24 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Revolver" (1966)



Przełomowym momentem w historii The Beatles był występ w San Francisco, 29 sierpnia 1966 roku. Jak się później okazało - ostatni, jaki dał zespół (nie licząc słynnego występu na dachu siedziby Apple). Muzycy od pewnego czasu przestali czerpać radość z grania na żywo, jednak czarę goryczy przepełnił występ w St. Louis, 21 sierpnia. Grupa grała wówczas na otwartym powietrzu w trakcie ulewnego deszczu, ryzykując porażenie prądem z instrumentów. Dziś taka decyzja może wydawać się niezrozumiała. Już przecież niedługo później pojawili się tacy wykonawcy, jak Cream czy The Jimi Hendrix Experience, dzięki którym występy na żywo stały się równie ważne, a może nawet ważniejsze, co wydawnictwa studyjne. Jednak Beatlesi, jako najsłynniejszy zespół świata, mogli sobie pozwolić na wszystko.

Decyzja ta miała też pozytywne skutki. Muzycy w końcu mieli wystarczająco dużo czasu na tworzenie nowych kompozycji i pracę w studiu. A ponieważ nie ograniczała ich już konieczność odtwarzania swoich utworów na żywo, mogli pozwolić sobie na liczne eksperymenty. Co jednak ciekawe, już na nagrany wiosną 1966 roku, a wydany na początku sierpnia, album "Revolver" trafiły utwory zbyt skomplikowane, porażające bogactwem aranżacji, aby zespół mógł je odtworzyć na żywo (trzeba pamiętać, że było to tuż przed wprowadzeniem do rocka koncertowych improwizacji, gdy jeszcze odgrywało się utwory jak najwierniej studyjnym pierwowzorom). W rezultacie żaden utwór z "Revolver" nie został włączony do koncertowego repertuaru. Jedynym nowym utworem, jaki zespół grał podczas swojej ostatniej trasy, był "Paperback Writer", pochodzący z niealbumowego singla (nagranego podczas sesji "Revolver"). Już w tej kompozycji słychać pewien rozwój zespołu - typowe dla niego elementy, jak bardzo melodyjne i bogate partie wokalne, zostały połączone z niemal hardrockowym brzmieniem i dynamiką. A jeszcze lepszą zapowiedzią albumu była pochodząca z tego samego singla, bardzo psychodeliczna kompozycja "Rain". Był to pierwszy utwór zespołu, w którym wykorzystano efekt puszczonej od tyłu taśmy.

Cały album "Revolver" cechują właśnie takie eksperymenty i przeróżne studyjne sztuczki George'a Martina, które wyprzedziły swój czas i w znaczny sposób przyczyniły się do rozwoju technik nagraniowych, a pośrednio także muzyki rockowej. Muzycy natomiast dostarczyli fantastyczny zestaw kompozycji - moim zdaniem najlepszy w całej swojej karierze. Na "Revolver" nie ma wypełniaczy - każdy utwór czymś się wyróżnia (w przeszłości różnie z tym bywało), a jednocześnie wszystkie kompozycje tworzą spójną całość (czego nie można powiedzieć o poprzednich wydawnictwach zespołu, ani dokonaniach innych wykonawców z tamtych czasów).

Album rozpoczyna się od kompozycji George'a Harrisona, "Taxman". Zwraca uwagę brzmienie, z mocnym basem i ostrymi gitarami, poza tym jednak jest to typowa dla grupy, melodyjna piosenka. Czymś zupełnie nowym w twórczości grupy był natomiast kolejny utwór, "Eleanor Rigby" Paula McCartneya. Akompaniament stanowią tu jedynie instrumenty smyczkowe, a udział członków grupy ogranicza się do warstwy wokalnej, znów zresztą niezwykle melodyjnej. Oparta na brzmieniach akustycznych ballada Johna Lennona "I'm Only Sleeping" wyróżnia się odtworzoną wspak gitarową solówką, która nadaje kompozycji psychodelicznego, onirycznego charakteru. "Love You To" to kolejny utwór Harrisona, zdradzający jego fascynację muzyką indyjską. Gitarzysta stworzył tutaj niesamowity klimat grając rewelacyjne partie na sitarze. Typowo mccartneyowska ballada "Here, There and Everywhere" czaruje przepięknymi wielogłosami. Najbardziej znanym utworem Paula z tego albumu jest jednak "Yellow Submarine". Kompozycja powstała z myślą o najmłodszych słuchaczach i z początku była przyjmowana przez fanów i krytyków z rezerwą. Później jednak zapisała się w historii rocka jako jeden z najbardziej oryginalnych i przełomowych utworów zespołu, w czym spora zasługa efektów dźwiękowych dodanych przez Martina, które w tamtym czasie były czymś naprawdę nowatorskim. Obowiązki głównego wokalisty pełni w tym utworze Ringo Starr, ale towarzyszą mu chórki pozostałych członków zespołu, Martina, inżyniera dźwięku Geoffa Emericka, oraz zaproszonych gości, w tym m.in. Marianne Faithfull, Pattie Harrison i gitarzysty The Rolling Stones, Briana Jonesa (podobno Mick Jagger też był wówczas obecny w studiu, jednak nie potwierdza tego żadne wiarygodne źródło). Pierwszą stronę winylowego wydania kończy lennonowski "She Said She Said" - niby prosta piosenka, ale znów niesamowicie chwytliwa. Jak wszystkie utwory na tym albumie.

Na drugiej stronie znalazły się po trzy kompozycje Lennona i McCartneya, oraz jedna Harrisona - "I Want to Tell You". Całkiem przyjemny, melodyjny utwór, choć niestety najmniej ciekawy z całego longplaya. Bardzo dobrze prezentują się natomiast utwory Paula: pogodny, zdominowany przez pianino "Good Day Sunshine"; "For No One" - kolejna ballada, o uroczej, choć bardzo smutnej melodii, ciekawie wzbogacona subtelną partią waltorni; oraz "Got to Get You into My Life", w którym główną rolę odgrywa rozbudowana sekcja dęta. Najbardziej na drugiej stronie albumu błyszczą jednak kompozycje Johna. Dynamiczne, zadziorne brzmieniowo "And Your Bird Can Sing" i "Doctor Robert" zdają się zapowiadać nadejście hard rocka. Pierwszy wyróżnia się fajną gitarową zagrywką wchodzącą w "dialog" z partią basu; w drugim smaczkiem jest pomysłowe zwolnienie w refrenie. Największy odlot zapewnia jednak finałowy "Tomorrow Never Knows". Psychodelia na całego - transowy rytm, orientalizmy i mnóstwo efektów dźwiękowych stworzonych przez Martina. Pod względem realizacji, utwór wyprzedził swój czas o dobrych kilka lat. Czego tu nie ma - odwracanie taśmy, tzw. loopy, czyli pętle, czy intrygujące przetwarzanie różnych odgłosów (np. śmiechu McCartneya, tak zmodyfikowanego, że brzmi jak piski mew), to tylko niektóry przykłady. A wszystko to w ledwie trzech minutach. W sumie szkoda, że nie trwa ze dwa razy tyle - taka długość bardziej pasowałaby do hipnotycznego charakteru tego utworu. W 1966 roku zaczęto już przecież nagrywać utwory znacznie dłuższe niż trzy minuty (vide "Goin' Home" Stonesów, albo "Spoonful" Cream). Z drugiej jednak strony, wówczas pewnie pominięto by jakiś inny utwór, a na tym album mógłby wiele stracić.

"Revolver" to pierwsze rockowe arcydzieło. Zarówno ze względu na nowatorskie podejście muzyków i producenta w trakcie nagrywania, jak i dzięki naprawdę dobrym kompozycjom, wśród których nie ma żadnych wypełniaczy lub niewypałów. Co więcej, album brzmi jak dokładnie przemyślana całość, a nie zbiór przypadkowych piosenek. Moim zdaniem "Revolver" jest najlepszym świadectwem geniuszu Beatlesów.

Ocena: 10/10

PS. Oryginalne amerykańskie wydanie "Revolver" wypada o wiele słabiej, ze względu na brak utworów "I'm Only Sleeping", "And Your Bird Can Sing" i "Doctor Robert". Wszystkie trzy zostały wydane wcześniej na dostępnym wyłącznie w Stanach albumie "Yesterday and Today", zawierającym także utwory z brytyjskich wydań albumów "Help!" i "Rubber Soul", nieobecne na ich amerykańskich odpowiednikach, oraz utwory z niealbumowego singla "We Can Work It Out"/"Day Tripper".



The Beatles - "Revolver" (1966)

1. Taxman; 2. Eleanor Rigby; 3. I'm Only Sleeping; 4. Love You To; 5. Here, There and Everywhere; 6. Yellow Submarine; 7. She Said She Said; 8. Good Day Sunshine; 9. And Your Bird Can Sing; 10. For No One; 11. Doctor Robert; 12. I Want to Tell You; 13. Got to Get You into My Life; 14. Tomorrow Never Knows

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe i perkusyjne; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe; George Harrison - wokal, gitara, sitar, instr. perkusyjne; Ringo Strarr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Tony Gilbert, Sidney Sax, John Sharpe, Juergen Hess - skrzypce (2); Stephen Shingles, John Underwood - altówka (2); Derek Simpson, Norman Jones, Peter Halling - wiolonczela (2); Anil Bhagwat - tabla (4); George Martin - dodatkowy wokal (6), instr. klawiszowe (8,14); Mal Evans - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal (6); Geoff Emerick, Neil Aspinall, Pattie Boyd, Marianne Faithfull, Brian Jones, Brian Epstein - dodatkowy wokal (6); Alan Civil - waltornia (10); Eddie Thornton, Ian Hamer, Les Condon - trąbka (13); Alan Branscombe, Peter Coe - saksofon (13)
Producent: George Martin


8 komentarzy:

  1. Świetny album, dla mnie tylko "Abbey Road" jest lepsze. W "Taxman" warto też wyróżnić znakomitą solówkę Paula McCartneya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Abbey Road" też lubię, ale według mnie jest nierówny. Są na nim utwory wybitne, ale są też słabsze fragmenty. "Revolver" może i nie zbliża się do poziomu najlepszych fragmentów "AR" (choć wiele nie brakuje), ale za to nie ma na nim żadnych słabszych utworów, całość trzyma bardzo wysoki, równy poziom. I dlatego ten album uważam za największe albumowe osiągnięcie The Beatles ;)

      Usuń
    2. U mnie w sumie odwrotnie - "Abbey Road" trzyma równy, rewelacyjny poziom, a na "Revolver" są delikatne spadki, choć oczywiście nie zaniżają one poziomu całości (np. nigdy nie przepadałem za "Good Day Sunshine"). W sumie to będzie kiedyś recka Sierżanta Pieprza?

      Usuń
    3. Póki co, poprawiłem recenzje "Help!", "Rubber Soul" i powyższą. Wkrótce wezmę się za kolejne. Mam też w planach dodanie "Sierżanta". Post już jest przygotowany, z okładką, listą utworów i składem, tylko wciąż nie mogę się zabrać za recenzję ;)

      Usuń
  2. U mnie ten album również zasługuje na maksymalną ocenę. Równy, bez ani jednego słabego punktu. Świetny psychodeliczny odjazd z cudownymi partiami gitar i popisami wokalnymi The Fab Four. Harrison, McCartney i Lennon prezentują wspaniały poziom kompozytorski, a George Martin jak zwykle perfekcyjnie aranżuje te niebanalne utwory. Bez wątpienia jest to jedno z arcydzieł rocka.

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie podobnie...Chyba tylko "Abbey Road" jest na czele, a "Revolver"..Ujme to tak : "Abbey Road" szlachetny, "Revolver" odlotowy i nowatorski...Sluchajac go dzis w 2017 roku, zremasterowany w 2009, ma sie wrazenie ze Beatlesi tak powstali jak i rozpadli sie kilka lat temu...Niesamowity geniusz kompozytorski tria : Lennon, MacCartney, Harrison...Uwazam, ze nie ma slabych momentow (podobnie jak "AR") i nie zmienilabym ani jednej nuty...Brzmienie awangardowe jak na 1966 rok, bardzo innowacyjne wstawki i efekty George'a Martina..."Taxman" swietna partia gitary i basu, "Love You To" sitar Harrisona przenosi nas do Indii, "Good Day Sunshine" pieknie swingujacy, "For No One" piekna melodia z jeszcze piekniejszym unisono w refrenie i waltornia, "Got To Get You Into My Life" ponownie stylistyka nieco retro tak uwielbiana przez Paula, "I'm Only Sleeping" ach....alez to i szlachetnosc z ciekawym backmaskingiem sola gitary, "She Said, She Said" dla mnie ukochany przystanek na plycie, esencja szlachetnosci brytyjskiego rocka, ktory inspiruje do dzis innych (np.Oasis) z ciekawa linia basu i zmianami tempa, "And Your Bird Can Sing" utwor ktory na poczatku mnie....nudzil, a teraz bardzo tego zaluje bo uwazam go za arcydzielo muzyki rockowej (swietny riff plus piekna melodia i spiew na glosy)....GENIUSZ, "Dr.Robert" - nastepny czadowy numer.."Here, There and Everywhere"....po prostu piekno w najczystszej postaci, Paul to mistrz liryczngo, swingowego i musicalowego oblicza zespolu...John tego bardziej rockowego, buntowniczego, pesymistycznego i psychodelicznego, czego.kwintesencja jest "Tomorrow Never Knows"...George Harrison to mistrz oblicza mistycznego, duchowego i doskonaly obserwator...Tak slynniejszych od siebie kolegow z zespolu jak i otoczenia...Dla Ringa trafilo sie tu kultowe "Yellow Submarine", ktore lubie choc nie uwielbiam...Na deser "romans" wszechstronnych muzykow rockowych z muzyka klasyczna w "Eleanor Rigby"...Mysle, ze ś.p. sam Boguslaw Kacznski chetnie poopowiadalby o tym znakomitym utworze (choc jest to utwor zespolu rockowego), a jednak......;-) Czy cos pominelam?

    OdpowiedzUsuń
  4. The fact that so many books still name the Beatles as "the greatest or most significant or most influential" rock band ever only tells you how far rock music still is from becoming a serious art.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. There wasn't, and still isn't, and won't be a rock band more singnificant / influential / popular than The Beatles was in 60s (and maybe still are). It's a fact, whichever you like their music or not.

      Usuń