[Recenzja] Fleetwood Mac - "Tango in the Night" (1987)

Przy tylu milionach na koncie, jakie przyniosły muzykom poprzednie płyty i trasy koncertowe, mogliby pozwolić sobie na bardziej oryginalną okładkę, zamiast tak ordynarnie splagiatować pracę XIX-wiecznego francuskiego malarza naiwnego, Henriego Rousseau. Nawet nie wymieniono go w opisie albumu. Można by to jeszcze bronić, gdyby chodziło jedynie o nawiązanie do stylu Francuza, ale tu praktycznie skopiowano całą kompozycję konkretnego obrazu, "Zaklinaczka węży", choć akurat tytułową postać zdecydowano się pominąć. Oryginał był już zresztą wcześniej wielokrotnie wykorzystywany na niezliczonych wydawnictwach z muzyką klasyczną czy też chociażby na znakomitym longplayu "Mais On Ne Peut Pas Rêver Tout Le Temps" Laurenta Thibault:


Muzycznie "Tango in the Night" również nie jest najbardziej oryginalnym albumem na świecie, choć wprowadza parę nowych elementów do twórczości Fleetwood Mac. Najprościej byłoby określić tę muzykę jako połączenie granego przez grupę w poprzedniej dekadzie soft rocka z ejtisowym brzmieniem - na szeroką skalę wykorzystano tu programowane bębny czy syntezatory. Z premierą płyty udało się jeszcze załapać na synthpopową modę, która wkrótce miała przeminąć. Niewiele więc brakowało, by na marne poszła półtoraroczna praca nad materiałem, którą najbardziej zaangażowany w nagrania i produkcję Lindsay Buckingham (początkowo miał to być jego solowy album) przepłacił załamaniem nerwowym, a następnie odejściem z zespołu w przededniu potężnej, jak na tamte czasy, trasy koncertowej.
To ten album zawiera dwa bodajże najbardziej rozpoznawalne kawałki Fleetwood Mac: "Everywhere" i "Little Lies", gdzie natychmiast zapamiętywalnym melodiom towarzyszą bardzo starannie dopracowane aranżacje, ze świetnie rozpisanymi wokalami i dość bogatym instrumentarium. Jasne, sporo w tym ejtisowego kiczu i merkantylnego podejścia, jednak wciąż jest to wyjątkowo kunsztowne granie, jak na taką konwencję. A to tylko dwa spośród sześciu przebojów, jakie udało się wyciąć z tego albumu. "Big Love", "Seven Wonders" i kojarzący się nieco z ówczesnymi dokonaniami Kate Bush "Family Man" to kolejna dawka tego perfekcyjnie wycyzelowanego popu - choć w refrenie środkowego wkrada się już nieco zbyt wiele banału - a "Isn't It Midnight" wzbogaca to niemal hardrockowym, a może raczej AOR-owym riffem oraz dwiema ostrymi solówkami, które powinny spodobać się nawet rockowym ortodoksom.
Pozostałe sześć kawałków, choć niewydane na singlach, wypadają może trochę mniej przebojowo, ale co najmniej tak samo interesująco pod względem produkcyjnym. Co więcej, w takich utworach, jak "Caroline", tytułowy "Tango in the Night" czy "Welcome to the Room… Sara", bardzo udanie udaje się oddać nastrój okładki. Uroczo wypada subtelniejszy "Mystified", jeden z mocniejszych melodycznie fragmentów płyty. Na tle całości wyraźnie odstaje natomiast "When I See You Again", z monotonnym akompaniamentem gitary i syntezatorowego tła, nieciekawie zaśpiewany przez Stevie Nicks, choć fragmenty dośpiewywane przez Buckinghama pokazują, że można było to wykonać bardziej emocjonalnie. W finałowym "You and I, Part II" wraca przynajmniej typowa dla tego albumu aranżacja i bardziej żarliwe wykonanie, choć ten klawiszowy motyw przewodni znów razi banałem.
Czytaj też: [Recenzja] Fleetwood Mac - "Tusk" (1979)
To zdecydowanie nie jest moja ulubiona stylistyka, jednak "Tango in the Night" w kategorii takiego radiowego popu to płyta wyjątkowo udana. W przeciwieństwie do wielu współczesnych sobie wykonawców, Fleetwood Mac zaproponował nie tylko autentycznie chwytliwy, ale też ciekawie wyprodukowany materiał. Był to już jednak ostatni studyjny album w tym najbardziej znanym składzie: po jego nagraniu odszedł Buckingham, po kolejnej płycie to samo zrobiła Nicks, a kiedy oboje wrócili, to zrezygnowała Christine McVie. Tymczasem to właśnie współpraca tej trójki dawała tak dobre efekty. Zwłaszcza komercyjne - "Tango in the Night" rozszedł się na świecie w piętnastu milionach egzemplarzy.
Ocena: 7/10
Fleetwood Mac - "Tango in the Night" (1987)
1. Big Love; 2. Seven Wonders; 3. Everywhere; 4. Caroline; 5. Tango in the Night; 6. Mystified; 7. Little Lies; 8. Family Man; 9. Welcome to the Room...Sara; 10. Isn't It Midnight; 11. When I See You Again; 12. You and I, Part II
Skład: Lindsey Buckingham - gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (1,4,5,8,11,12), dodatkowy wokal, programowanie; Christine McVie - instr. klawiszowe, wokal (3,6,7,10), dodatkowy wokal; John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Stevie Nicks - wokal (2,9,11), dodatkowy wokal
Producent: Lindsey Buckingham i Richard Dashut
Lubię ten album, średnio raz w roku go słucham. Jeśli polski piosenkarz czy grupa pop-rockowa zapytałaby mnie, żebym polecił 3 inspiracje na dobry album komercyjny o pewnych walorach artystycznych, to poleciłbym to, albo "Hounds of Love" Kate Bush albo "So" Petera Gabriela
OdpowiedzUsuńTylko że SO Gabriela to krok w tył pod kątem ambicji artystycznych zwłaszcza po 3 i 4. Hounds of love też jest moim zdaniem słabsze od The Dreaming, choć na pewno bardziej komercyjne i przebojowe
UsuńTe albumy są bardziej przystępne, bardziej przebojowe od poprzednich, ale pod względem brzmienia, produkcji czy, w mniejszym stopniu, aranżacji wciąż na tle radiowego popu wyróżniają się bardzo ambitnym, artystycznym podejściem. Szczególnie dotyczy to Bush, zresztą strona B nie różni się znacząco od „The Dreaming”. Tak więc ta przebojowość jest tam bardziej dodatkowo niż zamiast czegoś.
UsuńSO jako "wzorzec muzyki pop" zapewne sprawdza się świetnie, tylko po tym co PG proponował wcześniej jest to niestety artystycznie krok w tył. Zresztą w stylistyce "radiowego popu" słyszałem wiele ciekawszych płyt. SO jest zresztą bardzo nierówne. Sledgehammer i Big Time z jednej strony, Red Rain z innej beczki, This Voice ... I Mercy Street w zupełnie w innym stylu. Itd. Nic tu do niczego nie pasuje, jak na debiucie PG. Zachwytów nad Mercy Street w ogóle nie rozumiem. Przyjemna ballada, jak Wallflower. PG pozostanie wielkim artystą, ale zapamiętany zostanie mam nadzieję jako artysta progresywny z epoki Genesis czy Trójki i Czwórki a nie SO czy nie daj Boże US. Ale trzeba przyznać że i tak w stosunku do "dokonań" jego kolegów z Genesis plamy nie dał. Z Genesis to w ogóle ciekawa historia. Efekt synergii: Collins, Hackett, Banks i Rutheford solo to dramat, a jakie efekty współpracy! (do Trick), potem już nie
UsuńBardziej ewidentne jest to w przypadku Pink Floyd. Jako kwartet - bez znaczenia, czy z Barrettem, czy z Gilmourem - stworzyli tyle fantastycznej muzyki, a wystarczyło, że zabrakło.Watersa i jaki spadek. Przy czym solowy Waters to jeszcze gorsze popłuczyny, podobnie jak autorskie płyty reszty zespołu. W przypadku Genesis przynajmniej Gabriel świetnie sobie poradził bez reszty grupy. A tak szczerze, to na jego płytach znajduję dla siebie więcej, niż u Genesis.
UsuńPamiętam jak w dzieciństwie ciągle i ciągle leciał w telewizji teledysk do Little Lies. Nie słucham ale mam sentyment. Przytulna muzyka.
OdpowiedzUsuńPrzytulna muzyka. Fajne określenie. Polecam na imprezy.Działa.
UsuńLepiej słuchać "Go Insane" Lindseya Buckinghama - ciekawsze!
OdpowiedzUsuń