[Recenzja] Neil Young - "Mirror Ball" (1995)
Nie jest to może współpraca, do jakiej koniecznie musiało dojść, ale też chyba nikogo ta kooperacja nie zdumiała i nie powinna dziwić. Bez Neila Younga, nazwanego przez media ojcem chrzestnym grunge'u - z pewnością nie byłoby Pearl Jam jaki znamy. Muzycy zespołu wielokrotnie zresztą podkreślali swoje uwielbienie dla Kanadyjczyka, a inspirację tę doskonale słychać w ich twórczości. Natomiast bez Pearl Jam - czy też ogólnie sceny grunge - Young mógłby dalej błądzić muzycznie, jak miało to miejsce w poprzedniej dekadzie. Nagranie przez nich wspólnego albumu należy uznać za całkiem logiczny, naturalny krok. I co więcej, "Mirror Ball" jest jedną z bardziej udanych pozycji w ich dyskografiach. W przypadku Pearl Jam może to być nawet podium, u Younga - raczej druga połowa Top 10. Neil Young i Pearl Jam poznali się już na początku dekady. W 1992 roku po raz pierwszy wystąpili na jednej scenie, choć osobno, podczas koncertu z okazji 30-lecia kariery Boba Dylana. Kanadyjczyk był p...