Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2024

[Zapowiedź] Premiery płytowe październik 2024

Obraz
Już nie mogę się doczekać tego nowego albumu Erica Claptona. A szczególnie kawałków z udzialem Vana Morrisona. Do tej współpracy podstarzałych rockmanów po prostu musiało dojść - we dwóch było im z pewnością raźniej buntować się przeciwko zapobieganiu rozprzestrzeniania się choroby, przez którą na świecie zmarło ponad cztery miliony osób. Jest wśród nich nawet nowa wersja antyszczepionkowego hymnu "This Has Gotta Stop", pierwotnie nagranego przez samego Claptona, który nigdy wcześniej nie miał żadnego problemu, by szprycować się czym popadnie. A zupełnie serio, październik zapowiada się na najlepszy tegoroczny miesiąc pod względem premier. Poniższa lista z pewnością nie jest kompletna, a i tak robi wrażenie. W końcu naprawdę będzie z czego wybierać do płyt tygodnia, z czym w ostatnich 3-4 miesiącach miałem spory problem. Żeby nie być gołosłownym, to nowe płyty wydają m.in. Anna Webber z Mattem Mitchellem, Błoto, Darius Jones, Geordie Greep (ex-black midi), Godspeed You! Black...

[Recenzja] Sparks - "Propaganda" (1974)

Obraz
To niemal niewiarygodne, by w odstępie zaledwie sześciu miesięcy wydać swoje dwa największe, artystycznie i komercyjnie, albumy. Tak jednak stało się w przypadku grupy Sparks, której "Propaganda" ukazała się jeszcze w tym samym roku kalendarzowym, co "Kimono My House". Tym razem znów udało się przebić do brytyjskiego Top 10, choć ostatecznie płyta pokryła się tylko srebrem, a nie złotem, jak poprzednia. W Stanach sukces był bardziej umiarkowany, choć 63. miejsce to i tak największe tam osiągnięcie zespołu braci Mael. Może udałoby się zajść nieco wyżej, gdyby amerykański wydawca bardziej postarał się z singlami i zamiast wypuszczać na małej płytce przegięte "Achoo", wybrałby nieco normalniejsze "Never Turn Your Back on Mother Earth" oraz "Something for the Girl with Everything", które były przebojami po drugiej stronie Atlantyku. Muzycznie "Propaganda" nie różni się wiele od "Kimono My House". Tym razem Sparks nie wy...

[Recenzja] Rava - "Katcharpari" (1973)

Obraz
Nie będzie chyba przesady w nazwaniu Enrico Ravy najsłynniejszym włoskim trębaczem jazzowym. Wprawdzie zaczynał od grania na puzonie, jednak pod wpływem Milesa Davisa przerzucił się właśnie na trąbkę. Paradoksalnie Rava na początku swojej profesjonalnej kariery był ściśle związany z nurtem, którego Davis szczerze nie znosił: free jazzem. Pod koniec lat 60. Włoch grywał jako sideman w grupach Steve'a Lacy'ego czy Manfreda Schoofa; tego drugiego wspomógł na "European Echoes", jednej z najważniejszych płyt europejskiej muzyki improwizowanej. Wraz z początkiem kolejnej dekady przeniosł się jednak do Stanów, gdzie z jednej strony wsparł Carlę Bley na jej monumentalnym dziele "Escalator Over the Hill", a z drugiej - współtworzył jazz-rockowy Gas Mask, naśladujący grupy w rodzaju Chicago czy Blood, Sweet & Tears. To w tamtym okresie jego muzyczne zainteresowania przeniosły się z jazzu free na fusion. Właśnie w takim kierunku podążył na swoich pierwszych płytach...

[Recenzja] God - "Possession" (1992)

Obraz
Cykl "Ciężkie poniedziałki" S02E08 Debiutancki album God to niewątpliwie ciężkie granie, ale jaki to właściwie styl? Mieszają się tu doświadczenia wszystkich zaangażowanych muzyków, a te były bardzo rozległe. Najbardziej z nich znany gitarzysta Justin Broadrick to frontman industrial-metalowego Godflesh. Wspólnie z liderem God, śpiewającym saksofonistą Kevinem Martinem, współtworzył też industrialno-hip-hopowy duet Techno Animal, a z basistą Dave'em Cochrane'em grał na pograniczu industrialu i noise rocka w Head of David. W podobnych klimatach obracali się również perkusiści Lou Ciccotelli i Scott Kiehl, wywodzący się z grupy Slab. Całkiem inne wpływy wnieśli natomiast saksofonista Steve Blake i kontrabasista John Edwards z avant-jazzowego B-Shops for the Poor, a także kolejny saksofonista, Tim Hodgkinson, który współtworzył avant-progowy Henry Cow. Dodatkowo w kilku nagraniach udziela się John Zorn, współodpowiedzialny też za zmiksowanie całości. Pomimo tych różnorod...

[Recenzja] DJ Shadow - "Endtroducing....." (1996)

Obraz
Dość powszechne wydaje się przekonanie, że hip-hop to przede wszystkim warstwa wokalna - że liczą się przede wszystkim teksty, a cała reszta to w sumie mały istotny dodatek. Dobrze, że nie wiedział o tym Joshua Paul Davis, profesjonalnie DJ Shadow, gdy postanowił tworzyć hip-hop instrumentalny. Nie był bynajmniej pierwszy. Zdarzały się już wcześniej tego typu kawałki, jednak nie cieszyły się większym zainteresowaniem. Chyba, że liczyć "Rockit" Herbiego Hancocka, którego popularność przetarła szlak dla takiej muzyki. Jednak dopiero " Endtroducing.....", debiutancki album Davisa, udowodnił, że może to być coś więcej niż ciekawostka - pełnowartościowa stylistyka.  Przed rozpoczęciem prac nad tym materiałem DJ Shadow zgromadził imponującą kolekcję winyli. Dzień w dzień przesiadywał w swoim ulubionym sklepie muzycznym w Sacramento, Rare Records - tam zresztą wykonano zdjęcie z okładki " Endtroducing....." - poszukując kolejnych okazów, nie ograniczając się przy...

[Recenzja] Neil Young - "Harvest Moon" (1992)

Obraz
Powrót do czadowego grania razem z Crazy Horse był dla Neila Younga niewątpliwym sukcesem - jednocześnie odzyskał zaufanie dawnych wielbicieli, jak i trafił do młodszego pokolenia, zasłuchanego w jego naśladowcach. Artysta przepłacił to jednak pogorszeniem słuchu i szumami usznymi. Postanowił więc, że następca "Ragged Glory" będzie płytą bardziej subtelną, opartą niemal wyłącznie na brzmieniach akustycznych. A skoro udał się powrót z Crazy Horse, to czemu by nie zebrać ponownie innego starego składu, np. The Stray Gators? Ten efemeryczny zespół towarzyszył Youngowi jedynie na kultowym "Harvest" oraz promujących go koncertach. Zainteresowanie nagraniem kolejnego albumu okazali Ben Keith, Tim Drummond i Kenny Buttrey, a Spooner Oldham zajął miejsce Jacka Nitzsche, choć ten ostatni też miał pewien wkład w płytę. Dodatkowo gościnne występy powtórzyli Linda Ronstadt i James Taylor. A że nagrania rozpoczęły się we wrześniu, był niezły pretekst, by albumowi nadać wymowny t...

[Recenzja] David Gilmour - "Luck and Strange" (2024)

Obraz
Przywykliśmy, że to Roger Waters jest tym byłym muzykiem Pink Floyd z największym ego. A przy okazji tym najmniej sympatycznym, dziś już do reszty przepełnionym nienawiścią. Tę kieruje i w stronę dawnych kolegów z zespołu, i swoich fanów - np. tych wychodzących z koncertu, na którym zamiast muzyki otrzymali godzinny monolog o zwierzątkach Watersa z dzieciństwa - i w sumie do wszystkich pozostałych ludzi na świecie. Ale nie do terrorystów z Hamasu i rosyjskich zbrodniarzy, których akurat regularnie wybiela. Dla kontrastu David Gilmour był zawsze tym normalnym kolesiem, niewywyższającym się, nieszukającym kontrowersji i konfliktów. Nawet krytykę Watersa zostawia swojej żonie Polly Samson. A sam nie zapomniał o jego tegorocznych urodzinach, w ramach prezentu wyznaczając właśnie na ten dzień premierę swojego nowego albumu. Publicznie skupia się przede wszystkim na muzyce, choć potrafi też zająć słuszne stanowisko w ważnym temacie, co pokazał wsparciem Ukrainy broniącej się przed rosyjskim ...

[Recenzja] Stevie Wonder - "Fulfillingness' First Finale" (1974)

Obraz
Czwarty z serii pięciu klasycznych, wydanych pod rząd albumów Steviego Wondera jest tym najbardziej osobistym. Z pewnością nie powstała by taka płyta - a mogła przecież nie powstać w ogóle - gdyby nie poważny wypadek, jakiemu uległ artysta. W sierpniu 1973 roku, tuż po premierze "Innervisions", samochód, którym muzyk wracał z koncertu, uderzył w gwałtownie hamującą ciężarówkę z drewnem. Jedna z kłód przebiła szybę, uderzając Wondera, który w wyniku obrażeń zapadł w 10-dniową śpiączkę. Powrót do pełnej sprawności i do muzyki zajął mu, oczywiście, nieco dłużej. Przez pewien czas w ogóle obawiał się dotknąć przyniesionego do szpitala klawinetu, z obawy, że po wypadku nie będzie już w stanie grać jak wcześniej. A jednak w ciągu niespełna roku udało mu się napisać i zarejestrować materiał na  "Fulfillingness' First Finale". Tym razem Stevie Wonder w swoich tekstach zdecydowanie mniej miejsca poświęca sprawom społecznym, a więcej tym osobistym oraz refleksjom na temat...

[Recenzja] Hera & Hamid Drake - "Seven Lines" (2013)

Obraz
Fascynacja Wacława Zimpla kulturą Japonii ujawniła się na długo przed tegorocznym albumem "Japanese Journal Vol.1". A konkretnie jedenaście lat temu w utworze "Roofs of Kyoto" z trzeciego - i ostatniego - albumu Hery, "Seven Lines". Płyta została zresztą zarejestrowana w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Na żywo, podczas koncertu w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej w listopadzie 2012 roku. Chociaż zespół w zasadzie supportował wówczas trio Hamida Drake'a, Kena Vandermarka i Kenta Kesslera, to sam dał długi, ponad półtoragodzinny występ. Całości nie udało się zmieścić na pojedynczym kompakcie, więc zdecydowani się na kontrowersyjne rozwiązanie - pominięcie jednego utworu pominięto. Materiał nie był wznawiany od czasu pierwszego wydania z 2013 roku, ale jego nakład jeszcze się nie rozszedł i bez problemu można dostać nowy egzemplarz.  "Seven Lines" to Hera w swojej najbardziej potężnej formie. Do podstawowego...

[Recenzja] Oasis - "Definitely Maybe" (1994)

Obraz
Debiutancki album grupy Oasis w idealny wręcz sposób prezentuje, co było nie tak z rockowym mainstreamem lat 90. To przede wszystkim płyta pokazująca bardzo wsteczne myślenie o muzyce, nawet jeśli probuje to ukryć produkcją, brzmieniem i aranżacjami typowymi dla swoich czasów. "Definitely Maybe" to ewidentne naśladownictwo Beatlesów, tylko bez tych wszystkich elementów, które w 1994 roku mogłyby zostać odebrane jako archaiczne. Brak stylizacji retro to akurat pozytyw. Niestety, są to także Beatlesi okrojeni niemal ze wszystkiego, dzięki czemu ich twórczość do dziś może zachwycać nie tylko początkujących słuchaczy: postępowego podejścia, w tym niekonwencjonalnych rozwiązań w zakresie harmonii, formy utworów czy instrumentarium, a także różnorodnego repertuaru tudzież umiejętności dopasowania formy do treści. Na "Definitely Maybe" zespół korzysta z bardzo ograniczonych środków wyrazu. Instrumentarium sprowadza się do gitar, basu i bębnów, ze skromnym dodatkiem pianina...

[Recenzja] Nala Sinephro - "Endlessness" (2024)

Obraz
Płyta tygodnia 2.09-8.09 Nala Sinephro zwróciła na siebie uwagę mediów muzycznych przed trzema laty. Wydany wówczas debiutancki album "Space 1.8" spotkał się z całkiem dobrym przyjęciem krytyki, a nawet odniósł pewien sukces komercyjny. Ten zresztą pewnie mógłby być nawet większy, gdyby nie problemy z dostępnością płyty - decydenci z Warp Records zdecydowanie nie doszacowali potencjału materiału stworzonego przez młodą belgijską - choć mającą karaibskie korzenie, a działającą głównie w Londynie - artystkę. Medytacyjna muzyka Sinephro, grającej zresztą na klawiszach i harfie, musiała być chętnie porównywana z twórczością Alice Coltrane. Sam zresztą nie uniknąłem tego w recenzji "Space 1.8". W przypadku płyty numer dwa, właśnie wydanego "Endlessness", takich skojarzeń znów trudno się wyzbyć. Nic nie zmieniło się pod względem klimatu, trochę kosmicznego , trochę uduchowionego .  W dodatku pojawia się tu orkiestra, co jeszcze bardziej zbliża Sinephro do Coltra...

[Recenzja] Wendy Carlos - "Beauty in the Beast" (1986)

Obraz
Wendy Carlos najpewniej znasz ze ścieżek dźwiękowych filmów Kubricka. Jej syntezatorowe utwory pojawiły się zarówno w "Mechanicznej pomarańczy", obok dokonań barokowych kompozytorów, jak i na soundtracku "Lśnienia", sąsiadując tam z dziełami Bartóka, Ligetiego oraz Pendereckiego. Carlos to formalnie wykształcona kompozytorka i fizyczka, co również ma istotne znaczenie w kontekście jej twórczości. W latach 60. blisko współpracowała z Robertem Moogiem, który skorzystał z wielu jej sugestii podczas prac nad modularnymi syntezatorami. To właśnie przy pomocy tych urządzeń Wendy stworzyła swój debiutancki album "Switched-On Bach" z 1968 roku, zawierający futurystyczne, jak na tamte czasy, interpretacje utworów niemieckiego kompozytora. Płyta wzbudziła wówczas duże zainteresowanie, lecz dziś ta muzyka brzmi mocno przestarzale, jak relikt minionej epoki.  Podobnej dezaktualizacji uniknął natomiast recenzowany album. "Beauty in the Beast", składający się ...

[Recenzja] Joni Mitchell - "For the Roses" (1972)

Obraz
W dyskografii Joni Mitchell "For the Roses" położony jest dość niefortunnie. Tuż po "Blue" i zaraz przed "Court and Spark" - albumami, którym przeważnie poświęca się znacznie więcej uwagi. Piąte autorskie dzieło Kanadyjki może przez to wydawać się mniej istotne. A tymczasem to właśnie tutaj po raz pierwszy ujawniła się jej fascynacja jazzem. Nie znaczy to bynajmniej, że artystka nagle zaczęła konkurować z Milesem Davisem czy Charlesem Mingusem. Ten album to wciąż przede wszystkim granie folkowe. Nierzadko jednak pojawiają się tu subtelne wpływy innych gatunków, wzbogacające muzykę Mitchell, ale jeszcze nie na zasadzie jakiejś drastycznej zmiany stylu. Jazz jest tu obecny przede wszystkim za sprawą udziału w nagraniach takich muzyków, jak grający na różnych dęciakach Tom Scott czy basista Wilton Felder. Egzemplifikacją tego są przede wszystkim solówki Scotta na saksofonie sopranowym w jazzująco-bluesowym "Cold Blue Steel and Sweet Fire" oraz przep...