[Recenzja] Ramones - "Ramones" (1976)



Debiutancki, a zarazem eponimiczny longplay Ramones bywa uznawany za pierwszy album punkrockowy. Oczywiście niesłusznie, bo podwaliny tego stylu zostały już wcześniej położone przez grupy w rodzaju The Velvet Underground, The Stooges, MC5, The Monks, New York Dolls czy The Modern Lovers. Za to z czystym sumieniem można nazwać tę płytę pierwszym wydawnictwem pop-punkowym. Tak naprawdę to po prostu połączenie prostych, banalnych melodyjek z niechlujnie, nieumiejętnie zagranym rock and rollem. Totalny muzyczny regres. Choć trudno zaprzeczyć, że Ramones stał się bardzo wpływowym zespołem, inspirując przede wszystkim te wszystkie pop-punkowe kapele, które pozując na buntowników, grały (i pewnie nadal grają) bardzo ugrzecznioną, popowo melodyjną muzykę.

Przede wszystkim jednak Ramones udowodnił, że można sprzedawać setki tysięcy płyt, grać wyprzedane koncerty na całym świecie i cieszyć się uznaniem muzycznych dziennikarzy, a to wszystko bez właściwie żadnych umiejętności kompozytorskich czy wykonawczych. Zaczynając karierę kwartet był na poziomie amatorskiej grupy uczniaków i pozostał na nim do samego końca. Jeżeli zespół nagrał kiedyś cokolwiek ciekawego, to ja tego nie słyszałem. A sprawdziłem te najbardziej cenione albumy.

Jak już mimochodem wspomniałem, słychać tu pewne odniesienia do muzyki lat 50. Ja ogólnie za tym archaicznym rock and rollem nie przepadam, a to ze względu na jego prostotę, szablonowość, powtarzalność i czysto rozrywkowy charakter. Ale z drugiej strony, to właśnie rock and roll był pierwszym stylem wywodzącym się z muzyki afroamerykańskiej, który grali także biali muzycy, dzięki którym wyewoluował później w bardzo ciekawym kierunku - muzyki rockowej z jej wszystkimi, różnorodnymi odmianami. Za to należy mu się jakiś szacunek. Natomiast inspirowanie się nim 20 lat później, cofanie się do tych dalekich od doskonałości początków rocka i to nie wnosząc żadnej nowej jakości, uważam za całkowicie bezcelowe i bezsensowne.

Inna sprawa, że w przypadku Ramones takie inspiracje wynikały chyba nie tyle z sentymentu, co z faktu, że członkowie grupy byli po prostu fatalnymi muzykami, niezdolnymi do zagrania czegoś bardziej skomplikowanego i pozbawionymi wiedzy o komponowaniu. Johnny Ramone (właśc. John Cummings), który swoją pierwszą gitarę kupił, jak głosi legenda, tuż przed powstaniem zespołu na początku 1974 roku, zdołał nauczyć się tylko grania akordów i do końca kariery ani trochę nie rozwinął swoich umiejętności, nigdy nie zagrał żadnych ozdobników czy solówki. Rolę wokalisty oryginalnie pełnił Dee Dee Ramone (właśc. Douglas Colvin), jednak nie potrafił jednocześnie śpiewać i grać na basie - choć do tego ostatniego używał tylko jednej struny - więc przekazał mikrofon perkusiście Joey'owi Ramone (właśc. Jeffreyowi Hymanowi), który również nie miał żadnych predyspozycji do śpiewania. Nowy perkusista miał zostać wybrany na drodze kastingu, ale żaden z przesłuchiwanych kandydatów nie grał wystarczająco… prosto. W rezultacie za bębnami zasiadł menadżer grupy, Tommy Ramone (właśc. Thomas Erdelyi), który nigdy wcześniej nie grał na perkusji, dzięki czemu prezentował równie żenujący poziom, co pozostali członkowie.

Komponowane przez nich kawałki to przykład skrajnej prostoty - żaden z nich nie przekracza trzech minut, wszystkie zbudowane są na zwrotkowo-refrenowym schemacie, w którym nie ma nawet miejsca na żadne przejścia, a składają się z dwóch, góra trzech akordów przesterowanej gitary, układających się w prostackie melodie, maksymalnie uproszczonej gry sekcji rytmicznej i bełkotliwych, fałszujących partii wokalnych. Wszystkie kawałki brzmią identycznie, jedynie "I Wanna Be Your Boyfriend" wyróżnia się bardziej melodyjną, niemal beatlesowską linią wokalną, a "Now I Wanna Sniff Some Glue" oparto na nie najgorszym, wyrazistym riffie. Pozostałych nie sposób od siebie odróżnić. Ktoś mógłby argumentować, że to przecież bardzo typowe dla punk rocka. Tylko jakoś w przypadku choćby takiego "Pink Flag" grupy Wire, pomimo punkowej prostoty, każdemu z 21 kawałków udało się nadać mniej lub bardziej indywidualnego charakteru.

Obrońcy Ramones mogą też twierdzić, że to wszystko, co zarzucam grupie, nie ma znaczenia, bo rzekomo najważniejsze w punk rocku są zaangażowane teksty. Kiepski to argument, zresztą w przypadku tej akurat grupy nie ma on żadnego zastosowania. Bo teksty są tu na żenująco niskim poziomie. Nawet jeśli jest w nich jakieś przesłanie, to napisane są bardzo nieporadnie, w infantylny sposób (vide wojenny "Blitzkrieg Bop" czy dotyczący prostytuowania się i przemocy "53rd & 3rd"). A już najbardziej żałosny jest tekst "Now I Wanna Sniff Some Glue" z czterema, powtarzanymi kilkukrotnie wersami o wąchaniu kleju, żeby mieć coś do roboty.

Debiut Ramones pokazał, że wcale nie trzeba żadnych predyspozycji ani umiejętności, żeby wydawać swoją muzykę i jeszcze odnosić komercyjne sukcesy. To był koniec pewnej epoki, w trakcie której nawet muzyczny mainstream prezentował co najmniej przyzwoity poziom, a nierzadko zdarzały się w nim dzieła wybitne. Od czasu tzw. punkowej rewolucji, która wybuchła wkrótce po ukazaniu się tej płyty, muzyczne media zaczęły promować byle co, a najciekawsze rzeczy dzieją się już wyłącznie na obrzeżach lub całkowicie poza głównym nurtem. Inna sprawa, że na tej nowej fali wypłynęło też mnóstwo ciekawych twórców, którzy przejęli postępowe podejście po coraz bardziej powtarzającym się prog-rocku. Tyle tylko, że akurat nie Ramones, który muzykę i muzyczny biznes wyłącznie uwsteczniał.

Ocena: 1/10

Zaktualizowano: 05.2024



Ramones - "Ramones" (1976)

1. Blitzkrieg Bop; 2. Beat on the Brat; 3. Judy Is a Punk; 4. I Wanna Be Your Boyfriend; 5. Chain Saw; 6. Now I Wanna Sniff Some Glue; 7. I Don't Wanna Go Down to the Basement; 8. Loudmouth; 9. Havana Affair; 10. Listen to My Heart; 11. 53rd & 3rd; 12. Let's Dance; 13. I Don't Wanna Walk Around with You; 14. Today Your Love, Tomorrow the World

Skład: Joey Ramone - wokal; Johnny Ramone - gitara; Dee Dee Ramone - gitara basowa, dodatkowy wokal; Tommy Ramone - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Craig Leon i Tommy Ramone


Komentarze

  1. Z Twoją oceną Ramonesów się zgadzam - fatalny, naprawdę fatalny zespół, który ani niczego choćby przeciętnego nie zaprezentował, ani niczego nowego do muzyki nie wniósł. Jego popularność to kuriozum. To nawet nie jest nic analogicznego do "Fontanny" Duchampa, bo w odróżnieniu od tej słynnej "rzeźby" autorzy nie negowali normalnej muzyki w sposób świadomy, tylko zwyczajnie nie potrafili komponować ani grać. Absurd.

    Natomiast z Twoją oceną punk rocka jako zjawiska się nie zgodzę. Prawda jest taka, że punk jako nurt bardzo prędko ewoluował w zupełnie inne byty. Albo w agresywny metal, który przynajmniej w części przecież lubisz (chociażby Metallica i Megadeth są chyba wysoko przez Ciebie oceniane, a to przecież thrash, czyli mieszanka heavy metalu z punkiem), albo w post-punk, czyli de facto kontynuację ambitniejszych nurtów rocka progresywnego. Zresztą i metalowcy i post-punkowcy mieli bardzo często naprawdę doskonały warsztat i sporą wiedzę. Punk w czystej postaci był króciuteńkim epizodem, który wywalił ze sceny dogorywających dziadów (przypomnij sobie co grały te wszystkie stare kapele w 1976 roku...) i stworzył przestrzeń dla wielu młodych, ciekawych muzyków.

    OdpowiedzUsuń
  2. W 1976 r. był to jeden z najbrutalniejszych i najbardziej energicznych albumów w historii.

    Późniejsze albumy są nieco bardziej różnorodne, szczególnie polecam "End od the Century",produkowaną przez samego Phila Spectora i z wyjątkowo bogatym brzmieniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapomniałem dodać: i najszybszych. Moim zdaniem na pewno nie jest to lekka muzyka. Przed NWOBHM i heavy metalem była to jedna z tych cięższych, zagranych z wykopem odmian rocka. I bardzo energicznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież już wcześniej było mnóstwo bardziej agresywnych, energetycznych i szybszych nagrań. Żeby nie szukać daleko - Deep Purple i ich "Speed King", 1970 rok.

      Usuń
    2. Jeśli chodzi o ciężkie, zadziorne granie to warto wspomnieć o zespole Sweet. Album "Sweet Fanny Adams" mógłby zostać wspomniany w ciężkich poniedziałkach, jako protoplasta grania metalowego z lat 80-tych. Oczywiście, wzorowały się na nim raczej grupy glam metalowe, ale nie zachowały one w swojej grze takiej energii, jaką prezentował Sweet.

      Usuń
  4. Którą kapelę "cenisz" mniej - Ramones czy Sex Pistols? :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sex Pistols było sztucznym, wykreowanym produktem, ale jednocześnie ich twórczość naprawdę była taka, jaki miał być punk - bezpośrednia, wulgarna, zaangażowana, buntownicza. Poza tym grupa wydała tylko jeden album (według mnie okropny, ale jednak lepszy od powyższego), a potem wydorośleli i zajęli się ciekawszymi rzeczami, rozwinęli się jako muzycy (przynajmniej John Lydon w PIL).

      A Ramones, wbrew otoczce punkowych buntowników, byli po prostu fatalnym zespołem, grającym proste, przystępne piosenki dla dzieciaków. I zostali nim już na zawsze, nigdy nie przejawiając choćby chęci rozwoju.

      Usuń
  5. Punk rock najbardziej zdmuchnął prog rocka i po części klasycznego hard rocka. Nie świadczy to wyłącznie o sile punku, ale o słabości i skostniałości ww gatunków rocka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie do końca tak... W drugiej połowie lat 70 muzycy, którzy zaczynali karierę na przełomie 60/70 mieli jeszcze pomysły na ładne utwory, ale na rozwijanie swojego stylu już nie bardzo. Zresztą te pomysły na piosenki też już były nie takie, jak wcześniej i i tak do początku lat 80' im się skończyły.

      Dlatego bardzo wielu weteranów zainspirowało się punkiem - jego prostotą, sfuzzowanym brzmieniem i tak dalej. "Animals" Pink Floyd jest chyba najbardziej znanym tego przykładem, ale absolutnie nie jedynym! Są przecież nowofalowe płyty King Crimson, okołopunkowe nagrania Petera Hammilla, czy Neila Younga, Trylogia Berlińska Davida Bowiego i tak dalej. Ci muzycy, którzy jeszcze mieli coś do powiedzenia i mieli jakiekolwiek ambicje bardzo na punkowym przewrocie skorzystali i absolutnie nikt ich z mediów nie przeganiał.

      Co innego, jeżeli ktoś nie miał już za wiele pomysłów, a na scenie trzymały go tylko pieniądze. Rzeczywiście to, co grali muzycy Yes, Genesis, ELP czy Jethro Tull kiedy już znaleźli jakąś określoną formułę (supergrupa Asia jest chyba koronnym tego przykładem) było gówniane. Tylko czy to jest kwestia punka, czy raczej konformizmu części dawnych progowców? No, chyba jednak tego drugiego. Zresztą, posłuchaj sobie co grała wspomniana Asia, albo co grało np. ELP w latach 80' i wyobraź sobie, że oni nagrywają płyty z rockiem symfonicznym na tym poziomie. To już naprawdę wczesny punk lepszy...

      Usuń
  6. Ciekawostka: solówki były w kilku utworach Ramones - jak "Somebody Put Something in My Drink" czy "Come Back, Baby".

    OdpowiedzUsuń
  7. w ogóle jak tak nie lubisz punku..
    to polecam art punk :
    Television Marquee Moon
    Wire 154
    Magazine Real Life
    Richard Hell & The Voidoids Blank Generation
    The Raincoats The Raincoats
    The Pop Group Y
    pierwsze płyta Patti Smith
    Devo i Talking Heads
    to ci bardziej bardzie podpasuje, aniżeli typowy punk jak Ramones.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna lista, którą można poszerzyć jeszcze np. o:

      Gang of Four
      Pere Ubu
      Public Image Ltd.
      This Heat
      Tuxedomoon

      Tylko to wszystko jest tak dobre dlatego, że odchodzi od punkrockowych schematów, a nie dzięki tym punkowym elementom, w każdym razie nie tylko dzięki nim.

      Usuń
  8. Dzięki panu panie Pawle skutecznie zniechęciłem się do ich muzyki (przed przeczytaniem recenzji znałem ten zespół tylko z nazwy) i zgadzam się z pana recenzją w pełni, przesłuchałem, beznadziejne. Dziękuje.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czy akurat ten zespół pokazał, że nie trzeba mieć żadnych umiejętności i zdobyć sławę? Nie należy zapominać o funkcjonującym od końca lat 60-tych zespole Slade, równie popularnym, co Ramones, który również nie prezentował za grosz ambicji - grafomańskie teksty, opieranie się na rock nad rollowych patentach z najniższej półki, wku..iający wokal - pod tym względem można uznać ich za protoplastów Ramones.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, nie ma szans, że muzyka Slade była równie żenująca, prostacka i “na jedno kopyto”, co u Ramones. Ja ten zespół nazwałbym co najwyżej prekursorem AC/DC. Ojciec lubił słuchać tego kawałka, ja też czasem go włączę - https://www.youtube.com/watch?v=sUVCpnWIk5c Trochę przypomina beatlesowskie “Twist and Shout”, tylko zagrane z większym ciężarem. Lubię też całkiem ich najbardziej znany kawałek, “Cum on Feel the Noize”, z niesamowicie chwytliwym refrenem. Wokal określiłbym raczej jako charakterystyczny i zadziorny niż wku..iający, no ale pod tym względem to zawsze każdy ma swoje zdanie.

      Usuń
    2. Z podobnego okresu był jeszcze taki zespolik z Los Angeles, też na R, który odniósł dość spory sukces poza swoją ojczyzną. Był równie (ja bym powiedział, że jeszcze bardziej, szczególnie na ich drugim albumie) żałosny i infantylny (o partiach wokalnych nawet nie wspominając) co powyższe, lecz czasami próbował pokazać (odrobinę) większe ambicje niż typowe, sztampowe czadowanie, oparte na dwóch lub trzech Rock'n'Rollowych patentach. Efekt tych starań najlepiej przemilczeć.

      Co by nie mówić o tamtych zespołach, to przynajmniej nie ukrywali, że byli chałturnikami nie potrafiącymi grać niczego więcej niż nieudolne Rokendrole. A tamten zespół próbował ukrycić swoją miałkość np. chaotycznyni, sztampowymi, topornymi i wypranymi ze wszelkiej kreatywności "solówkami", czy jakimiś plagiatami np. Move Over Joplin (zaczyna się perkusyjnym wstępem a zwrotki i partia wokalna to kompletna zrzyna z oryginału, a dla niepoznaki zmienili refren na typowy dla zespołu) lub Dirty Women Sabbathów (oczywiście niewiarygodnie zubożony względem oryginału, ale jak na nich nawet znośny).

      Usuń
    3. A ten zespół to jak się w końcu nazywa?

      Usuń
    4. Aż głupio mi wymieniać nazwę tak dennego zespoliku na tej stronie, ale jeśli nalegasz... Jest to The Runaways.

      A te dwa wspomniane plagiaty to kolejno Take It Or Leave It (niestety lub stety nie cover Stonesów) i Fantasies.

      Usuń
    5. Na szczęście nie znam. Kojarzę z nazwy, ale nawet nie przyszła mi teraz na myśl.

      Usuń
    6. Tylko pozazdrościć! Po każdym obcowaniu z ich tfurczością, najlepiej odkazić się jakimś awangardowym Coreą (IS) lub późnym Coltranem. Jeśli to nie pomoże to trzeba wyciągnąć najcięższe działa (Brötzmann lub Braxton).

      Serio, to jest aż takie chujstwo! Kiedyś wspominałeś, że kolejno Grand Funk i wczesny Depeche Mode (co ciekawe ich meneżer promał ich wczesny skład, kiedy były jeszcze triem jako właśnie żeński GFR, oczywiście już z tego komercyjnego okresu) prezentował najgorsze, najbardziej sztampowe melodie i kompozycje w klasycznym Rocku (przy nich to takie "Mr. Limousine Driver" lub "Are You Ready?" to wyrafinowane i wysmakowane piosenki!), oraz najbardziej infantylne piosenki jakie słyszałeś. To teraz wyobraź sobie te elementy zwielokrotnione o 10 razy i masz wtedy The Runaways...

      Usuń
  10. Ulubiony album każdego komunisty
    Każdy utwór jest równy, co prawda równie biedny, nędzny, nudny i żałosny, ale przede wszystkim równy

    OdpowiedzUsuń
  11. Brzmi to jak The Offspring z lat 70tych. Nie mam nic do The Offspring bo sam uwielbiałem za łebka album Smash, Americana i Ixnay on the Hombre czy nawet pierwszy album, czy też Green Day American Idiot, mimo, że to było jakieś 1,5 dekady temu. Po przesłuchaniu urywkowo bo urywkowo The Ramones i odpaleniu chwilę później Venom Black Metal to niebo a ziemia na korzyść Venom. Wczoraj nawet słuchając Foo Fighters Wasting Light (Chyba ich najlepszy album) to stwierdzam, że ocena dla The Ramones słuszna. Wokal odrzucający, Kompozycji i techniki też jakos za grosz, brzmi troxhŕ jak Parodia Punka przy Sex Pistols.

    OdpowiedzUsuń
  12. W sumie to starsza siostra ich uwielbiała ojciec opowiadał, później u niej były takie zespoły jak Metallica, Nirvana, Wilki, Depeche Mode, Róże Europy, Red Hot Chili Peppers, kasia Kowalska czy Jamiro Quai, a dzisiaj słucha klasyki Jazzu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Swoją drogą byłem w szoku, że ktoś widziałem, że napisał, że nie było w tamtym czasie bardziej brutalnie grających zespołów. Chyba ten ktoś nie słuchał Deep Purple, Led Zeppelin, Budgie, Black Sabbath, Judas Priest czy nawet Thin Lizzy..

    OdpowiedzUsuń
  14. Odpowiedzi
    1. Pewnie jest na co czekać ;)

      Usuń
    2. Jak coś, to powtórzysz zawartość do recenzji?

      Usuń
    3. Obawiam się, że to nieuniknione.

      Usuń
    4. Jak się słyszało otwieracz, quasi beatleasowski "I Wanna Be Your Boyfriend" (nawet tytuł jest podobny do tego kawałka z ich drugiego albumu, który notabene brzmi nieco jak jakiś "proto pop punk" ;) ) i może jeszcze te 10 sekund, z jakimś pseudo hard rockowym riffowaniem, w kawałku o wąchaniu kleju, to nie ma za bardzo już po co słuchać, tego "wielce uznanego klasyka" jeśli wszystko inne, brzmi jak autoplagiat ;)

      Usuń
    5. Ramones ewidentnie był prekursorem pop punka, jeśli nie po prostu pierwszą grupą pop-punkową. Rock’n’rollowa prostota, banalne melodyjki i brak jakichkolwiek umiejętności - to zainspirowało innych chałturników, którzy nie umieli zrobić nic ponadto.

      Usuń
    6. W tym nawiasie, akurat odnosiłem się do Beatlesowskiego "I Wanna Be Your Man" (który podobno był tak słaby, że podarowali go Stonesom jako materiał na ich drugi singiel) z ich drugiego albumu, "With The Beatles". Ale poza tym, to się zgadzam z twoim komentarzem.

      Usuń
    7. "I Wanna Be Your Man" to akurat jeden z ich lepszych kawałków z początkowych lat działalności, najbardziej zadziorny i ciężki, a wersja Stonesów to już właściwie proto-metal.

      Usuń
    8. Dla mnie to jest taki sztampowy, dość niechlujnie zagrany (stąd te moje skojarzenie z punkiem) rokendrol na odwal się, byle żeby było czym wyrównać stronę płyty winylowej. Wymowne jest również to, że Lennowi i Mccartneyowi, tak nie zależało na tej chałturze, że dali zaśpiewać go Starrowi...

      "a wersja Stonesów to już właściwie proto-metal."

      Raczej jest to po prostu typowe dla tamtych czasów brzmienie brytyjskiego r&b, czy po prostu garażowego rocka. Nie brzmi to kompletnie jak coś proto-metalowego, według mnie. Już bliżej do takiej zapowiedzi cięższych form rocka jest według mnie, przeróbka "Tobbaco Road" Johnna D. Loudermilka przez brytyjski The Nashville Teens, która została wydana na dwa miesiące przed "You Really Got Me" Kinksów.

      https://youtu.be/OIuCuhBfi8Q?si=FV7UoK42PmIn3iG7

      A dodatkowo, tak wypowiadał się o "I Wanna Be Your Man" John Lennon w wywiadzie z 1980r.:

      "It was a throwaway. The only two versions of the song were Ringo and the Rolling Stones. That shows how much importance we put on it: We weren't going to give them anything great, right?"

      Usuń
    9. "Tobbaco Road" jest właśnie bardziej typowe dla tamtych czasów według mnie, niż "I Wanna Be....", ten kawałek Stonesów jest jednak szybszy i bardziej energiczny, tak jak późniejszy ciężki rock i metal- jednak wybrałbym go jako prekursora późniejszych form rocka.

      Usuń
    10. Obie te cechy mogą być lub nie muszą być wyznacznikiem cięższych form rocka (no w przypadku metalu, a szczególnie w jego wczesnych formach, jednak są to jednak główne cechy charakterystyczne).

      Ale jednak partie instrumentów, (w szczególności bas i gitara), brzmią na tyle ciężko, że już wyraźnie słychać zapowiedź grania, jakie prezentowali Jeff Beck Group i wczesny Led Zeppelin. A już na spokojnie mógłby trafić na debiuty Creamu lub TJHE.

      A takim ciekawym, lecz kompletnie pomijanym przykładem takiego wczesnego, ciężkiego grania jest Rubber Duck (autorstwa Petera Grena i Aynsley Dunbara) The Bluesbreakers z 1967 (jeden z dwóch utworów pod tym szyldem, zarejestrowanych bez Jonna Mayalla). Według mnie wypada równie ciężko co koncertowy Hendrix z Monterey lub koncertowy Cream, a wręcz dorównuje pod tym względem, nawet studyjnym JBG i LZ. A pod względem zgiełkliwego brzmienia, zbliża się nawet do brutalności "European Son", czy prawie całego White Light/White Heat (albumu) TVU. Szkoda tylko, że ten motyw jest tylko pretekstem do solówki perkusyjnej, która pozbawia impetu, tego wyjątkowo ciężkiego riffu jak na 1967r.

      Usuń
    11. Link do Rubber Duck:
      https://youtu.be/ki7Q6LhzNGo?si=vkwCX39ijai5S_QO

      Usuń
  15. O jakich albumach mowa w 2. akapicie?

    Mimo Twojej sporej niechęci do Ramones, nadal (tak jak kilka lat temu tutaj) polecałbym płytę "End of the Century", która jednak jest nieco inna od reszty, z najbardziej chyba wyróżniającymi się kawałkami "Danny Says" i "I'm Affected".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno czterech pierwszych słuchałem i jakiś pojedynczych kawałków z późniejszych płyt, co je polecałeś, że - o ile dobrze pamiętam - niby pokazują pewien postęp, a nie pokazywały.

      Usuń
    2. I wszystkie są 1/10? Na tych płytach są też w sumie wyróżniające się, lżejsze, imo naprawdę ładne utwory "Here Today, Gone Tomorrow" i "Questioningly".

      Po latach dalej jest pewien błąd w recenzji, bo nawet na najstarszych występach live widać, że Dee Dee gra na więcej niż jednej stronie.

      Usuń
    3. Zbyt dosłownie to odczytujesz. Weźmy pierwszy z brzegu "Blitzkrieg Bop". No fakt, gra tam aż na dwóch strunach, ale z jednej na drugą przechodzi co kilka taktów. Jednak to nie w tym problem, bo na początku "A Love Supreme" Jimmy Garrison gra przez kilka minut na jednej strunie ten sam motyw złożony z trzech dżwięków. I na tabulaturze wygląda to bardziej prostacko niź kawałek Ramones. Ale zagrane jest z finezją, a nie tak niechlujnie, zresztą potem Garrison gra już zdecydowanie bardziej złożone partie, a basista Ramones jedzie cały album (całą dyskografię) na jednym patencie.

      Wszystko 1/10, bo kompletnie mi taka estetyka nie leży i nie znajduję obiektywnych powodów, by wbrew swoim odczuciom jakoś to podciągnąć. I to mimo, że ogólnie moje zdanie o punk rocku się poprawiło.

      Usuń
    4. No tak, ale chodziło mi o sam fakt napisania o jednej. Nie jest to na pewno rażący błąd, ale jednak...

      Co do solówek i ozdobników (nie)granych przez Johnny'ego możesz mieć rację. Powiem tak - jak już kiedyś pisałem, ozdobniki i solówki okazjonalnie się potem pojawiały (najlepszym przykładem nawet niezłe solo w "What'd Ya Do?"), ale możliwe, że wynajmowano do tego kogoś z zewnątrz.

      Jeśli chodzi o przytoczony wcześniej "pewien postęp", to oczywiście dalej jest to wszystko w ramach muzyki Ramones, ale od "Rocket to Russia" na pewno nie wszystkie utwory zlewają się w całość, jak tutaj. Zdarzają się mini dodatki, nie zmieniające znacząco kształtu utworów, ale jednak zauważalne, jak perkusyjne przejście w "Let's Go", duży udział klawiszy w "She Belongs to Me" czy pierwszoplanowa orkiestracja w "Baby, I Love You". Dodatkowo, zespół pisał czasami naprawdę wyraziste melodie, chyba najbardziej słychać to w "Poison Heart" czy "Pet Sematary", które nawet były niewielkimi przebojami. W późniejszym okresie zdarzało się im nawet nawiązywać do hardcore punku, jak w "I'm Not Jesus", "Wart Hog" czy przyspieszeniach "Endless Vacation".

      Tak, kiedyś uwielbiałem ten zespół, i dlatego to wszystko piszę. Choć nadal jestem przykładem, że można słuchać free jazz i Ramones jednocześnie :)

      Usuń
  16. szczerze to jest twoja najgorsza recenzja ever, dawanie 1/10 jeden ze najlepszych płyt rockowych lat 70, to szczyt niekumacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepszych, bo? Ja przynajmniej uzasadniłem, dlaczego mi ta płyta tak bardzo nie siadła i merytorycznie nic mi nie zarzucisz.

      Usuń
  17. "a "Now I Wanna Sniff Some Glue" oparto na nie najgorszym, wyrazistym riffie."

    Tyle tylko, że ten "nie najgorszy, wyrazisty riff", pojawia się w mostku (!) na aż... 10 sekund, bo właściwa część utworu, to jest typowe, prostackie rzępolenie, jak w pozostałych pioseneczkach z tego "majestatycznego dzieła". A w dodatku te riffowanie, brzmi "nieco" jak te z "Naked Eye" The Who ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. w sumie wolę Ramones od smecących zespołów ze sceny Windmill szczerze nawet

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woleć sobie możesz, ale żeby tam słyszeć smęcenie, to trzeba się postarać.

      Usuń
    2. no smecą takie artystyczne nudy pretensjonalnie, gdzie instrumentalne skille przysłaniają ciekawość muzyki, to ja juz wole prostacki rock od Ramones, Cheap Trick lub nie wiem jakiegokolwiek punka z końca lat 70.

      Usuń
    3. Jeśli na jednym końcu skali postawić Ramones, a na drugim, powiedzmy ELP, to zespoły z Windmill będą gdzieś po środku, w okolicach Talking Heads. Wciąż więcej w tym punkowej energii niż progowej wirtuozerii.

      Usuń
  19. Nawet, kiedy nie słuchałem jeszcze rocka, gdzieś na początku 2018 roku, słuchałem sobie albumów z listy "1001 albumów, które musisz usłyszeć, zanim umrzesz", to ten album już wtedy wydawał mi się taki "chałupniczy", zrobiony na odwal się, a znałem może wtedy parę płyt rockowych na krzyż.

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja lubię Ramones, debiut nie należy do moich ulubionych płyt tej grupy, jednak 1/10... ostro, ale czemu nie :) Mi osobiście podoba się Rocket to Russia i składanka Mania, super muzyka do sprzątania mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
  21. Niestety Ramones, to zespół nawet jak na pukrocka wyjątkowo żenujący. Poziom tragiczny. Ta muzyka to jak zaostrzone disco polo. Owszem w podstawówce się tym jaraliśmy. Nawet znam do dziś większość piosenek ( nie znaczy że ich słucham ). Jeśli chodzi o jakikolwiek krok do przodu w wykonaniu tego zespołu, to jedynie jedna z ostatnich ich płyt, a mianowicie " Mondo Bizarro" wznosi się na nieco wyższy poziom. Nawet chyba cover The Doors tam poleciał, jeśli mnie pamięć nie myli :) . Cóż, wytyczyli pewną drogę, którą poszło mnóstwo brytyjskich zespołów, często znacznie lepszych, choć w przeciwieństwie do Ramones mniej znanych. Choćby Slaughter and the Dogs, U.K. Subs, czy też Cockney Rejects. Nawiasem mówiąc w tym ostatnim gitarzysta prezentował całkiem wysoki poziom. Nawet dwie bądź trzy płyty metalowe nagrali swego czasu, zwracając się w latach 80tych ku tej stylistyce. Niestety zespół punkowy nie mógł być dla metalowców legendą. Wrócili później do swej ulicznej odmiany punku - OI!. Pisałeś Pawle o zespołach post punkowych, które cenisz. Co w takim razie sądzisz o The Clash? Oni również wyszli z prostych punkowych rytmów. Albumy "London Calling" czy "Sandinista", uważam że znacznie bardziej zasługują na recenzję niż kiepski Ramones. Może się skusisz na recenzje? Dodam że lider The Clash, nieżyjący już niestety Joe Strummer miał swego czasu bardzo fajny projekt muzyczny The Mescaleros. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewałem się, że Ramones w naszym kraju jest tak nielubiany. I to porównanie do disco polo, niesamowite

      Usuń
    2. @Karpatczyk: The Clash mam w planach, ale to raczej nie szybko.

      @interpol: Moim zdaniem porównanie ok. W jednym i drugim przypadku chodzi tylko o najmniej wymagającą, pozbawioną dobrego smaku formę rozrywki.

      Usuń
    3. Dokładnie to miałem na myśli. Za The Clash z góry dziękuję.

      Usuń
    4. @Paweł Pałasz: no to akurat nie wymagało nawet wyjaśnienia, że dla ciebie porównanie do disco polo jest ok, skoro dałeś wyżej wymienionej płycie 1/10 😂

      Usuń
    5. Gdyby zabrać im gitary, wręczyć syntezatory i nauczyć j. polskiego byliby pewnie bardzo pożądanym zespołem disco polo. Słuchając ich muzyki lubisz ich za te ckliwe balladki z głupimi tekstami czy za ten sztampowy pseudo rock ’n’ roll dla dziewczynek z liceum? Nawiasem mówiąc, jacy z nich punkowcy, co wystąpili swego czasu w durnowatym filmie Rock ’n’ Roll High School? Punkom to nie przystoi :) :) :) . To taki trochę New Kids on the Block tamtych czasów ... :)

      Usuń
    6. @Karpatrzyk Piękne podsumowanie, z mojej strony temat wyczerpany 😎

      Usuń
  22. Czyżby określenie "Pozerzy" świetnie opisywało zespół Ramones?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wśród różnych pejoratywnych określeń, jakie przychodzą mi na myśl w stosunku do tego zespołu, akurat to się znajduję. Wydaje mi się, że tam pozerstwa nie było - oni mogli być w tym wszystkim całkiem autentyczni. Po prostu grali, jak umieli, wcale nad tym nie myśląc. To nie był taki wykreowany produkt, jak Sex Pistols, gdzie cała koncepcja zespołu narodziła się w głowie jednego człowieka, a samym muzykom pozostało wcielić się w napisane dla nich role. Ramones to była grupka gości, którzy zaczęli razem grać, dopiero potem ktoś - i to w tym najgorsze - postanowił to wypromować. Pozerami (poza Sex Pistols) są natomiast te wszystkie pop-punkowe kapele wzorujące się na Ramones, udające buntowników, a tak naprawdę grające bardzo koniunkturalną, ugrzecznioną muzykę.

      Usuń
    2. No to dobrze, że chociaż Ramones było szczere w swoim podejściu. Cytując jeden z odcinków Kiepskich: - Przecież wy nie umiecie grać kompletnie. - Ojciec. I o to chodzi.

      Usuń
    3. Nie mówię, że to dobrze. Bo jednak ten wykreowany produkt Sex Pistols jest lepszy od, nazwijmy to, naturalnie stworzonego Ramones. Stwierdzam tylko, że u tego drugiego nie było pozerstwa, przynajmniej nie na początku - bo potem jednak przyjęli pewną pozę, ani trochę nie rozwijając swojej - muzyki - ale ostatecznie nie dodaje to żadnej wartości ich twórczości.

      To właśnie sukces Ramones wywołał u niektórych wykonawców, odbiorców, promotorów itd. takie przeświadczenie, że nie trzeba umieć grać, by zyskać popularność. Wcześniej, przed 1976 rokiem, żeby zyskać jakikolwiek rozgłos, trzeba było jednak coś umieć, albo przynajmniej mieć na tyle wyobraźni, by ukryć braki warsztatowe. Oczywiście to nie było tak, że ten Ramones nagle pojawił się znikąd i wywrócił do góry nogami muzyczny przemysł. Nie, wypromowanie tej grupy było efektem tego, że właściwie od początku tamtej dekady wymagania co do jakości muzyki stopniowo się obniżały. Już wcześniej zespoły w rodzaju Aerosmith czy Kiss dewaluowały rocka, jeszcze nie na skalę Ramones, ale był to widoczny regres muzyki.

      Usuń
    4. The Shaggs to Ramones nie przebili xd

      Usuń
    5. Co masz na myśli? Przebili popularnością. Shaggs był przez krytykę mieszany z błotem, bo te siedem lat wcześniej wymagania były wyższe.

      Usuń
    6. Ale rozgłos zyskały. Plytę udało im się wydać, jest dostępna w szerokiej dystrybucji. A to takie - dotyczące rozgłosu twierdzenie pojawia się w w komentarzu powyżej.

      Nie przebili, bo można obiektywnie stwierdzić, że Ramones przynajmniej grają w tempie, metrum. Grzecznie trzymają się konwencji trzymania rytmu. A Shaggs... sam chyba wiesz. Chociaż nie było ich zamiarem przełamanie konwencji.

      Ciekawa jest etykieta w opisie ich plyty na RYM - experimental rock. De facto się zgadzam, choć wiadomo że to dzieło przypadku.

      Opowiadaj coś usłyszał w płycie "MMM" Lou Reeda.

      Usuń
    7. Ale kiedy zyskały rozgłos? W latach 80., jak się ukazała reedycja "Philosophy of the World". Przed tzw. punkową rewolucją prawie nikt tego nie znał (krążyło ledwie 100 kopii), a tym bardziej nikt nie robił z tego albumu jakiegoś wielkiego dzieła, jak w przypadku Ramones właściwie od momentu wydania debiutu. Więc The Shaggs nie jest argumentem przeciwko temu zdaniu o rozgłosie, a argumentem za nim.

      Można obiektywnie stwierdzić, że Ramones przynajmniej grają w tempie, metrum, ale to nie przekłada się na wartość muzyki. Przecież disco polo nie jest bardziej wartościowe od jazzu free tylko dlatego, że w tym pierwszym grają równo, a w drugim nie. Zresztą dla słuchacza-laika, nieznającego kontekstu, nie będzie różnicy między The Shaggs a Ornette'em Colemanem czy Captainem Beefheartem. Dopiero gdy zapozna się z historią muzyki tych twórców, albo jeśli zna muzyczną teorię, albo jakoś intuicyjnie jest w stanie to usłyszeć, będzie wiedzieć, że instrumentalistki The Shaggs grają cały czas nierówno, a u Colemana czy Beefhearta partie poszczególnych muzyków oddalają się od siebie i spotykają w określonych, mniej lub bardziej regularnych odstępach.

      Mimo wszystko "Philosophy of the World" jest niezamierzenie ciekawszą płytą od "Ramones", bo przypadkiem dzieją się tam ciekawe rzeczy z harmonią czy rytmem, a na tej drugiej jest tylko prostacka dewaluacja rock and rolla. I tak samo w przypadku "Metal Machine Music" przypadkiem powstało coś ciekawego, tylko tutaj na poziomie brzmienia, faktury.

      Usuń
    8. To kiedy recenzja tego ostatniego? Zgodnie z nazwą spodziewam się mocarnej, strzelającej metalowymi riffami i blastami maszyny

      Usuń
    9. No tak, bo metal to tylko rodzaj muzyki, a nie np. substancja, z której wykonana jest owa maszyna. Recenzja? Na ten moment nie planuję.

      Usuń
    10. Z ciekawości sprawdziłem na Wikipedii oceny krytyków, same 10/10, aż trudno uwierzyć. Myślisz, że skąd taki u nich entuzjazm?

      Usuń
    11. Czy to faktyczny entuzjazm? Ja nie mam złudzeń i nie sądzę, by tym mediom, które tam są wymienione, chodziło o szczere, merytoryczne pisanie o muzyce, o jakąś edukację czytelników. Chodzi wyłącznie o kasę z reklam, więc nie ma opcji, by podważać wybitność powszechnie lubianej płyt. A z kolei ten hajp wziął się stąd, że na przełomie lat 70. i 80. była wśród krytyków moda, by zachwycać się wszystkim, co prostackie, a deprecjonować to, co bardziej wyrafinowane. W tym zresztą też nie było szczerości ani merytoryki, a chłodna kalkulacja - czytelników nudziło czytanie wciąż o tych samych wykonawcach i ich naśladowcach, nie pomagała coraz większa powtarzalność tych twórców, więc trzeba było dać im coś nowego. I padło akurat na coś, co cofało muzykę do lat 50.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.