Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2025

[Zapowiedź] Premiery płytowe grudnia

Obraz
Tradycyjna bieda na koniec roku - w NFZ i na rynku fonograficznym. Grudniowe premiery muzyczne to już niemal wyłącznie kompilacje, archiwalia, koncertówki i reedycje. Z regularnych albumów warto odnotować powrót Starej Rzeki, nieco zapomnianego projektu Jakuba Ziołka z Alamedy, a także kooperację Charlesa Haywarda (ex-Gong, This Heat, Camberwell Now i wiele innych) z Willem Brooksem, czyli MC Dälek. Warto też zwrócić uwagę na "Wish You Were Here 50" Pink Floyd . Zwykle nie umieszczam na tych listach reedycji, ale tu wśród licznych bonusów jest kompletny zapis niepublikowanego wcześniej koncertu z 1975 roku - może się okazać dobrym zamiennikiem dla bliskiego repertuarowo Wembley '74, który wciąż nie doczekał się kompletnego wydania. Muzyczne nowości grudnia 2025: 1 grudnia: Księżyc - Zawieje [archiwalia] 4 grudnia: DeWolff - Fuego! EP 5 grudnia: Depeche Mode - Memento Mori: Mexico City Ensemble Dal Niente [kompozytorzy: Igor Santos / George Lewis / Ca...

[Recenzja] Naked City - "Grand Guignol" (1992)

Obraz
Grand Guignol był osławionym paryskim teatrem, który od końca XIX wieku aż do lat 60. wystawiał wyłącznie naturalistyczną przemoc, grozę i horror. Jakże idealny tytuł dla albumu Naked City, której muzyka nierzadko brzmi jak muzyczna tortura. Sadystyczne zapędy muzyków zdradzały już fragmenty debiutanckiego "Naked City", wydanego jeszcze pod nazwiskiem Johna Zorna. Potwierdziło je natomiast kolejne wydawnictwo w tym składzie - pierwsze pod grupowym szyldem - czyli "Torture Garden", wypełnione czterdziestoma dwoma miniaturami na pograniczu grindcore'u i free jazzu, czasem z dodatkiem innych wpływów oraz sporą dawką humoru. Dziewięć kawałków z "Torture Garden" to powtórki z debiutu, a wszystkie pozostałe powtórzono z kolei na "Grand Guignol". Dość ciekawa jest historia powstania tamtego wydawnictwa. Podczas prac nad "Naked City" Zorna zafascynowała maksymalna kompresja muzyki - podpatrzone u kapel grindcore'owych kawałki trwające n...

[Recenzja] Oneohtrix Point Never - "Tranquilizer" (2025)

Obraz
Płyta tygodnia 17.11-23.11 Nie do końca jest prawdą, że nic w internecie nie ginie. Nie jest wcale oczywiste, że te ogromne zasoby muzyczne, do jakich mamy teraz nieograniczony dostęp w streamingu, bedą zawsze pod ręką. Kilkakrotnie już zdarzyło mi się, że chciałem do jakiegoś albumu powrócić, a ten nie był już nigdzie dostępny. Obecnie coraz więcej wykonawców decyduje się wycofywać swoją muzykę z serwisów. Niewykluczone też, że kiedyś po prostu cała sieć padnie - a to wcale nie jest nieprawdopodobny scenariusz w niepewnych czasach gwałtownych zmian klimatycznych czy narastających konfliktów zbrojnych i fatalnych pomysłów na ich zakończenie. Choć wtedy brak dostępu do muzyki będzie jednym z najmniejszych problemów. Pewnym pocieszeniem w tym wszystkim są inicjatywy w rodzaju Global Music Vault, dzięki którym przynajmniej jakaś część muzyki przetrwa najgorsze. Z przemyśleń nad tym powszechnym dziś dostępem do ogromnej ilości muzyki, a zarazem niepewnością, jak długo ten dostęp będzie moż...

[Recenzja] Maestro Trytony - "Heart of Gold" (2004)

Obraz
Ponoć jest to najlepszy polski album. Poza opisem na Bandcampie, według którego niektórzy tak twierdzą , nie dotarłem jednak do aż tak entuzjastycznych opinii na temat drugiego albumu Meastro Trytony. Nie znalazłem też "Heart of Gold" w żadnym rankingu polskich płyt, choćby na odległej pozycji. To zresztą niszowe wydawnictwo, pierwotnie wydane na kompakcie w zaledwie 230 egzemplarzach i od tamtej pory niewznawiane, choć obecne w streamingu. Można by zatem tę wzmiankę o najlepszej polskiej płycie potraktować jako żart, ironię, albo nawet jak zwykły chwyt marketingowy. Rzecz w tym, że nie jest to stwierdzenie wcale dalekie od prawdy - oczywiście rozpatrując to wydawnictwo w kategoriach artystycznych, a nie komercyjnych. Projekt Tomasza Gwincińskiego zadebiutował osiem lat wcześniej płytą "Enoptronia". Kwintet, wsparty wieloma gościami, zaproponował tam całkiem unikalną mieszankę jazzu, rocka oraz muzyki współczesnej. W nagraniach "Heart of Gold", zarejestrow...

[Recenzja] Swans - "Soundtracks for the Blind" (1996)

Obraz
Łabędzi śpiew Łabędzi. "Soundtracks for the Blind" powstawał z myślą, że będzie zwieńczeniem studyjnej dyskografii Swans. I faktycznie nim był. Wprawdzie tylko przez czternaście lat, do czasu gdy grupa wznowiła działalność, jednak wtedy, w połowie lat 90., Michael Gira planował definitywnie pogrzebać zespół, którego prowadzenie wykańczało go finansowo i emocjonalnie. Do prac nad tym album zabrał się wraz z Jarboe oraz kilkoma nowymi współpracownikami, jak perkusista Larry Mullins czy gitarzysta Vudi, jednak można tu też usłyszeć partie dawnych - a zarazem przyszłych - członków zespołu, by wymienić Normana Westberga, Billa Rieflina oraz Christopha Hahna. "Soundtracks for the Blind" jest bowiem kolażową mieszanką nowych i archiwalnych nagrań, rejestrowanych na przestrzeni lat 1981-96, a więc całej dotychczasowej działalności Swans. Wydany pierwotnie na dwóch płytach kompaktowych, 140-minutowy "Soundtracks for the Blind" - pierwsze tak monumentalne dzieło Swa...

[Recenzja] Armand Hammer & The Alchemist - "Mercy" (2025)

Obraz
Płyta tygodnia 3.11-9.11 Poprzedni tydzień w muzyce upłynął pod znakiem hip-hopu. Rozczarował mnie jednak nowy Danny Brown, który dwa lata po dojrzałym, nagranym na swoją czterdziestkę "Quaranta", najwyraźniej popadł w kryzys wieku średniego i na "Stardust" nieudolnie naśladuje współczesne mainstreamowe trendy. Wciąż nie zawodzi natomiast nieznacznie od Browna starszy Billy Woods. W tym roku zachwycił już mnie autorskim albumem "GOLLIWOG", a teraz zrobił podobne wrażenie nową płytą projektu Armand Hammer, który współtworzy z Elucidem. Duetowi raperów na "Mercy", ich siódmym długograju, w roli producenta ponownie towarzyszy The Alchemist, z którym cztery lata temu nagrali dobrze przyjęty "Haram". Single zapowiadające "Mercy" nie zainteresowały mnie na tyle, bym jakoś szczególnie wyczekiwał tego albumu. Zyskują jednak jako część większej całości. To akurat jedno z tych wydawnictw, gdzie poszczególne kawałki są po prostu zbyt kró...

[Recenzja] John Zorn - "Kristallnacht" (1993)

Obraz
W nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku ksenofobiczne nastroje, celowo podsycane przez niemieckie władze, doprowadziły do pogromu ludności żydowskiej. Do wydarzeń nocy kryształowej nawiązał John Zorn na jednym ze swoich najbardziej bezkompromisowych i kontrowersyjnych wydawnictw. "Kristallnacht" - nagrany w nocy z 9 na 10 listopada 1992 roku - był dla saksofonisty swego rodzaju coming outem . Tu po raz pierwszy nie tylko ujawnił swoje żydowskie pochodzenie, ale też zainspirował się bogatą tradycją muzyczną tego kręgu kulturowego. Album otworzył drzwi do kolejnych projektów saksofonisty, silnie czerpiących z takich wpływów, by wspomnieć grupę Masada i jej kolejne iteracje, albo należący do jego najsłynniejszych wydawnictw "Bar Kokhba". Co ciekawe, John Zorn skomponował i wyprodukował materiał na "Kristallnacht", ale sam na nim nie zagrał ani dźwięku. Najwyraźniej uznał, że saksofon nie pasuje do albumu inspirowanego przedwojenną muzyką żydowską. Instrumentariu...

[Recenzja] Lô Borges - "Lô Borges" (1972)

Obraz
Z dala od medialnego szumu zmarł kolejny znakomity muzyk. Lô Borges, a właściwie Salomão Borges Filho, był jednym z najwybitniejszych brazylijskich kompozytorów muzyki pop, wokalistą i multiinstrumentalistą. Już jako nastolatek, w połowie lat 60. zainaugurował, wspólnie z Miltonem Nascimento i swoim bratem Márcio, dzialalność muzycznego kolektywu Clube da esquina, łączącego lokalną tradycję ze stylami popularnymi na tzw. Zachodzie. Do ruchu przyłączali się kolejni fantastyczni muzycy, mający odtąd współpracować ze sobą w przeróżnych konfiguracjach. A świat dowiedział się o tym zjawisku w 1972 roku, gdy ukazał się jeden z najsłynniejszych albumów z Brazylii, wymownie zatytulowany "Clube da esquina", sygnowany nazwiskami Miltona i Lô. O ile Nascimento już wówczas miał spore doświadczenie i rozpoznawalność, dla 19-letniego Borgesa był to fonograficzny debiut. Trudno się tego domyślić, słuchając jego kunsztownych kompozycji. Już w trakcie prac nad "Clube da esquina" prz...

[Recenzja] Jack DeJohnette's Directions - "Cosmic Chicken" (1975)

Obraz
Wielkim nieobecnym medialnych wspomnień zmarłych z ostatniego roku był Jack DeJohnette. Chciałbym wierzyć, że to dlatego, iż od tej śmierci minął zaledwie tydzień, więc wiadomość mogła nie dotrzeć na czas. Bardziej prawdopodobne, że to po prostu zbyt mało medialna postać, bez żadnych spektakularnych sukcesów komercyjnych i kontrowersji na koncie. DeJohnette był po prostu jazzowym bębniarzem. Jednym z najlepszych. Grać uczył się od wczesnego dzieciństwa, przy czym to wcale nie perkusja była jego pierwszym wyborem. Jako czterolatek rozpoczął naukę na fortepianie, ćwicząc klasyczny repertuar; kontynuował ją w The Music Conservatory of Chicago College of Arts. Być może właśnie to wpłynęło na wyjątkową muzykalność jego gry na bębnach. Perkusją zainteresował się jako nastolatek, po odkryciu bluesa i jazzu. Szybko zyskał uznanie na lokalnej scenie Chicago, grając w różnych składach hardbopowych i R&B. Zdarzało mu się też występować z Sun Ra i jego Arkestrą, a raz nawet zagrał kilka utworó...