Posty

Wyświetlam posty z etykietą pop rock

[Recenzja] Depeche Mode - "Memento Mori: Mexico City" (2025)

Obraz
Wydany niemal trzy lata temu album "Memento Mori" nie był to powrotem do formy z lat świetności, na co można było mieć nadzieje po pierwszych singlowych zwiastunach. Wciąż jednak jest to czołówka płyt Depeche Mode w XXI wieku. Właśnie ukazuje się suplement do tamtego wydawnictwa, zawierający przede wszystkim zapis jednego z koncertów trasy promującej ostatnią płytę. Nudny, stricte informacyjny tytuł "Memento Mori: Mexico City", podobnie jak pozbawiona inwencji okładka z koncertowym zdjęciem i bardzo zwyczajną czcionką, nie zachęcają do sięgnięcia po ten materiał. Tracklista tez z początku do tego nie skłania: to przewidywalny wybór hitów z lat 1981-2009 - dokładnie tych samych, co na wcześniejszych trasach - uzupełnionych standardowymi pięcioma kawałkami z promowanego albumu. Na koniec jest jednak wart uwagi bonus: cztery całkowicie premierowe kompozycje, studyjne odrzuty z "Memento Mori". Możliwe, że to ostatnia taka nowość Depeche Mode. Od śmierci Andrew...

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Rumours" (1977)

Obraz
Będzie trochę kontrowersyjnie. I to zarówno z perspektywy tych, którzy podzielają powszechne zachwyty nad tą płytą, jak i słuchaczy, dla których jest to już zbyt konwencjonalne, komercyjne granie. "Rumours" Fleetwood Mac to w końcu jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii fonografii. 40 milionów kupionych egzemplarzy - z czego 10 rozeszło się w czasie roku od premiery - daje mu miejsce w pierwszej dziesiątce światowych bestsellerów. Jest też obecny we wszelkich chyba rankingach płyt wszech czasów. I w swojej kategorii, w ścisłym mainstreamie późnych seventisów , jest to bardzo solidna muzyka: wyrazista kompozytorsko, profesjonalnie zagrana, a czasem zaaranżowana z prawdziwym kunsztem. Wciąż jednak nie rozumiem aż takiego hajpu  akurat na ten album, nawet w bliskim otoczeniu mający płyty ciekawsze. Poprzedni, eponimiczny "Fleetwood Mac", gdzie merkantylne pobudki nie były jeszcze tak oczywiste, czy kolejny "Tusk", próbujący otwarcie zrywać z m...

[Recenzja] Oasis - "(What's the Story) Morning Glory?" (1995)

Obraz
Gdyby wyznacznikiem jakości albumów miała być ich sprzedaż, to  "(What's the Story) Morning Glory?" jest absolutnym muzycznym topem. W samej Wielkiej Brytanii tylko dwie nieskładankowe płyty sprzedały się lepiej: "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" The Beatles (o Beatlesach jeszcze tu trochę będzie) i "21" Adele. W tyle pozostają nawet "Thriller", "Dark Side of the Moon" czy "Rumours". Światowa sprzedaż drugiego longplaya Oasis na poziomie dwudziestu dwóch milionów egzemplarzy też wskazywałaby na dzieło wybitne. Do tego dochodzi obowiązkowa obecność na najbardziej renomowanych listach płyt wszech czasów i niezliczone entuzjastyczne recenzje. W sumie nietrudno ten fenomen zrozumieć. To po prostu bardzo przystępne granie, nierzadko o natychmiast zapadających w pamięć melodiach, co samo w sobie niczego jeszcze nie gwarantuje, ale  przy sprzyjających warunkach - a zespół przecież już wcześniej zdobył ogromną popularnoś...

[Recenzja] David Gilmour - "Luck and Strange" (2024)

Obraz
Przywykliśmy, że to Roger Waters jest tym byłym muzykiem Pink Floyd z największym ego. A przy okazji tym najmniej sympatycznym, dziś już do reszty przepełnionym nienawiścią. Tę kieruje i w stronę dawnych kolegów z zespołu, i swoich fanów - np. tych wychodzących z koncertu, na którym zamiast muzyki otrzymali godzinny monolog o zwierzątkach Watersa z dzieciństwa - i w sumie do wszystkich pozostałych ludzi na świecie. Ale nie do terrorystów z Hamasu i rosyjskich zbrodniarzy, których akurat regularnie wybiela. Dla kontrastu David Gilmour był zawsze tym normalnym kolesiem, niewywyższającym się, nieszukającym kontrowersji i konfliktów. Nawet krytykę Watersa zostawia swojej żonie Polly Samson. A sam nie zapomniał o jego tegorocznych urodzinach, w ramach prezentu wyznaczając właśnie na ten dzień premierę swojego nowego albumu. Publicznie skupia się przede wszystkim na muzyce, choć potrafi też zająć słuszne stanowisko w ważnym temacie, co pokazał wsparciem Ukrainy broniącej się przed rosyjskim ...

[Recenzja] Oasis - "Definitely Maybe" (1994)

Obraz
Debiutancki album grupy Oasis w idealny wręcz sposób prezentuje, co było nie tak z rockowym mainstreamem lat 90. To przede wszystkim płyta pokazująca bardzo wsteczne myślenie o muzyce, nawet jeśli probuje to ukryć produkcją, brzmieniem i aranżacjami typowymi dla swoich czasów. "Definitely Maybe" to ewidentne naśladownictwo Beatlesów, tylko bez tych wszystkich elementów, które w 1994 roku mogłyby zostać odebrane jako archaiczne. Brak stylizacji retro to akurat pozytyw. Niestety, są to także Beatlesi okrojeni niemal ze wszystkiego, dzięki czemu ich twórczość do dziś może zachwycać nie tylko początkujących słuchaczy: postępowego podejścia, w tym niekonwencjonalnych rozwiązań w zakresie harmonii, formy utworów czy instrumentarium, a także różnorodnego repertuaru tudzież umiejętności dopasowania formy do treści. Na "Definitely Maybe" zespół korzysta z bardzo ograniczonych środków wyrazu. Instrumentarium sprowadza się do gitar, basu i bębnów, ze skromnym dodatkiem pianina...

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Tango in the Night" (1987)

Obraz
Przy tylu milionach na koncie, jakie przyniosły muzykom poprzednie płyty i trasy koncertowe, mogliby pozwolić sobie na bardziej oryginalną okładkę, zamiast tak ordynarnie splagiatować pracę XIX-wiecznego francuskiego malarza naiwnego, Henriego Rousseau. Nawet nie wymieniono go w opisie albumu. Można by to jeszcze bronić, gdyby chodziło jedynie o nawiązanie do stylu Francuza, ale tu praktycznie skopiowano całą kompozycję konkretnego obrazu, "Zaklinaczka węży", choć akurat tytułową postać zdecydowano się pominąć. Oryginał był już zresztą wcześniej wielokrotnie wykorzystywany na niezliczonych wydawnictwach z muzyką klasyczną czy też chociażby na znakomitym longplayu "Mais On Ne Peut Pas Rêver Tout Le Temps" Laurenta Thibault: Muzycznie "Tango in the Night" również nie jest najbardziej oryginalnym albumem na świecie, choć wprowadza parę nowych elementów do twórczości Fleetwood Mac. Najprościej byłoby określić tę muzykę jako połączenie granego przez grupę w pop...

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Tusk" (1979)

Obraz
Po ogromnym sukcesie albumu "Rumours" - dziesięć milionów sprzedanych egzemplarzy tylko w pierwszym roku od premiery - muzycy Fleetwood Mac dostali od wytwórni całkowitą swobodę i nieograniczone środki finansowe. Zespół bynajmniej nie zamierzał oszczędzać. Nagrania na kolejny w dyskografii, dwupłytowego "Tusk" kosztowały blisko półtora miliona dolarów. Dziś, po uwzględnieniu inflacji, to równowartość około siedmiu milionów dolarów lub trzydziestu milionów złotych. Był to najdroższy album muzyczny, jaki do tamtej pory nagrano - obecnie znajduje się już zaledwie  na początku trzeciej dziesiątki najdroższych. Znaczną część budżetu pochłonęła budowa własnego studia nagraniowego. Pomimo takiego udogodnienia, Lindsay Buckingham zdecydował się nagrać część własnych kompozycji w swoim znacznie słabiej wyposażonym studiu domowym. Różnice między tymi utworami, a resztą materiału, są ewidentne. John McVie przyznawał zresztą, że "Tusk" brzmi jak zbiór nagrań trójki so...

[Recenzja] Steven Wilson - "The Harmony Codex" (2023)

Obraz
Steven Wilson w typowy dla siebie, samochwalczy sposób zapowiadał album bardziej epicki i bezkompromisowy (…), złożony i nieprzewidywalny . Jeśli jednak za punkt odniesienia wziąć jego ostatnie dokonania, a nie ogół muzyki, to byłbym nawet skłonny się zgodzić z takim opisem "The Harmony Codex". Przez ostatnią dekadę Stefan przeszedł od retro-progowego epigoństwa, przez nieudolne próby zbliżenia się do artystycznego popu lat 80., po zachowawczy powrót z Porcupine Tree, sprawiający wrażenie zlepku odrzutów po poprzednich albumach grupy. Tym razem zdaje się czerpać ze wszystkich tych doświadczeń, ale w jakby mniej anachroniczny sposób i chyba nawet - czego zupełnie się po nim nie spodziewałem - wyciągając pewne wnioski z dotychczas popełnianych błędów. Czy jest to zatem jego najlepsza płyta z siedmiu wydanych dotąd pod własnym nazwiskiem? Całkiem możliwe. Czytaj też:  [Recenzja] Porcupine Tree - "Closure / Continuation" (2022) "The Harmony Codex" to kolejny p...

[Recenzja] U2 - "The Joshua Tree" (1987)

Obraz
Nadal nie znalazłem tego, czego szukam - śpiewa Bono w refrenie jednego z największych przebojów z tej płyty i całej kariery U2. Ale to właśnie na "The Joshua Tree" zespół znalazł to, czego najpewniej zawsze szukał - sposobu na sprzedaż płyt w wielomilionowych nakładach. To ten album okazał się pierwszym tak ogromnym sukcesem irlandzkiego kwartetu, okupując szczyt notowań niemal całej cywilizowanej części ówczesnego świata, w tym tych najważniejszych rynków zbytu. Muzycy - po raz drugi wsparci przez Briana Eno oraz Daniela Lanois - nie dokonali tu jednak żadnej rewolucji w swoim stylu. Ta płyta to raczej efekt konsekwentnego, stopniowego oddalania się od punkowych korzeni, tym razem już niekoniecznie w stronę nieco bardziej wyrafinowanego grania - jak jeszcze na poprzednim w dyskografii "The Unforgettable Fire" - a raczej w kierunku popowego mainstreamu, choć także z wpływami amerykańskich tradycji muzycznych, słyszalnych szczególnie w drugiej połowie longplaya. Ju...

[Recenzja] U2 - "The Unforgettable Fire" (1984)

Obraz
Nie taki znów niezapomniany ten "The Unforgettable Fire". Wydany pomiędzy bardziej popularnymi "War" i "The Joshua Tree", jest postrzegany raczej jako przejściowy etap pomiędzy tym wczesnym, post-punkowym U2, a tym już stricte popowym, nie zaś jako pełnowartościowy album. Jednak właśnie w tym połączeniu dwóch oblicz zespołu, choć nie tylko w tym, tkwi siła tego wydawnictwa. Bez wątpienia zespół dokonał tu wyraźnego postępu względem poprzednich płyt. Muzycy nie chcieli nagrywać kolejnego "War", lecz spróbować czegoś nowego. W tym celu zaczęli rozglądać się za nowym producentem. Pod uwagę brali m.in. Conny'ego Planka, znanego ze współpracy z Kraftwerk, Neu! i innymi grupami krautrockowymi, ale też Rhetta Daviesa, który przyczynił się do sukcesów Roxy Music. Ostatecznie stanęło jednak na Brianie Eno, którego kwartet podziwiał zarówno za własne dokonania ambientowe, jak i jego wkład w płyty Talking Heads. Takiemu wyborowi sprzeciwiali się przedst...

[Recenzja] U2 - "War" (1983)

Obraz
Zastanawiałem się niedawno, czemu właściwie nie przepadem za U2. Docenił ich przecież nawet sam Brian Eno, nawiązując z irlandzkim zespołem współpracę jako producent. Wróciłem najpierw do "The Unforgettable Fire", pierwszego albumu grupy z pomocą Eno, a następnie do poprzedzającego go bezpośrednio "War" i wychodzi na to, że najbardziej nie pasuje mi Bono. Nie chodzi bynajmniej o jego politykowanie, ani nawet hipokryzję, bo to kwestie niemające przecież przełożenia na muzykę. Problem tkwi w tym, jak bardzo stara się zdominować te nagrania swoim śpiewem, nierzadko wpadając przy tym w strasznie melodramatyczną, wręcz histeryczną manierę. Często nawet wtedy, gdy nie ma nic do zaśpiewania, dorzuca jakieś zbyteczne wokalizy czy pokrzykiwania. Może to wycie nie przeszkadzałoby mi to tak bardzo, gdyby jego głos nie był tak strasznie przeciętny. Warstwa instrumentalna prezentuje się znacznie lepiej, przynajmniej na dwóch wspomnianych albumach. "War" to pierwsze ist...

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1975)

Obraz
Przez długi czas jedynym Fleetwood Mac, jaki uznawałem był ten bluesowy, dowodzony przez Petera Greena. Po niedawnej śmierci Christine McVie - pianistki i wokalistki współpracującej z zespołem niemal od samego początku oraz jego oficjalej członkini od czasu odejścia Greena - postanowiłem dać jeszcze jedną szansę dokonaniom z czasów, gdy grupa stała się jednym z najlepiej sprzedających się twórców. Ten komercyjny przełom nastąpił równo w połowie lat 70., wraz z eponimicznym albumem, czasem określanym jako biały . Fleetwood Mac miał już jedną tak zatytułowaną płytę - swój debiut z 1968 roku, dziś lepiej znany jako "Peter Green's Fleetwood Mac". Bardzo wymowne, jakby muzycy jasno dawali do zrozumienia, że to nowy początek. I w pewnym sensie tak właśnie było. Po kilku latach zagubienia, kiedy Christine, John McVie i Mick Fleetwood z różnymi muzykami próbowali bez powodzenia znaleźć swoje miejsce na muzycznej scenie, w końcu udało im się trafić na tych właściwych współpracowni...

[Recenzja] The Police - "Outlandos D'Amour" (1978)

Obraz
Dość szerokim echem odbił się niedawny występ Stinga w Polsce. Nie tylko za sprawą fatalnego nagłośnienia, z którego Stadion Narodowy słynie, a przede wszystkim tłumaczonego przez Macieja Stuhra monologu o obronie demokracji. W sumie słusznego, potrzebnego - i w kontekście naszego kraju, i wspomnianej przez muzyka sytuacji w Ukrainie - ale pełnego truizmów, zaś pozbawionego konkretów. Można też wątpić w szczerość Gordona Sumnera, który sam jeszcze niedawno - a już po aneksji Krymu - grywał prywatne koncerty dla rosyjskich oligarchów. I dopiero wybuch wojny na pełną skalę przekonał go do ogłoszenia, że koniec z takimi przedsięwzięciami. Chociaż tyle. Mógłby przecież wzorem Rogera Watersa, a wcześniej papy Franka, być pożytecznym idiotą i bezmyślnie powtarzać kremlowską propagandę, zrzucając winę za rosyjskie zbrodnie na Stany Zjednoczone. Sting wprawdzie późno i w banalny sposób, ale jednak zdecydowanie wybrał słuszną drogę. I jest w tym, póki co, konsekwentny, o czym świadczy nieco wcz...