2 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Who's Next" (1971)



Zachęcony sukcesem "Tommy'ego", Pete Townshend postanowił stworzyć kolejną "operę rockową". Tym razem miało to być jeszcze bardziej ambitne przedsięwzięcie. Projekt "Lifehouse" miał obejmować nie tylko album, ale również film i specjalne koncerty. Realizacja przerosła jednak muzyków i projekt został zarzucony. W zamian wydano zestaw niepowiązanych ze sobą piosenek - chociaż większość z nich została stworzona na potrzeby "Lifehouse" - zatytułowany "Who's Next". I było to najlepsze, co zespół mógł w tamtym czasie zrobić. Zamiast kolejnej pretensjonalnej "opery rockowej", której forma znacznie przerasta treść i umiejętności muzyków, powstał zbiór naprawdę świetnych utworów, które bronią się zarówno jako część albumu, jak i słuchane osobno. "Who's Next" to ponadto pierwszy studyjny album The Who, na którym grupa zbliżyła się do tego, co prezentowała podczas koncertów - do grania szczerej, ekspresyjnej, bezkompromisowej i odrobinę nieprzewidywalnej muzyki.

"Who's Next" zawiera trzy wielkie przeboje - otwierający go "Baba O'Riley", oraz zamykające go "Behind Blue Eyes" i "Won't Get Fooled Again". Pierwszy z nich zdominowany jest przez brzmienie syntezatora, wykorzystanego tutaj w zupełnie innowacyjny sposób - grany na nim motyw pełni zarówno rolę melodyczną, jak i rytmiczną. Powoli dołączają do niego kolejne instrumenty - pianino, perkusja, gitara basowa (jednocześnie z zadziornym wokalem Rogera Daltreya) i, dopiero po dłuższym czasie, gitara elektryczna. W końcówce pojawia się jeszcze partia skrzypiec, w wykonaniu Dave'a Arbusa z zespołu East of Eden. Mimo tej dziwnej aranżacji, utwór posiada prawdziwie hardrockową energię. Syntezatory odgrywają istotną rolę także w "Won't Get Fooled Again" - tym razem jednak już wyłącznie w charakterze ozdobnika. Ten ponad ośmiominutowy utwór wyróżnia się chwytliwą melodią, hardrockowym brzmieniem gitary Peta'a Townshenda, zakręconym basem Johna Entwistle'a, niezliczonymi przejściami perkusyjnymi Keitha Moona, oraz dzikim śpiewem Daltreya. "Behind Blue Eyes" to dla odmiany ballada, z akompaniamentem gitary akustycznej i pięknie pulsującego basu, oraz z subtelną partią wokalną, wspartą świetnymi harmoniami w refrenie. Nie brak też wspaniałej, bardzo chwytliwej melodii. Jednak sielanka trwa tylko przez pierwsze dwie i pół minuty, gdyż później następuje nagłe zaostrzenie. Na początku lat 70. musiało to robić ogromne wrażenie, dziś jest już raczej czymś oczywistym. Sam utwór wciąż jednak zachwyca.

Z pozostałych sześciu utworów trzeba wyróżnić przede wszystkim "Bargain". Bardzo dynamiczny, łączący hardrockowy czad z akustyczno-syntezatorowymi zwolnieniami, a także niesamowicie chwytliwy. Znów zwraca uwagę mocny śpiew Daltreya (niestety, we fragmentach wyręcza go tutaj Townshend, posiadający nieciekawą barwę głosu), a także basowe popisy Entwistle'a. Ten ostatni swoją wszechstronność pokazuje w zadziornym "My Wife", który sam skomponował, zaśpiewał, oraz zagrał w nim na pianinie i dęciakach, a całość oczywiście prowadził charakterystyczną partią basu. Bardzo przyjemnym utworem jest także prostszy "Love Ain't for Keeping", oparty na gitarach akustycznych i mocnym basie. Jego jedyną wadą jest, że kończy po ledwie dwóch minutach. Nieco słabiej wypada "Going Mobile" - bardzo energiczny i melodyjny kawałek z pierwszoplanową rolą gitary akustycznej, której towarzyszy sekcja rytmiczna, oraz ozdobniki na syntezatorach i gitarze elektrycznej, rozczarowujący jednak banalną partią wokalną Townshenda. Nie do końca przekonują mnie także "The Song Is Over" i "Getting in Tune", jakby poskładane z fragmentów różnych kompozycji i pozbawione wyrazistych melodii. Dwa wypełniacze, przy tak udanej reszcie, można jednak wybaczyć.

Warto wspomnieć także o bonusach z kompaktowych reedycji. Wydanie z 1995 roku zawiera siedem dodatkowych utworów. Większość z nich to nagrania z sesji do projektu "Lifehouse", w tym wczesna wersja "Behind Blue Eyes", bliska albumowej, ale z dodatkową ścieżką organów, na których zagrał Al Kooper (późniejszy współpracownik Lynyrd Skynyrd), oraz kilka mniej znanych utworów: bardzo melodyjny "Pure and Easy", akustyczny "Too Much of Anything", wzbogacony bluesowym pianinem "I Don't Even Know Myself", oraz najlepszy z nich "Baby Don't You Do It" - hardrockowa przeróbka przeboju Marvina Gaye'a o nieco jamowej strukturze, nagrana z udziałem Lesliego Westa (gitarzysty Mountain). Poza tym wydanie zawiera dwa koncertowe nagrania z 26 kwietnia 1971 roku w londyńskim Young Vic Theatre - fantastyczny, jamowy "Water" i niemal równie rozbudowany "Naked Eye". Oba utwory zostały napisane w tym samym czasie, co "Lifehouse", jednak nie były powiązane z tym projektem - miały trafić na EPkę "6 ft. Wide Garage, 7 ft. Wide Car", planowaną na 1970 rok, ale ostatecznie wstrzymaną. Chociaż zespół chętnie wykonywał je na żywo, studyjne wersje, nagrane na wspomnianą EPkę, zostały wydane dopiero po latach - "Water" w 1973 roku (na stronie B singla "5.15"), a "Naked Eye" rok później (na kompilacji "Odds and Sods").

Inny zestaw bonusów przyniosła dwupłytowa reedycja z 2003 roku. Pierwszy dysk zawiera sześć bonusów: "Baby Don't You Do It" (w lepszej, dłuższej o trzy minuty wersji), "Pure and Easy", oraz wczesne wersje "Behind Blue Eyes", "Love Ain't For Keeping", "Getting in Tune" i "Won't Get Fooled Again". Dwie ostatnie nie były wcześniej wydane. Najbardziej od ostatecznej, albumowej wersji różni się "Love Ain't for Keeping" - dwukrotnie dłuższy, z gitarą elektryczną i perkusją, oraz - niestety - z wokalem Townshenda. Cały drugi dysk wypełniają natomiast nagrania z wspomnianego wyżej występu w Young Vic Theatre. Tracklista - poza "Water" i "Naked Eye" - obejmuje także inne niealbumowe utwory ("Pure and Easy", "Time Is Passing", "I Don't Even Know Myself", "Too Much of Anything" i cover "Road Runner" Bo Diddleya), liczną reprezentację "Who's Next" (w tym m.in. ciekawą wersję "Love Ain't for Keeping" - elektryczną, ale z wokalem Daltreya), oraz dwie powtórki z "Live at Leeds" (równie porywające wykonanie "Young Man Blues", oraz rozczarowujące "My Generation" - wierne studyjnej wersji, bez improwizacji).

"Who's Next" to szczytowe osiągnięcie The Who, jeśli chodzi o albumy studyjne. Nigdy wcześniej, ani później, zespół nie wydał zbioru utworów tak dobrze skomponowanych i wykonanych niemal z koncertową energią. To po prostu szczere rockowe granie, bez patetyczności "rockowych oper", dalekie również od pewnej nieporadności wczesnych albumów The Who.

Ocena: 9/10



The Who - "Who's Next" (1971)

1. Baba O'Riley; 2. Bargain; 3. Love Ain't for Keeping; 4. My Wife; 5. The Song Is Over; 6. Getting in Tune; 7. Going Mobile; 8. Behind Blue Eyes; 9. Won't Get Fooled Again

Skład: Roger Daltrey - wokal (1-3,5,6,8,9); Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal (1,2,5,7); John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal (4), pianino (4); Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dave Arbus - skrzypce (1); Nicky Hopkins - pianino (5,6)
Producent: The Who, Glyn Johns


3 komentarze:

  1. Czekałem na tę recenzję, i mimo pewnych obaw w trakcie czytania (strzelałem że będzie 7-8) w pełni się z Tobą zgadzam :) A skoro wspominasz o bonus trackach - co sądzisz o takich wydawnictwach? W nowych albumach jestem w stanie to - z trudem - przelknac, ale reedycje albumów pokroju the doors (które powinno kończyć się na The End) to po prostu zepsucie spójnej płyty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na ogół też jestem przeciwny bonusom, jeżeli nic nie wznoszą do całości, psują spójność i średnią utworów. Jak jeszcze jest to jeden czy dwa utwory z niealbumowego singla lub strony B singla i trzymają one poziom - to czemu nie? Ale jak tych bonusów jest więcej i są to jakieś demówki, wersje koncertowe lub - o zgrozo! - remiksy, to jest to, tak jak piszesz, psucie albumu. Chyba, że wszystkie te bonusy są na dodatkowym dysku, to wtedy jest to fajne wydanie dla fanów ;)

      Ale ja kolekcjonuję winyle i tutaj jest zupełnie inny problem, a mianowicie całkowity BRAK bonusów ;) Często po prostu brakuje mi jakiś utworów - w latach 60. standardem było wydawanie (przeważnie) najlepszych utworów na singlach i nie powtarzanie ich na długogrających płytach. Jeszcze w latach 70. niektórzy wykonawcy tak robili, np. Deep Purple. Muszę więc kupować także składanki ;)

      W przypadku "Who's Next" te bonusy wydają mi się na tyle ciekawe, że poświęciłem im sporo miejsca w recenzji. Przeważnie o bonusach nie piszę wcale, albo wspominam w postscriptum.

      Usuń
  2. Mam bardzo podobne odczucia co do płyt The Who (oprócz "Tommy"'ego którego muszę sobie powtórzyć). Te pierwsze kilka ma ciekawe pomysły, dużo energii i potencjału, ale piosenki jakieś takie niewystarczające. Za to Who's Next to arcydzieło!

    OdpowiedzUsuń