29 kwietnia 2016

[Recenzja] The Byrds - "Fifth Dimension" (1966)



Zaledwie rok po zdefiniowaniu folk rocka na swoim debiutanckim albumie, "Mr. Tambourine Man", muzycy The Byrds wydali longplay, który można nazwać pierwszym kompletnym i dojrzałym przykładem rocka psychodelicznego. Eksperymenty zespołu z taką muzyką zaczęły się pod koniec 1965 roku, gdy powstał utwór "Eight Miles High". Muzycy zarejestrowali go na początki następnego roku, wraz z inną psychodeliczną kompozycją, "Why". Oba nagrania trafiły na singiel, który okazał się sporym przebojem - a pewnie odniósłby jeszcze większy sukces, gdyby amerykańscy radiowcy nie zaprzestali odtwarzania "Eight Miles High" po dopatrzeniu się rzekomych - lub nie - narkotykowych aluzji w tekście. Po raz pierwszy zespół znalazł się w notowaniu singli z własną kompozycją (podpisaną nazwiskami Gene'a Clarka, Jima McGuinna i Davida Crosby'ego), a nie kolejnym coverem. Singiel okazał się przełomowy także z innego powodu - zawierał bowiem ostatnie nagrania grupy przed odejściem z niej Clarka.

Strata głównego kompozytora zmotywowała McGuinna i Crosby'ego do większej aktywności kompozytorskiej. Zaangażowali się tak bardzo, że w rezultacie, "Fifth Dimension" okazał się pierwszym albumem The Byrds, na którym własne utwory stanowią ponad połowę całości. Co jednak najważniejsze, w tym przypadku ilość przekłada się na jakość. Bowiem wszystkie stworzone przez nich utwory zachwycają. Dlatego też warto przyjrzeć się każdemu z nich z osobna. Album rozpoczyna się od kompozycji McGuinna, "5D (Fifth Dimension)". Bez żadnego wstępu, od pierwszych sekund rozbrzmiewa partia wokalna. Utwór zachowuje charakterystyczne cechy stylu The Byrds - z rewelacyjnym wyczuciem melodii i uroczymi harmoniami wokalnymi na czele - wzbogacając go o psychodeliczny klimat, stworzony dzięki partii organów i przetworzonej brzmieniowo gitarowej solówce. "Mr. Spaceman", kolejna kompozycja McGuinna, to już nieco inna kategoria - zapowiedź późniejszych eksperymentów zespołu z muzyką country. Mimo tego, jest to całkiem przyjemny, nieco beatlesowski pod względem melodycznym, kawałek. Zaraz po nim rozbrzmiewa porywający "I See You", napisany wspólnie przez McGuinna i Crosby'ego. Dynamiczna gra sekcji rytmicznej, o nieco jazzowym charakterze, zgiełkliwe partie gitary i genialna linia wokalna z perfekcyjnymi harmoniami - te wszystkie elementy składają się na prawdziwe arcydzieło. Warto dodać, że własną wersję tego utworu nagrała później grupa Yes.

"What's Happening?!?!", jedyny utwór na albumie podpisany przez samego Crosby'ego, wyróżnia się bardziej melancholijnym charakterem i gitarowymi zagrywkami inspirowanymi tradycyjną muzyką indyjską, które imitują brzmienie sitaru. Podobny patent zastosowano w singlowym "Eight Miles High". Muzycy przyznawali, że atonalne partie gitar w tym utworze zostały zainspirowane twórczością Raviego Shankara, ale też kompozycją "India" Johna Coltrane'a. W połączeniu z hipnotyczną grą sekcji rytmiczne, tworzą one bardzo psychodeliczny nastrój. Nie brakuje tu także rewelacyjnych harmonii wokalnych. Interesująco wypada także instrumentalny "Captain Soul", oparty na uwypuklonym basowym motywie i wzbogacony harmonijką, co nadaje mu bluesowego charakteru, jednak gitara prowadząca znów brzmi bardzo psychodelicznie. Utwór został podpisany nazwiskami wszystkich aktualnych muzyków zespołu, a ciekawostką jest gościnny udział... Gene'a Clarka. Całość kończy najbardziej odjechana kompozycja, "2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)" McGuinna. Partię wokalną, składającą się z powtarzanego jak mantra jednego wersu, oraz partie instrumentów, w tym zadziorny gitarowy motyw, słychać w lewym kanale, a w prawym - efekty dźwiękowe, jak odgłos silników samolotu czy komunikaty załogi. Utwór miał bowiem symbolizować lot samolotem, choć nie zabrakło oczywiście teorii, że przedstawia narkotykowy odlot.

Na albumie znalazły się także cztery utwory, nie będące autorskimi kompozycjami członków zespołu. W tym dwie przeróbki tradycyjnych pieśni folkowych, "Wild Mountain Thyme" i "John Riley", stanowiące łącznik z poprzednimi dokonaniami The Byrds. Obie wypadają całkiem przyjemnie, czarują pięknymi melodiami, jednak niepotrzebnie wzbogacono je smyczkowym tłem, które nie zostało dopasowane do tego, co gra zespół (zwłaszcza w pierwszym z nich). "I Come and Stand at Every Door" to z kolei wykonywany przez licznych wykonawców utwór wykorzystujący jako tekst poemat Nâzıma Hikmeta o siedmioletnim chłopcu, który zginął podczas ataku atomowego na Hiroszimę. Warstwa muzyczna pełni tutaj drugorzędną rolę, najważniejsza jest niesamowita partia wokalna, wywołująca ciarki na plecach. Słabo na tle całego albumu wypada natomiast przeróbka "Hey Joe" Billy'ego Robertsa. Zaledwie rok później swoją wersję nagrał zespół The Jimi Hendrix Experience i to ona stała się tą kanoniczną, przez co ciężko zaakceptować ten utwór w innej aranżacji. Ponadto, wersja The Byrds jest przeciętna muzycznie i zaskakująco słaba - jak na ten zespół - pod względem wokalnym. Wielka szkoda, że muzycy nie zamieścili w tym miejscu jakiegoś własnego utworu - do wyboru mieli rewelacyjny "Why", z genialnymi harmoniami wokalnymi i fantastycznymi gitarowymi solówkami imitującymi sitar, albo dość dziwny, a przez to intrygujący, "Psychodrama City". Oba pasowałaby na ten album o wiele bardziej, a także mogłyby go uczynić jeszcze bardziej wspaniałym.

"Fifth Dimension" to, mimo pewnych niedoskonałości, naprawdę rewelacyjny album. Prawdziwa kopalnia wspaniałych melodii i oryginalnych, niekonwencjonalnych (w chwili wydania) pomysłów, które w znaczący sposób przyczyniły się do powstania rocka psychodelicznego. Trudno przecenić wkład tego albumu w rozwój muzyki rockowej, tak samo jak nie sposób wymienić wszystkich wykonawców, którzy się nim inspirowali (a byli wśród nich i Beatlesi, i Syd Barrett z Pink Floyd). Jednym zdaniem - klasyka, którą trzeba znać.

Ocena: 9/10



The Byrds - "Fifth Dimension" (1966)

1. 5D (Fifth Dimension); 2. Wild Mountain Thyme; 3. Mr. Spaceman; 4. I See You; 5. What's Happening?!?!; 6. I Come and Stand at Every Door; 7. Eight Miles High; 8. Hey Joe (Where You Gonna Go); 9. Captain Soul; 10. John Riley; 11. 2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; David Crosby - gitara, wokal; Chris Hillman - bass, wokal; Michael Clarke - perkusja; Gene Clark - wokal (7,9), instr. perkusyjne (9), harmonijka (9)
Gościnnie: Van Dyke Parks - organy (1); Allen Stanton - aranżacja instr. smyczkowych (2,10)
Producent: Allen Stanton


2 komentarze:

  1. Moja ulubiona rockowa płyta tego rocznika. To jeszcze były czasy jazzu, więc generalnie poziom tych najmocniejszych tytułów jazzowych z 66 roku to jest nadal inny wymiar, rock się dopiero rozkręcał, ale i tak Byrdsi naprawdę świetnie tutaj wypadli. Zresztą "Eight Miles High" był jedną z podwalin kształtujących się fusion i jazz-rocka, później różni muzycy z tych dziedzin cytowali ten numer, albo chociaż powoływali się na niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednak najbardziej z tego roku lubię "Revolver", ale "5D" mógłby być na drugim miejscu ;)

      1966 rok to też początek najlepszego okresu muzyki rockowej, który trwał do... 1975? Nie wiem, ciężko ustalić tą górną granicę, ale do początku jestem całkowicie przekonany. Wtedy zaczęły się liczyć albumy, które zaczęły być czymś więcej niż zbiorem kilku singli i wypełniaczy.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.