic nie ujmując np. świetnemu tytułowemu - wypadają tutaj najlepiej. Dynamiczny "I'll Feel a Whole Lot Better" to utwór genialny w swojej prostocie, wyróżniający się naprawdę rewelacyjną melodią. Spokojnie mógłby konkurować z ówczesnymi przebojami Beatlesów - ciężko pojąć, dlaczego nie został wydany na singlu. Niewiele ustępuje mu prawie tak samo chwytliwy, choć bardziej melancholijny "You Won't Have to Cry". "Here Without You" i "I Knew I'd Want You" to z kolei przeurocze ballady z mistrzowskimi harmoniami wokalnymi. Nie powstydziłby ich się sam Paul McCartney. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "It's No Use", wyróżniający się bardziej zadziornym brzmieniem gitar. Pod względem melodycznym nie ustępuje jednak wcześniej wymienionym kawałkom.

"Mr. Tambourine Man" to bardzo udany i przyjemny album. I niezwykle ważny, bowiem w istotny sposób przyczynił się do powstania stylu zwanego folk rockiem - zresztą właśnie w jednej z jego recenzji po raz pierwszy zostało użyte to sformułowanie. Można zarzucić zespołowi, że nie był wcale aż tak bardzo oryginalny, gdyż wyraźnie słychać tutaj wpływy Boba Dylana i The Beatles. Jednak działało to w dwie strony - to m.in. dzięki The Byrds Dylan sięgnął po gitarę elektryczną (album "Highway 61 Revisited"), a Beatlesi zainspirowali się folkiem (album "Rubber Soul"). "Mr. Tambourine Man" okazał się dziełem przełomowym także z innego powodu - Ameryka w końcu doczekała się wykonawcy, który mógł konkurować z Wielką Czwórką. I zagrażał jej bardziej, niż jakikolwiek brytyjski zespół z tego okresu. Warto też dodać, że brzmienie albumu nie zestarzało się tak bardzo, jak np. niektóre z wczesnych utworów The Beatles. Wciąż słucha się tego bardzo dobrze, mimo ponad pięćdziesięciu lat, jakie minęły od premiery.

Ocena: 8/10



The Byrds - "Mr. Tambourine Man" (1965)

1. Mr. Tambourine Man; 2. I'll Feel a Whole Lot Better; 3. Spanish Harlem Incident; 4. You Won't Have to Cry; 5. Here Without You; 6. The Bells of Rhymney; 7. All I Really Want to Do; 8. I Knew I'd Want You; 9. It's No Use; 10. Don't Doubt Yourself, Babe; 11. Chimes of Freedom; 12. We'll Meet Again

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; Gene Clark - gitara, wokal i instr. perkusyjne; David Crosby - gitara i wokal; Chris Hillman - bass; Michael Clarke - perkusja
Gościnnie: Jerry Cole - gitara (1,8); Larry Knechtel - bass (1,8); Hal Blaine - perkusja (1,8); Leon Russell - pianino (1,8)
Producent: Terry Melcher


6 komentarzy:

  1. Dziękuję Panie Pawle za recenzję tej płyty.W 100% się z Panem zgadzam.Absolutna klasyka folk-rocka,nic się ten album nie zestarzał,czego nie można powiedzieć o wczesnych albumach Beatlesów czy Stonesów ale....najlepsze miało dopiero nadejść.Kolejne albumy Byrdsów są jeszcze lepsze!!!! Z chęcią przeczytam Pańskie refleksje na ich temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne recenzje The Byrds będą się pojawiać co piątek ;)

      A propos wczesnych albumów Beatlesów i Stonesów, to zestarzały się głównie te mniej znane kawałki. Natomiast większość przebojów, moim zdaniem, do dziś się broni. Dlatego w swojej kolekcji płyt nie mam studyjnych albumów tych grup sprzed 1966 roku, tylko składanki ("1962-1966" i "Hot Rocks (1964-71)").

      Usuń
    2. Co do Stonesów pełna zgoda,Ja również nie mam w swych zbiorach wczesnych stricte rhytm'n bluesowych albumów,w zupełności wystarczają Mi "składaki" natomiast Beatlesi istnieją dla Mnie od Rubber Soul,wcześniejsze albumy mimo ich kultowego "tu i tam" statusu dla Mnie są mało słuchalne.Beatowego wcielenia czwórki z Liverpoolu można posłuchać tylko jako muzycznej ciekawostki z dawnych lat.

      Usuń
    3. "Rubber Soul" to pierwszy dojrzały album zespołu, będący czymś więcej, niż zbiorem kilku przebojów otoczonych wypełniaczami. Jednak nazywanie wcześniejszego dorobku grupy "ciekawostką" jest dla mnie śmieszne. Przecież w takich utworach, jak "You've Got to Hide Your Love Away", "Yesterday" czy nawet "I Feel Fine", słychać już tych dojrzałych, eksperymentujących Beatlesów, którzy w pełni objawili się na "Rubber Soul". A wcześniej może i nie grali szczególnie ambitnej muzyki, jednak mieli dar do tworzenia rewelacyjnych melodii. I dla mnie słuchanie tych wczesnych nagrań nie jest żadną "ciekawostką", lecz wielką przyjemnością ;)

      Usuń
    4. Beatlesi rzeczywiście od "Rubber Soul" zaczęli tworzyć rzeczy przełomowe i bardziej ambitne (co nie przekreśla ich wcześniejszej twórczości), czego dowodem jest np. fakt powiększenia instrumentarium o sitar. Choć są tu również utwory, które mogłyby trafić na dowolny z wcześniejszych albumów, jak luźny "Run for Your Life".

      Usuń
    5. Panie Pawle jak mawiali starożytni "de gustibus non est disputandum" Każdy z Nas pozostanie przy swoim zdaniu,dla Pana to wielka przyjemność,dla Mnie ledwie ciekawostka.Pamiętam jak onegdaj Tadeusz Nalepa w wywiadzie-rzece "Breakout Absolutnie" porównał wczesnych Beatlesów do muzyki"knajpianej" nie jestem tak dalece krytyczny w swych sądach,uważam po prostu że na wczesne stricte beatowe albumy trzeba patrzyć przez pryzmat muzycznej epoki w jakiej powstały,a że nie bronią się po latach tak jak np "Revolver" to już dyskusja na oddzielny wątek.Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy "opowieści" o Byrdsach :)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.