Posty

Wyświetlam posty z etykietą glam rock

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Phantom Island" (2025)

Obraz
Płyta tygodnia 9.06-15.06 To, co zrobiono na tym wydawnictwie, niemal nie miało prawa się udać. "Phantom Island" składa się z utworów pisanych równolegle z materiałem, jaki w zeszłym roku trafił na album "Flight b741". Płytę, która bardzo mnie rozczarowała, zwłaszcza po serii wyjątkowo udanych wydawnictw King Gizzard and the Lizard Wizard z lat 2022-23. Nie był to jednak jedyny, ani nawet największy powód moich obaw. Australijczycy postanowili tu bowiem odświeżyć jeden z najgłupszych pomysłów, jakie kiedykolwiek przyszły do głowy muzykom rockowym, i do nagrań zaprosili orkiestrę. Efekty takich fuzji najczęściej nie były zbyt udane, począwszy od pierwszych, naiwnych prób The Moody Blues, Deep Purple czy Pink Floyd, przez chaotyczną współpracę Metalliki z symfonikami, po zrealizowany kompletnie bez pomysłu album francuskiej Magmy z ostatnich lat, gdzie udział orkiestry nieudolnie przykrywał braki samej kompozycji i wykonania. Czy i tutaj chodzi właśnie o ukrycie niedo...

[Recenzja] New York Dolls - "New York Dolls" (1973)

Obraz
Jakby nie patrzeć, to jeden z najbardziej wpływowych albumów amerykańskiego podziemia. Właśnie zmarł ostatni z muzyków New York Dolls, którzy uczestniczyli w jego nagrywaniu - wokalista David Johansen. Warto więc przypomnieć tę płytę, nawet jeśli jej wartość jest bardziej historyczna niż stricte muzyczna. Wydanie tego longplaya było w zasadzie początkiem nowojorskiej sceny punkowej, na której wkrótce miały zadebiutować takie zespoły, jak Talking Heads czy Television. Longplay był też bezpośrednią inspiracją dla brytyjskiego punk rocka, jak The Clash czy Sex Pistols. Zresztą chwilę przed wymyśleniem tego ostatniego, Malcolm McLaren przez krótki czas pełnił nieformalną rolę menadżera rozpadających się Dollsów. Nie mniejszy wpływ grupa wywarła także na amerykańskiego hard rocka, z takimi zespołami, jak Kiss czy Aerosmith. New York Dolls powstał w 1971 roku i szybko stał się lokalną sensacją, wyróżniając się na tle innych nowojorskich kapel swoją wulgarnością oraz kampowym image'em w s...

[Recenzja] Roxy Music - "Stranded" (1973)

Obraz
"Stranded", trzeci album Roxy Music, przynosi parę pozornie istotnych zmian, które jednak ostatecznie okazują się niewiele zmieniać. Lekko odświeżony został tu skład. Basistę Johna Portera zastąpił bardziej doświadczony John Gustafson, grający już wcześniej w The Merseybeats czy Quatermass. Z zespołem rozstał się także Brian Eno, który wybrał artystyczną wolność, jaką dało mu realizowanie projektów pod własnym nazwiskiem. Jego miejsce zajął zaledwie 18-letni Eddie Jobson, klawiszowiec i skrzypek, który zdążył już wcześniej zagrać na jednym albumie mniej znaczącej i dziś niemal zapomnianej grupy prog-rockowej Curved Air. Póżniej grał za to z samym Frankiem Zappą, współtworzył U.K. i Jethro Tull, a także otarł się o King Crimson czy Yes. Pewną nowością jest także przełamanie kompozytorskiego monopolu Bryana Ferry. Jego nazwisko wciąż jest obecne pod każdym z utworów, ale zdarza się, że w towarzystwie Phila Manzanery ("Amazona") lub Andy'ego Mackaya ("A Song f...

[Recenzja] Sparks - "Indiscreet" (1975)

Obraz
Po wydaniu dwóch znakomitych, ale bardzo do siebie podobnych albumów, "Kimono My House" i "Propaganda", zarządzający grupą Sparks bracia Mael postanowili zrobić coś nieco innego. W składzie uboższym o jednego z gitarzystów, ale za to z nowym, doświadczonym producentem Tonym Viscontim - mającym już za sobą współpracę z Davidem Bowie, T.Rex, a nawet Gentle Giant - nagrali bardziej eklektyczny album. "Indiscreet" zdradza przede wszystkim inspiracje staromodnymi stylami, jak swing, jazz bigbandowy, wodewil czy kabaret, ale pewną rolę odgrywają też wpływy muzyki klasycznej. Nie trudno uniknąć skojarzeń z wydanym zaledwie miesiąc później "A Night at the Opera" Queen. Sparks jest jednak w swoim eklektyzmie bardziej konsekwentny i spójny, gdyż poszczególne utwory bez wyjątku łączy ta charakterystyczna dla grupy dziwność oraz permanentny brak powagi. Na "Indiscreet" zachowane zostały te najbardziej idiomatyczne cechy stylu Sparks: świadome balan...

[Recenzja] Roxy Music - "For Your Pleasure" (1973)

Obraz
Drugi album Roxy Music nie przynosi rewolucji, ale znakomicie udoskonala pomysły z eponimicznego debiutu. "For Your Pleasure" to wciąż postmodernistyczny eklektyzm, rockowy artyzm bez epatowania wirtuozerią i bez pretensjonalności, atrakcyjne popowe melodie oraz nieco kampowa estetyka glamu. Tym razem materiał jest jednak bardziej dopracowany. Zespół spędził w studiu więcej czasu, w towarzystwie doświadczonych producentów Johna Anthony’ego i Chrisa Thomasa. W rezultacie różnorodne inspiracje, w tym też zupełnie nowe wpływy, udało się tu przekłuć w bardzo zborną całość. W swoich najbardziej energetycznych momentach, jak "Do the Strand" (jedyny singiel z płyty) i "Editions of You", grupa bardzo przekonująco łączy proto-punkowy luz i surowość, przebojowe melodie oraz artystyczne aspiracje. W otwieraczu płyty teatralny śpiew Bryana Ferry'ego i drapieżny saksofon Andy'ego Mackaya wywołują wręcz skojarzenia z Van der Graaf Generator.  Po całkiem inny zes...

[Recenzja] Roxy Music - "Roxy Music" (1972)

Obraz
Rok 1972 to wciąż czasy, gdy rockowy artyzm, przynajmniej w Europie, kojarzył się przede wszystkim z podniosłym progiem. Ukazały się wówczas chociażby takie albumy, jak "Close to the Edge", "Foxtrot", "Octopus", "Thick as a Brick" (ten akurat był zakamuflowaną parodią tej estetyki) czy cała masa płyt włoskich symfoników . Sporo działo się też na mniej poważnej scenie Canterbury czy w bardzo różnorodnym nurcie krautrockowym, jednak były to rzeczy niszowe. I właśnie w tym roku do mainstreamu przedarł się debiutujący Roxy Music, który pokazał szerszej publiczności całkiem inne oblicze rockowego artyzmu, bez tej całej podniosłości i wirtuozerii, nastawione na piosenki, a nie rozbudowane formy. Eponimiczny debiut Roxy Music - będący jednocześnie fonograficznym debiutem takich muzyków, jak Brian Eno, Bryan Ferry czy Phil Manzanera - w zasadzie wpisuje się w modną wówczas stylistykę glam rocka. Są to jednak te najbardziej interesujące muzycznie rejony g...

[Recenzja] Sparks - "Propaganda" (1974)

Obraz
To niemal niewiarygodne, by w odstępie zaledwie sześciu miesięcy wydać swoje dwa największe, artystycznie i komercyjnie, albumy. Tak jednak stało się w przypadku grupy Sparks, której "Propaganda" ukazała się jeszcze w tym samym roku kalendarzowym, co "Kimono My House". Tym razem znów udało się przebić do brytyjskiego Top 10, choć ostatecznie płyta pokryła się tylko srebrem, a nie złotem, jak poprzednia. W Stanach sukces był bardziej umiarkowany, choć 63. miejsce to i tak największe tam osiągnięcie zespołu braci Mael. Może udałoby się zajść nieco wyżej, gdyby amerykański wydawca bardziej postarał się z singlami i zamiast wypuszczać na małej płytce przegięte "Achoo", wybrałby nieco normalniejsze "Never Turn Your Back on Mother Earth" oraz "Something for the Girl with Everything", które były przebojami po drugiej stronie Atlantyku. Muzycznie "Propaganda" nie różni się wiele od "Kimono My House". Tym razem Sparks nie wy...

[Recenzja] Sparks - "Kimono My House" (1974)

Obraz
Jeśli wciąż traktować radio i prasę muzyczną jako wyznacznik popularności danego twórcy, to Sparks jest w Polsce zespołem praktycznie nieznanym. Co może dziwić o tyle, że muzyka tej grupy ma niesamowity potencjał komercyjny, a o jego wpływie można naprawdę długo pisać. Do inspiracji lub zachwytu nad Sparks przyznawali się muzycy takich zespołów, jak Depeche Mode, Devo, Duran Duran, Faith No More, Joy Division i New Order, Sex Pistols, Siouxie and the Banshees, The Smiths czy Sonic Youth, a jego miłośniczką jest także Björk. W latach 70. grupa odnosiła zresztą całkiem spore sukcesy w tej cywilizowanej części świata. Początki nie były jednak obiecujące. Kwartet powstał w Los Angeles jeszcze pod koniec poprzedniej dekady - w samym środku eksplozji psychodelicznego rocka - z inicjatywy braci Mael: wokalisty Russella i klawiszowca Rona. W tamtym czasie grupa była pod silnym wpływem brytyjskich kapel w rodzaju Pink Floyd, The Who czy The Kinks i dopiero szukała własnego stylu. Debiutancki al...

[Recenzja] Patti Smith Group - "Easter" (1978)

Obraz
Na przypadające w Wielkanoc zakończenie miesiąca kobiet nie mogłem wybrać innej płyty. Patti Smith - uznawana za jedną z najlepszych rockowych tekściarek i, co ważniejsze, jedną z prekursorek punk rocka - niewątpliwie zasłużyła na obecność w tym cyklu. Jej dwa poprzednie albumy, powszechnie ceniony debiut "Horses" oraz jeszcze lepszy od niego "Radio Ethiopia", zasługiwałyby nawet bardziej - i zapewne kiedyś też je zrecenzuję - ale tematycznie idealnie pasuje "Easter" i niewybaczalne byłoby nie wykorzystać takiej okazji na napisanie właśnie o nim. Tytuł nie jest przypadkowy. Smith przechodziła wówczas zainteresowanie religią, które zaczęło się od fascynacji popularnym wówczas rastafarianizmem. Stąd też w wielu tekstach pojawiają się wątki chrześcijańskie - a "Privilege (Set Me Free)" cytuje nawet Psalm 23 - choć taki "Ghost Dance" nawiązuje akurat do wierzeń rdzennej ludności amerykańskiej. Teksty na album powstawały w trakcie rekonwales...

[Recenzja] HMLTD - "The Worm" (2023)

Obraz
HMLTD - lub Happy Meal Ltd - wydawał się typowym drugorzędnym przedstawicielem sceny Windmill. Opublikowany w 2020 roku debiut "West of Eden" nie wyróżnia się szczególnie na tle pierwszych płyt innych grup z tego kręgu. Wypełniają go raczej konwencjonalne, na ogół bardzo przyjemne piosenki, obowiązkowo  osadzone w stylistyce post-punku, choć z lekkimi wpływami synthpopu oraz glamowej estetyki. W ciągu trzech kolejnych lat kwintet przeszedł jednak przedziwną ewolucję i to niemal beż żadnych zmian w składzie, choć wymiana klawiszowca Zachariego Cazesa na Setha Evansa - muzyka znanego ze współpracy z black midi - mogła odegrać pewną rolę w tym procesie. Album "The Worm" to zwariowana opera artrockowa, osadzona w alternatywnej wersji średniowiecznej Anglii i inspirowana staroangielskim, mediewalnym folklorem oraz dystopijnym science fiction, opowiadająca o gargantuicznym robaku pożerającym kraj. Z czasem jednak okazuje się, że narrator - wprost utożsamiany z wokalistą g...

[Recenzja] Lou Reed - "Berlin" (1973)

Obraz
Na kilka lat przed tym, gdy obraz wciąż zniszczonego po wojnie i podzielonego murem Berlina zainspirował Davida Bowie do stworzenia tzw. berlińskiej trylogii, Lou Reed napisał utwór o parze narkomanów żyjących w tym mieście. Oryginalna wersja kompozycji "Berlin" trafiła na jego eponimiczny solowy debiut. Gdy jakiś czas później były lider The Velvet Underground rozmawiał z Bobem Ezrinem usłyszał od niego, że jego teksty świetnie się zaczynają, ale brakuje im zakończenia. Producent jako przykład podał właśnie "Berlin", dodając, że chciałby wiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy tamtej pary. Reed przyjął wyzwanie i postanowił rozbudować tamtą historię do całego albumu. Wsparty przez Ezrina oraz paru znakomitych instrumentalistów - wśród których znaleźli się m.in. Aynsley Dunbar, Jack Bruce, Tony Levin, Steve Winwood czy bracia Michael i Randy Brecker - zarejestrował składający się z dziesięciu utworów album koncepcyjny. "Berlin", bo tak zatytułowano całość, ...

[Recenzja] Eno - "Taking Tiger Mountain (by Strategy)" (1974)

Obraz
Drugi z serii czterech piosenkowych albumów Briana Eno, "Taking Tiger Mountain (by Strategy)" powstawał w nieco inny sposób niż poprzedni "Here Come the Warm Jets". Lider zrezygnował chociażby z nagrywania poszczególnych utworów w różnych składach. Tym razem stworzył większość materiału z pomocą jedynie czterech instrumentalistów. W sesji wzięli udział Phil Manzanera na gitarze, Brian Turrington na basie, Freddie Smith na bębnach, a także Robert Wyatt na przeszkadzajkach i jako dodatkowy wokalista. Przez studio przewinęło się też kilku dodatkowych muzyków, w tym Phil Collins, który zastąpił Smitha w jednym kawałku - był to rodzaj podziękowania za pomoc Eno przy tworzeniu "The Lamb Lies Down on Broadway" Genesis. Co ciekawe, także "Taking Tiger Mountain (by Strategy)" jest czymś na kształt albumu koncepcyjnego, a może raczej parodią takiej formy. Tytuł zaczerpnięto z chińskiej opery rewolucyjnej, ale wątek tego kraju pojawia się w tekstach zaledw...

[Recenzja] Eno - "Here Come the Warm Jets" (1974)

Obraz
Tytuł pierwszego albumu Briana Eno, "Here Come the Warm Jets", to ponoć nic innego, jak eufemizm oznaczający oddawanie moczu. To wyraźna sugestia, by nie traktować tego materiału zbyt poważne, ale podejść do niego z odpowiednim dystansem. Jednak ogromnym błędem byłoby jego ignorowanie, uznanie za niewiele wart wygłup ekscentrycznego muzyka. Eno dokonał tu rzeczy dość niezwykłej. Łącząc ówczesny mainstream, głównie spod znaku glam rocka, a także bardziej artystyczne oblicze tego gatunku, korzeniami sięgające dokonań The Velvet Underground, zaproponował niezwykle inspirujące dzieło, którego echa słychać w muzyce do dzisiaj. Mówiąc o wpływie tego albumu trzeba wymienić na pewno Davida Bowie - którego Trylogia Berlińska powstała nie tylko z udziałem, ale i pod silnym wpływem Eno - a także całe wręcz nurty w rodzaju post-punku czy shoegaze'u. Zadziwiać może już sam skład. W sesji nagraniowej wzięli udział Phil Manzanera, Andy Mackay i Paul Thompson - koledzy Briana z właśnie ...

[Recenzja] Lou Reed - "Transformer" (1972)

Obraz
The Velvet Underground wywarł niezaprzeczalny wpływ na rozwój muzyki rockowej. Jednak w czasie swojej działalności grupa pozostawała szerzej nieznana. Taki stan rzeczy, w połączeniu ze stopniowo spadającą jakością tworzonej muzyki, doprowadziły do odejścia z zespołu jednego z jego założycieli - śpiewającego gitarzysty Lou Reeda. Wkrótce potem grupa całkiem się posypała, a sam Reed na pewien czas zrezygnował z kariery muzyka, przyjmując pracę księgowego w firmie swojego ojca. Nie trwało to jednak długo. W ciągu kilku miesięcy muzyk podpisał kontrakt z RCA Records i wyjechał do Londynu, by zarejestrować pierwszy album solowy. Eponimiczny debiut - wypełniony w większości niewykorzystanymi utworami The Velvet Underground, a nagrany z pomocą m.in. muzyków Yes, Steve'a Howe'a i Ricka Wakemana - nie spotykał się z większym zainteresowaniem. I w zasadzie trudno się temu dziwić, gdyż płytę wypełnił mało porywający materiał, choć z samych kompozycji dałoby się wycisnąć więcej. Reed potrz...

[Recenzja] Iggy Pop - "Lust for Life" (1977)

Obraz
Identycznie, jak w przypadku "The Idiot", w powstawanie kolejnego albumu Iggy'ego Popa mocno zaangażował się David Bowie. Brytyjski artysta znalazł czas pomiędzy pracą nad swoimi dwoma wielkimi dziełami, "Low" i "'Heroes'", by wspomóc Amerykanina w jego solowej karierze. Zaraz po zakończeniu nagrań na "Low" zebrał zespół, z którym Pop mógł wyruszyć na światową trasę promującą "The Idiot". Znalazł się w nim gitarzysta Ricky Gardiner, wcześniej członek Beggars Opera, a także znani ze współpracy z Toddem Rundgrenem bracia Sales, basista Tony i perkusista Hunt. Bowie osobiście zasiadł za klawiszami. Zaraz po zakończeniu koncertów kwintet udał się do berlińskiego Hansa Studio, celem przygotowania nowego materiału. Prace tym razem nie przebiegały pod dyktando Bowiego. Pop poczuł się zdecydowanie pewniej w roli lidera. Samodzielnie napisał wszystkie teksty, a także muzykę do kawałka "Sixteen". Nalegał też, aby w komponowa...