Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2025

[Zapowiedź] Premiery płytowe lutego 2025

Obraz
W lutym najbardziej czekam na "Cowards" Squid. Choć tym razem bardziej z obawą niż pewnością, że zespół utrzyma dotychczasowy poziom. Singlowe zapowiedzi nie zrobiły na mnie wrażenia; nie słuchałem ich w zapętleniu, jak tych z "Bright Green Field" i "O Monolith". Zamiast kolejnego kroku do przodu słychać raczej powrót do grania z debiutu, tylko na poziomie jego wypełniaczy. Jednak nawet jeśli Squid rozczaruje, to wynagrodzić mogą to inne potencjalnie ciekawe premiery, w tym nowe albumy Keleli, Orena Ambarchiego, Tima Heckera, Darkside czy Steve'a Lehmana grającego Anthony'ego Braxtona. Muzyczne premiery lutego 2025: 1 lutego: Les Rallizes Dénudés - 屋根裏 YaneUra Sept. '80 [archiwalia] 2 lutego: Kenny Segal - Kenstrumentals Vol. 5: Winter Tours La BOA / Tony Allen - LA BOA Meets Tony Allen [archiwalia] 5 lutego: Janusz Wawrowski [kompozytor: Grażyna Bacewicz] - Bacewicz: Violin Odyssey, Vol. 1 Knower -  Some Thingies EP Roedelius, Onnen Bock, Y...

[Recenzja] Harri Kuusijärvi - "Aallot" (2025)

Obraz
W przeszłości zdarzało mi się mieć pewne uprzedzenia w stosunku do muzyki, np. poszczególnych instrumentów. Jako początkujący słuchać stroniłem od utworów bez gitary lub tych z dęciakami. Dopiero z czasem zrozumiałem - coś jakże oczywistego - że z każdego instrumentu można, przy pomocy wyobraźni, umiejętności lub pomocy technologii, wydobyć coś pięknego. I na odwrót: gdy brakuje kreatywności i zdolności, nawet brzmienie ulubionego instrumentu nie uratuje takiego nagrania. Sam do dziś nie jestem miłośnikiem akordeonu, choć doceniam chociażby partie Larsa Hollmera na płytach Samla Mammas Manna. A niedawno wydany album "Aallot" fińskiego akordeonisty Harriego Kuusijärvi uświadomił mi, że nawet płyta z dominującą rolą tego instrumentu może być niezwykle intrygującym dziełem. Harri Kuusijärvi to doświadczony muzyk, nagrywający w tak różnych stylach, jak tango, jazz czy avant-prog. Dotąd jednak, grając w różnych zespołach, ze względu na specyfikę akordeonu, używał go raczej jako sp...

[Recenzja] FKA twigs - "Eusexua" (2025)

Obraz
Płyta tygodnia 20.01-26.01 Rynek fonograficzny dopiero w tym tygodniu zaczyna się naprawdę rozkręcać po świątecznej przerwie. I od razu uderza z naprawdę mocną premierą. "Eusexua", trzeci album brytyjskiej wokalistki Tahliah Debrett Barnett - profesjonalnie działającej jako FKA twigs - to przedziwna hybryda współczesnego mainstreamu i bardziej ambitnego podejścia. Sięgając tym razem po inspiracje przede wszystkim do muzyki klubowej z lat 90,, ale przetwarzając je obecną technologią, artystka dowiozła całkiem inkluzywny materiał, który mogą docenić nie tylko wielbiciele dzisiejszego popu, ale też słuchacze o większych wymaganiach. "Eusexua" to pierwszy regularny album twigs od czasu udanego, wpisującego się w estetykę art popu "Magdalene" sprzed ponad pięciu lat. W międzyczasie ukazał się jednak jeszcze klasyfikowany jako mixtape "Caprisongs", przygotowany z udziałem plejady słynnych gości i na tyle zachowawczy muzycznie, że łatwo odebrać go jako ...

[Recenzja] Bob Dylan - "Slow Train Coming" (1979)

Obraz
Jeszcze nie widziałem tej filmowej biografii Boba Dylana, "Kompletnie nieznany", ale ta premiera to dobry moment, by dokończyć przegląd jego twórczości. Kilka lat temu zatrzymałem się na recenzji "Desire", chyba ostatnim albumie tego muzyka, jaki spotkał się z przeważająco pozytywnym odbiorem. "Slow Train Coming" rozpoczął z kolei najbardziej kontrowersyjny okres działalności Dylana, który po szalonej trasie Rolling Thunder Revue - wspominałem o niej niedawno w kontekście udziału grającej supporty Joni Mitchell - niespodziewanie dokonał konwersji na chrześcijaństwo i, jak przystało na neofitę, zaczął pisać mocno ewangelizujące teksty. Spora część krytyków oraz słuchaczy podeszła do tego z pewnym, eufemistycznie mówiąc, dystansem. Choć nie brakowało też głosów, że warstwa liryczna, pomimo kaznodziejskiego tonu, trzyma wcześniejszy poziom. Muzycznie "Slow Train Coming" to powrót do formy po mniej wyrazistym kompozytorsko, a zbyt wygładzonym, ugrzec...

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Rumours" (1977)

Obraz
Będzie trochę kontrowersyjnie. I to zarówno z perspektywy tych, którzy podzielają powszechne zachwyty nad tą płytą, jak i słuchaczy, dla których jest to już zbyt konwencjonalne, komercyjne granie. "Rumours" Fleetwood Mac to w końcu jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii fonografii. 40 milionów kupionych egzemplarzy - z czego 10 rozeszło się w czasie roku od premiery - daje mu miejsce w pierwszej dziesiątce światowych bestsellerów. Jest też obecny we wszelkich chyba rankingach płyt wszech czasów. I w swojej kategorii, w ścisłym mainstreamie późnych seventisów , jest to bardzo solidna muzyka: wyrazista kompozytorsko, profesjonalnie zagrana, a czasem zaaranżowana z prawdziwym kunsztem. Wciąż jednak nie rozumiem aż takiego hajpu  akurat na ten album, nawet w bliskim otoczeniu mający płyty ciekawsze. Poprzedni, eponimiczny "Fleetwood Mac", gdzie merkantylne pobudki nie były jeszcze tak oczywiste, czy kolejny "Tusk", próbujący otwarcie zrywać z m...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Hejira" (1976)

Obraz
"Hejira" to album o ucieczce i samotności. Joni Mitchell uciekała od kolejnych związków, tych efemerycznych i tych poważniejszych, jak z Johnem Guerinem, ale też od kokainowego nałogu. Cały materiał został ponoć skomponowany w drodze, zarówno podczas własnej trasy promującej album "The Hissing of Summer Lawns", jak i supportu Boba Dylana w ramach wielkiego przedsięwzięcia Rolling Thunder Revue. Stworzone w ten sposób utwory okazały się najbardziej osobistymi w jej karierze. Jak sama twierdziła, wcześniejsze kompozycje mógł napisać ktokolwiek, ale te - wyłącznie ona. Szukając odpowiedniego tytułu dla tego zestawu, trafiła na arabskie słowo hidżra , oznaczające ucieczkę, wędrówkę lub zerwanie stosunków, najczęściej kojarzone z ucieczką Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny. Przy czym poprawna angielska transliteracja tego słowa to Hijrah albo Hegira . Rozpoczynając nagrania na album Mitchell doszła do wniosku, że nie chce już korzystać ze wsparcia muzyków ses...

[Recenzja] Sparks - "Indiscreet" (1975)

Obraz
Po wydaniu dwóch znakomitych, ale bardzo do siebie podobnych albumów, "Kimono My House" i "Propaganda", zarządzający grupą Sparks bracia Mael postanowili zrobić coś nieco innego. W składzie uboższym o jednego z gitarzystów, ale za to z nowym, doświadczonym producentem Tonym Viscontim - mającym już za sobą współpracę z Davidem Bowie, T.Rex, a nawet Gentle Giant - nagrali bardziej eklektyczny album. "Indiscreet" zdradza przede wszystkim inspiracje staromodnymi stylami, jak swing, jazz bigbandowy, wodewil czy kabaret, ale pewną rolę odgrywają też wpływy muzyki klasycznej. Nie trudno uniknąć skojarzeń z wydanym zaledwie miesiąc później "A Night at the Opera" Queen. Sparks jest jednak w swoim eklektyzmie bardziej konsekwentny i spójny, gdyż poszczególne utwory bez wyjątku łączy ta charakterystyczna dla grupy dziwność oraz permanentny brak powagi. Na "Indiscreet" zachowane zostały te najbardziej idiomatyczne cechy stylu Sparks: świadome balan...

[Recenzja] Miles Davis - "Birth of the Blue" (2024)

Obraz
Zanim wczesną wiosną 1959 roku sekstet Milesa Davisa wszedł do studia, by zarejestrować materiał na jeden z najistotniejszych albumów w historii fonografii - "Kind of Blue", muzycy mieli już za jedną, dziś nieco zapomnianą sesję nagraniową. Niespełna rok wcześniej, 26 maja 1958 roku - dokładnie w 32. urodziny lidera - trębacz w towarzystwie saksofonistów Johna Coltrane'a i Cannonballa Adderleya, pianisty Billa Evansa, basisty Paula Chambersa oraz perkusisty Jimmy'ego Cobba, wszedł do nowojorskiego studia Columbii przy 30. ulicy. Efektem były cztery nagrania, które pod koniec ubiegłego roku w końcu doczekały się wydania jako osobne wydawnictwo - limitowane w edycjach fizycznych, ale udostępnione też w streamingu - "Birth of the Blue". Tytuł nawiązuje zarówno do słynnego "Birth of the Cool", jak i faktu, że właśnie podczas tej sesji narodził się skład z jeszcze słynniejszego "Kind of Blue". Świetna jest też nawiązująca do epoki okładka. Nie...

[Artykuł] Podsumowanie roku 2024

Obraz
Rok 2024 to dla mnie ponad 300 przesłuchanych nowości (i archiwaliów), z czego dokładnie 60 doczekało się na stronie omówienia w postaci recenzji. To porównywalne liczby do poprzednich lat obecnej dekady. Stąd też z pewnym przekonaniem mogę stwierdzić, że rok ten był trochę mniej ekscytujący pod względem muzycznych premier. Nie brakowało jednak albumów, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, a do wielu z nich chętnie wracałem i wciąż mam na to ochotę. Właśnie taki subiektywny odbiór zadecydował o wyborze oraz kolejności płyt na poniższej liście. Nie kierowałem się popularnością poszczególnych tytułów, ani nie próbowałem zrobić zobiektywizowanego przeglądu najważniejszych wydarzeń 2024 roku. Więcej dowiecie się tu zatem o moich muzycznych upodobaniach, niż o tym, jaki faktycznie był ten rok w muzyce. Rozrzut stylistyczny jest jednak tak szeroki, że prawie każdy powinien znaleźć wśród tych pozycji coś dla siebie. Oprócz lakonicznych opisów wstawiłem też linki do recenzji oraz odsłuchó...