29 czerwca 2015

[Recenzja] Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)



Zmarły wczoraj Chris Squire był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych basistów rockowych. Do inspiracji nim przyznają się m.in. Geddy Lee z Rush i Steve Harris z Iron Maiden. Squire znany jest przede wszystkim jako długoletni basista grupy Yes. Był jej współzałożycielem i najtrwalszym filarem - jako jedyny z jej członków grał we wszystkich składach. Dopiero gdy przed miesiącem zdiagnozowano u niego białaczkę szpikową, został zmuszony do opuszczenia zespołu. Był kompozytorem lub współkompozytorem wielu utworów grupy, a swój wpływ na jej brzmienie i styl potwierdził solowym albumem "Fish Out of Water". Dzieło to spokojnie mogłoby zostać wydane pod szyldem Yes. I byłoby jedną z ciekawszych i najbardziej udanych pozycji w dyskografii zespołu.

W połowie lat 70. muzycy Yes (oprócz Squire'a zespół tworzyli wówczas: wokalista Jon Anderson, gitarzysta Steve Howe, perkusista Alan White i klawiszowiec Patrick Moraz), po kilku latach intensywnego nagrywania i koncertowania, postanowili odpocząć od zespołu. W latach 1975-76 każdy muzyk wydał album solowy. I o ile dla Andersona, Howe'a i Moraza był to początek długich karier solowych, tak Squire swoją praktycznie zakończył na tym jednym albumie (w 2007 roku wydał jeszcze świąteczny "Chris Squire's Swiss Choir"). W nagraniach swojego dzieła basista został wsparty m.in. przez Moraza, a także przez byłego perkusistę Yes i King Crimson, Billa Bruforda, oraz saksofonistę King Crimson, Mela Collinsa. "Fish Out of Water" to album brzmiący bardzo yesowo, znacznie jednak różniący się pod względem aranżacyjnym. Na pierwszy plan wysunięty został oczywiście bass, nieco mniejsza jest rola klawiszy (stanowią tu wyłącznie akompaniament, nie są używane do solówek), a gitara jest niemal nieobecna. Zamiast tego mamy tu partie orkiestry, a także nigdy niewykorzystywanych w twórczości Yes instrumentów dętych - fletu i saksofonu.

Chris Squire (1948-2015)

Longplay składa się z trzech krótszych utworów - o bardziej piosenkowym charakterze, jednak dalekich od popowego banału - a także dwóch rozbudowanych kompozycji. Jest zatem o wiele bardziej przystępny od ostatnich (wówczas) albumów Yes: "Close to the Edge", "Tales of Topographic Oceans" i "Relayer". Niemal bez charakteryzującej je (szczególnie środkowy) pretensjonalności i pompatyczności, bardziej wyważony, ale wciąż ambitny. A przy tym w pełni pokazuje ogromny talent Chrisa, w zespole często przyćmiewanego przez innych muzyków. A przecież był on nie tylko fantastycznym basistą, ale również świetnym kompozytorem. Co właśnie potwierdza ten album. "Fish Out of Water" przykuwa uwagę już od pierwszego utworu, "Hold Out Your Hand". Opartego na rewelacyjnie pulsującej partii basu, z akompaniamentem kościelnych organów i oszczędną grą Bruforda, a także zapadającą w pamięć melodią. Tego ostatniego elementu często brakowało w dokonaniach macierzystego zespołu. Najbardziej zaskakuje jednak partia wokalna - Squire nie tylko śpiewa w stylu Jona Andersona, ale posiada również bardzo zbliżoną barwę głosu, na szczęście nie tak irytującą. Dlaczego to nie on pełnił rolę wokalisty w Yes pozostanie dla mnie zagadką.

"Hold Out Your Hand" płynnie przechodzi w kolejny utwór, "You by My Side", w którym mocnej grze sekcji rytmicznej towarzyszy chwytliwa partia pianina i bardzo melodyjna linia wokalna. Wrażenie psuje jednak zbyt nachalna orkiestracja - zwłaszcza w zakończeniu, któremu nadaje zbyt pompatyczny charakter. Ale zaraz potem rozbrzmiewa wspaniały, niemal dwunastominutowy "Silently Falling". Fragmenty z wokalem czarują przepiękną melodią, a instrumentalne części utworu pokazują kunszt grających tutaj muzyków. Całość opiera się przede wszystkim na doskonałej grze sekcji rytmicznej, której towarzyszą klawiszowe, fletowe i orkiestrowe ozdobniki. Pod koniec tego utworu w końcu słychać gitarę, na której zagrał sam Squire. "Lucky Seven", trzeci z krótszych utworów, wyróżnia się bardziej jazzowym charakterem, głównie za sprawą partii pianina elektrycznego i saksofonu. Podobnie jak poprzednie utwory zachwyca głębokim, pięknie pulsującym basem, a także chwytliwą linia wokalną. Wielki finał albumu to ponad czternastominutowy "Safe (Canon Song)", z najbardziej uwypukloną orkiestracją, nadającą kompozycji bardzo podniosły charakter, ale także z najbardziej porywającymi basowymi popisami Squire'a. Wokalnie w tym utworze Chris najbardziej przypomina Andersona - gdyby ktoś powiedział mi, że śpiewa tutaj Jon, uwierzyłbym bez zastrzeżeń. Inna sprawa, że byłaby to jego najlepsza partia wokalna.

Świetny album. Fakt, że mało odkrywczy - Chris Squire po prostu rozwija tutaj pomysły z twórczości macierzystego zespołu. A jednak, "Fish Out of Water" przekonuje mnie bardziej, niż jakikolwiek album Yes. Bo mimo tej samej stylistyki, udało się tutaj uniknąć nadmiernego patosu i przerostu formy nad treścią, tak charakterystycznej dla tej grupy. Chris Squire zaprezentował tutaj po prostu zbiór przyjemnych, melodyjnych utworów, zagranych jednak z prawdziwą wirtuozerią.

Ocena: 8/10



Chris Squire - "Fish Out of Water" (1975)

1. Hold Out Your Hand; 2. You by My Side; 3. Silently Falling; 4. Lucky Seven; 5. Safe (Canon Song)

Skład: Chris Squire - wokal i bass, gitara (3,4), perkusja (2)
Gościnnie: Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Andrew Jackman - pianino, aranżacja orkiestry; Barry Rose - organy (1); Nikki Squire - dodatkowy wokal (1); Patrick Moraz - organy i syntezator (3); Mel Collins - saksofon (3,4); Jimmy Hastings - flet (3)
Producent: Chris Squire


3 komentarze:

  1. Był sobie geniusz! Gdybym miał wybierać chciałbym się urodzić w 1948 roku, aby podążać śladem basowego dłuta Chrisa... wielka postać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niech spoczywa w pokoju. Szkoda mi go bo bardzo lubię Yesów i charakterystyczny sposób jego gry - a i zagrał kilka iście legendarnych partii basowych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wielka szkoda, że nie nagrał tego materiału razem z Yes, bo to naprawdę świetna płyta, a w gruncie rzeczy dosyć mało znana. W odróżnieniu od kierownika blogu lubię głos Andersona, a klawisze Wakemana, (czy Moraza) zupełnie mi nie przeszkadzają, więc dla mnie ten album w Yesowskiej aranżacji by nie stracił. Fish Out of Water, gdyby nagrał go Yes byłby jednym z najsłynniejszych, najważniejszych i najlepszych albumów mainstreamowego proga i żałuję, że nie jest.

    Btw. wymieniając ważnych muzyków, którzy tu zagrali należy także wspomnieć o Jimmym Hastingsie, który może nie był pierwszoplanową postacią tam gdzie się pojawiał (ale Mel Collins przecież także nią nie był), niemniej pod względem listy zespołów z którymi współpracował i płyt na których zagrał ustępuje tu chyba tylko Brufordowi.

    OdpowiedzUsuń