[Recenzja] Yes - "Aurora" (2026)

Centralnym punktem nowego albumu neo-Yes jest czternastominutowy "Countermovement" - utwór w dość naiwnych słowach przestrzegający przed faktycznymi problemami spowodowanymi pojawieniem się sztucznej inteligencji. Zresztą w kawałku kończącym podstawową część materiału - choć każde wydanie oraz streaming zawierają jeszcze dwa bonusy - muzycy oddają hołd emocjonalnej inteligencji. Odważnie jak na zespół od lat wydający płyty, które równie dobrze mogłyby zostać wygenerowane. I to przez model uczenia maszynowego wytrenowany wyłącznie na tych nowszych dokonaniach Yes. Od dawna instrumentaliści - w tym najdłuższy stażem Steve Howe, choć nawet on nie był w zespole od samego początku - wciąż tylko powielają te same klisze, a jedynym zadaniem Jona Davisona jako wokalisty jest jak najwierniejsze imitowanie Jona Andersona.
W swojej krytyce wspomnianej technologii muzycy są zresztą hipokrytami, bo ewidentnie skorzystali z niej w teledysku do tytułowego kawałka "Aurora". Nie są zresztą jedynymi dinozaurami rocka prezentującymi taką postawę. Brendan Perry z Dead Can Dance publikował długie oświadczenia, że jego nowe nagrania nie trafią do serwisów streamingowych z powodu obecności na nich śmieci generowanych przez AI, co zmniejsza zarobki prawdziwych wykonawców. Dosłownie w tym samym momencie umieszczał w sieci nowe kawałki z okładkami ewidentnie wygenerowanymi. Czyli AI złe, jak odbiera zyski popularnym muzykom, ale gdy Perry'emu czy muzykom Yes przynosi oszczędności, a grafikom odbiera pracę, to już jest spoko. Przynajmniej Roger Dean nie stracił swojego głównego klienta i zlecono mu przygotowanie okładki "Aurora". Zgodnie z wieloletnią tradycją to najlepszy element tego wydawnictwa. Choć fakt, że te tworzone przez Deana mistyczne krainy też stały się mocno powtarzalne. Tu przynajmniej nieco inna jest kolorystyka, nawiązująca do tytułowej zorzy.
Czytaj też: [Recenzja] Yes - "Mirror to the Sky" (2023)
Wracając do wspomnianego "Countermovement", muzycznie brzmi to jak nagranie bardzo kiepskiego naśladowcy Yes. Choć sama długość nawiązuje do prog-rockowych kolosów, zaczyna się motywem tak banalnym, jak by to miała być radiowa pioseneczka. Potem przez dwie minuty muzycy dorzucają kilka innych motywów, co brzmi raczej jak parodia progresywnych utworów i ich złożoności. Mam wrażenie, że instrumentaliści nie mogli się zdecydować, jak rozpocząć ten kawałek, więc co chwilę zmieniali kierunek. Tyle że wszystkie te pomysły wypadają tak samo miałko pod względem melodycznym, a do reszty pogrąża je wygładzone, przesłodzone i płaskie brzmienie. To, oczywiście, głownie zasługa niekwestionowanego króla tandety Geoffa Downesa i jego klawiatur. Dalej wszystko się urywa, ustępując miejsca sztampowym zagrywkom gitary akustycznej oraz wymęczonej partii wokalnej Howe'a, do czego szybko dołączają kolejne instrumenty, w tym jeszcze bardziej żenujące klawiszowe melodyjki. Zespół uświadamia jednak, że zawsze może być jeszcze gorzej, czego przykładem banalna melodyjka i krindżowa wokaliza Davisona na początku szóstej minuty, albo te staromodne, tanie syntezatory z dziesiątej minuty. Całość brzmi jak losowy zlepek kilku banalnych piosenek, do których doklejono monumentalną kodę - akurat z całkiem przyjemną solówką gitarową.
"Countermovement" jest w zasadzie jak cały album w pigułce. To zbiór nijakich piosenek, którym nieumiejętnie, z chaotycznym efektem, starano się nadać bardziej prog-rockową formę; często dodatkowo spaskudzone tym zamiłowaniem Downesa - a może jednak całego składu - do tandetnych brzmień, choć trafiają się też bardziej znośne momenty. Takie "Turnaround Situation" czy "Love Lies Dreaming", mimo wad typowych dla tej konwencji, ujdą nawet w całości. Tzn. byłyby to najsłabsze kawałki nawet na takim "Tormato", ale nie irytują tak, jak inne współczesne dokonania pod tym szyldem. Swoją drogą, obecny skład ma więcej wspólnego z Asią niż klasycznym Yes. I to ewidentnie słychać w tych najbardziej okropnych nagraniach, jak tytułowa "Aurora" oraz "Ariadne" - obu z kiczowatymi partiami orkiestry i syntezatorów, a także jarmarcznymi melodyjkami - a zwłaszcza w "Jambustin'", gdzie zażenowanie tytułem ustępuje niesmakowi wywołanemu tym karykaturalnym połączeniem najgorszych cech popu lat 80. z siermiężnym rock and rollem, a do tego zawierającym najbardziej infantylny i tandetny motyw w całej dyskografii zespołu. Nieco tylko mniej koszmarny jest "All Hands on Desk", gdzie do klawiszy w stylu Asii dochodzi toporny AOR-owy riff. Do tego żwawego kawałka nijak nie pasuje anemiczny, zmęczony wokal Howe'a, a akustyczna koda pojawia się bez żadnego podbudowania i sensu. "Outside the Box" byłby natomiast kompletnie nijakim instrumentalem, gdyby nie te fatalne wokalizy - przestarzałe, w złym guście, kiepsko wykonane. Na tym tle naiwna, zalatująca country piosenka "Emotional Intelligence" przynosi wręcz pewną ulgę, bo przynajmniej nie wypada tak komicznie.
Czytaj też: [Recenzja] Yes - "The Quest" (2021)
Największym problemem albumu "Aurora" nie jest wcale wtórność ani nawet wrażenie, że taką muzykę dziś można by po prostu wygenerować. Przede wszystkim razi mnie tu kompletny brak estetycznego wyczucia. Melodie i brzmienie są wręcz kompromitująco dalekie od choćby pozorów finezji czy subtelności. Natomiast kompozycji rozwijających się w tak losowy sposób spodziewałbym się raczej po jakichś początkujących pogrobowcach Yes, ale nie po grupie posługującej się szyldem twórców "Close to the Edge" i wciąż mającej w składzie jednego z nich. Fakt, że już nawet w klasycznym okresie grupie zdarzało się nagrywać utwory, eufemistycznie mówiąc, niezbyt wyrafinowane lub o pozbawionej sensu budowie, ale tu właściwie każdy kawałek ma oba te problemy. Gdyby ktoś chciał sparodiować Yes czy też ogólnie rock progresywny, wyolbrzymiając wszystkie możliwe wady takiej estetyki, to nie sądzę, by zrobił to bardziej przekonująco, niż na tym albumie. Bo tutaj muzycy wydają się grać te żenujące melodyjki śmiertelnie poważnie. I, szczerze mówiąc, tak bardzo pozbawione charakteru oraz dobrego smaku przetwarzanie przeszłości nie jest nawet odrobinę bardziej wartościowe od treści generowanych przez AI.
Ocena: 1/10
Yes - "Aurora" (2026)
1. Aurora; 2. Turnaround Situation; 3. Love Lies Dreaming; 4. Countermovement; 5. Ariadne; 6. All Hands on Deck; 7. Outside the Box; 8. Emotional Intelligence; 9. Jambustin'; 10. Watching the River Roll
Skład: Jon Davison - wokal, gitara (1,2,8), organy (1,2,8), pianino (2,3,8), syntezator (3); Steve Howe - gitara, cytra (1), instr. klawiszowe (1,9), mandolina (4,10), harmonijka (4), wokal (2,4,6,7); Geoff Downes - syntezator (1,2,4,7,9,10), organy (1,4,6,8), pianino (3-6,9), melotron (4); Billy Sherwood - gitara basowa, gitara (4,5), wokal (1,2,5,7,10); Jay Schellen - perkusja
Gościnnie: Czech National Symphony Orchestra (1,5)
Gościnnie: Czech National Symphony Orchestra (1,5)
Producent: Steve Howe
Płyta jest słabiutka (słuchałem fragmentów) - niemniej odnoszę wrażenie, że wybrałeś ją do recenzji tylko po to, żeby im dowalić. Czemu nie zrecenzowałeś bardzo przyzwoitej płyty Jona Andersona sprzed dwóch lat - która bardzo zgrabnie i z wdziękiem nawiązuje do klasycznego Yes- oczywiście nie odkrywając prochu, ale pozostawia jak najbardziej pozytywne wrażenie.
OdpowiedzUsuńO istnieniu tej płyty Andersona właśnie się dowiedziałem z komentarza, a Yes był nieźle promowany i jeszcze przed premierą wywołał kontrowersje tą hipokryzją z wygenerowanym teledyskiem z jednej strony, a biadoleniem nad AI w tekstach z drugiej. W tej recenzji nie chodzi o to, by komuś dowalać, w ogóle sam opis muzyki ma drugorzędne znaczenie - to tylko pretekst do poruszenia szerszego problemu generowanej muzyki i sensu nagrywania dziś płyt, które dałoby się po prostu wygenerować, ale też hipokryzji rockowych dinozaurów.
UsuńSkoro mowa o Jonie Andersonie, to pierwszy album jest świetny i mógłbym nawet zasugerować pomysł na recenzję, natomiast drugi już jest taki sobie, choć "Everybody Loves You" nawet ujdzie, pozostałych albumów nie słuchałem więc nie wiem jak je oceniać.
UsuńTo nie zmienia jednak faktu, że takich albumów słuchają (oczywiście z pewnymi wyjątkami) najbardziej zatwardziali i lojalni fani zespołów. I mój problem z takimi albumami jest często taki, że bardzo często są one nie tylko odtwórcze względem macierzystego zespołu (co dla mnie nie zawsze jest wadą), ale również nieszczególne pod kątem jakości samych utworów. Zupełnie inną kwestią jest też sama ocena najnowszego albumu Jona Andersona (i The Band Geeks). Na ten temat każdy ma inne zdanie, ale ja osobiście nie znalazłem w nim niczego, co skłoniłoby mnie do polecenia go komukolwiek, nawet najbardziej oddanym fanom Yes. Powiedziałbym wręcz, że Mirror to the Sky i Aurory słuchało mi się znacznie przyjemniej niż True - ale to tylko moja opinia.
Usuńwidząc opis miałem przeczucia że to będzie albo 2/10 lub 1/10. Swoją drogą skoro tak te obecne albumy są kiepsko oceniane to mnie zastanawia czy to wciąż ma sens nie zrobienia recenzji pozostałych albumów studyjnych zespołu, no ale odpowiedź by mnie nie zdziwiła.
OdpowiedzUsuńNie widzę sensu, by uzupełniać tamte braki, bo nie mają potencjału, by opisać w nich jakiś szerszy kontekst. Byłoby to po prostu powtórzenie z innych recenzji zarzutów odnoszących się stricte do muzyki.
UsuńNie jestem szczególnie aktywnym komentatorem ani obserwatorem tego bloga, ale pisząc moją "recenzję" na RYM zastanawiałem się, czy ten album doczeka się tutaj recenzji, wspominając ton recenzji poprzednika [i]Aurory[/i], [i]Mirror to the Sky[/i]. I okazuje się, że ciekawość (ponownie) była silniejsza, dokładnie jak w moim przypadku.
OdpowiedzUsuńAle abstrahując od jakości albumu i jego utworów - bo o tym każdy ma własne zdanie - właśnie w trakcie pisania mojej "recenzji" naszła mnie pewna (mówiąc kolokwialnie) rozkmina. Zakładając, że generatywna sztuczna inteligencja (o której muzycy tak nieumiejętnie filozofują) nie istnieje i nie ma wpływu na szeroko pojętą twórczość artystyczną - jaki byłby los Yes, gdyby (na przykład) umarł Steve Howe? Czy pozostali członkowie znaleźliby wówczas jego następcę? Jakoś dziwnie mi się o tym myśli. I mam wielką nadzieję, że taki scenariusz nigdy się nie urzeczywistni.
Zastąpili Andersona i Squire'a, nie mówiąc o kolejnych klawiszowcach oraz perkusistach, więc nie wiem, dlaczego nie mieliby zrobić tego samego z Howe'em. Zwłaszcza że on nie grał ani na dwóch pierwszych albumach, ani na tym z największym hitem grupy, jest więc tak samo wymienialny, jak pozostali. Pytanie nie powinno brzmieć, czy po śmierci któregoś muzyka Yes zakończy działalność, tylko czy będą się trudzić z szukaniem kolejnego imitatora, czy faktycznie zaczną generować kolejne płyty.
UsuńMówiąc szczerze, skłaniam się raczej w kierunku szukania imitatorów. Gdyby członkowie Yes rzeczywiście wpadli na pomysł generowania utworów przy pomocy sztucznej inteligencji, to zespół wydawałby albumy w ilościach wręcz hurtowych, a nie co trzy lata. Samo wymienianie członków zespołu to też jest ciekawa (i jednocześnie dość smutna) sytuacja, którą zauważyłem stosunkowo niedawno. Bo (patrząc od okolicy 2008-2010 roku) na samym początku Ricka Wakemana zastąpił jego syn Oliver, a później Geoff Downes, czyli były członek Yes. Dokładnie taka sama sytuacja nastąpiła po śmierci Chrisa Squire'a - zastąpił go Billy Sherwood, czyli - ponownie - były członek Yes. Znacznie bardziej skomplikowana sytuacja jest też z Jay'em Schellenem, który bezpośrednio z Yes nie był związany, ale uczestniczył w różnych projektach związanych właśnie z jego członkami - między innymi Conspiracy (założonego przez Squire'a i Sherwooda), GPS czy Dukes of the Orient (czyli zespołach Johna Payne'a, który z kolei był wieloletnim wokalistą Asii po odejściu Wettona). Więc skądinąd słusznie poprawione przez ciebie pytanie powinno w mojej opinii brzmieć: ilu potencjalnych zamienników, tudzież "przyjaciół zespołu", ma w zanadrzu zespół oraz na jak długo oni wystarczą, ciągnąc to kolesiostwo dalej?
UsuńLecz z drugiej strony, prawdopodobnie mam po prostu zbyt dużą wiarę w ludzkość. Podczas prywatnego researchu odnośnie Aurory znalazłem taką dyskusję na forum fanów Yes...
https://www.yesfans.com/forum/malcom/112729-ai-treatment-of-roger-deans-art-for-upcoming-yes-tour
...i nie zdziwiłbym się, gdyby twoje słowa o generowaniu kolejnych płyt stały się prawdą. Również w kontekście okładek albumów. Aczkolwiek w jej tworzenie była ponoć zaangażowana córka Rogera Deana, Freyja, więc pewnie nawet i w tym przypadku zamiennik zawsze się znajdzie, nie musi to być sztuczna inteligencja.
PS: ponieważ przyzwyczaiłem się do korzystania z tagów BBCode na forach internetowych, z rozpędu wpisałem nie te tagi co trzeba. Teraz wiem, że muszę używać tagów w języku HTML, ale niestety nie pamiętam, w jaki sposób wstawia się do wiadomości linki.
Trzeba jednak pamietać, że powracający do składu Downes i Sherwood po raz pierwszy w grupie pojawili się już po latach działalności zespołu - nie grają na żadnym z klasycznych albumów (na upartego można do nich zaliczyć "Dramę", ale to kontrowersyjne wydawnictwo i zupełnie efemeryczne w dyskografii zespołu). No a z drugiej strony jest przykład Andersona, którego następcy nie występowali wcześniej w Yes, wyciągnięto ich z nikąd.
UsuńJako autor okładki podpisany jest Roger Dean. Niewykluczone, że wspierał się AI, ale wciąż wygląda to jak jego praca, a nie jakiegoś naśladowcy czy modelu. Swoją drogą kiedyś próbowałem wygenerować grafikę w jego stylu i efekty nie dość, że nie były nawet podobne, to kompozycje obrazów nie miały żadnego sensu.
*
Linki wstawia się przez a href, ale ponieważ nie można umieścić w nich atrybutu nofollow (nie da się wówczas opublikować komentarza), to lepiej nie wstawiać mi odnośników do innych stron w ogóle, bo to źle wpływa na pozycjonowanie. Tak, jak zrobiłeś wyżej, jest w porządku.
Dziękuję za wyjaśnienie kwestii wstawiania linków. Co do Sherwooda i Downesa - całkowicie się zgadzam. Lecz o ile taki Benoît David rzeczywiście został wzięty znikąd, tak Jon Davison został przyjęty do zespołu... dzięki rekomendacji Taylora Hawkinsa z Foo Fighters, prywatnie znajomego/przyjaciela Chrisa Squire'a, który znał wokalistę już od dziecka i zarekomendował go zespołowi. Ten fakt jakoś nieszczególnie przekonuje mnie o tym, że członkowie-zastępcy w Yes wybierani są przypadkiem - dla mnie jest to jedno wielkie kolesiostwo. Więcej na ten temat można zresztą przeczytać na przykład tutaj:
Usuńhttps://www.rollingstone.com/music/music-news/yes-chris-squire-on-tribute-singers-exit-broadway-reunion-talks-123318/
https://www.loudersound.com/features/yes-frontman-jon-davison-taylor-hawkins-last-words-to-me-were-i-love-you
Odnośnie okładki albumu - informacja na oficjalnej stronie zespołu głosi: All editions feature the stunning artwork of Roger Dean and Freya Dean (...), więc jeżeli Freyja rzeczywiście nie uczestniczyła w tworzeniu okładki albumu, to mogła być autorką/współautorką innych grafik znajdujących się w środku albumu. Ciężko mi potwierdzić prawdziwość moich słów, ponieważ nie wiem, jak album wygląda w środku.
Co do generowania grafik przez sztuczną inteligencję - próbowałem to robić parę razy, przy okazji zajęć z podstaw sztucznej inteligencji na studiach i nie widzę żadnego powodu, dlaczego miałbym do tego wracać. Narzędzia służące do generowania obrazów i filmów oparte na sztucznej inteligencji (czyli na przykład Nano Banana od Google) "uczą się" na podstawie innych danych. Więc jeżeli na przykład dane są na przykład niepełne albo gdy model językowy ma problem ze zrozumieniem kontekstu wypowiedzi (a często ma), to efekt końcowy będzie wyglądał właśnie tak, jak wspomniałeś. Zupełnie inną kwestią jest jakość takich grafik - ja jestem zdania, że maksymalnie wierne odtwarzanie wykonanych przez człowieka prac (nie tylko obrazów i filmów, ale również muzyki i tekstów) przy pomocy LLMów zwyczajnie nie ma sensu. Sztuczna inteligencja przyda się znacznie bardziej w innych dziedzinach, chociażby medycynie.
Ale przecież nie wzięliby Davisona do składu nawet po znajomości, gdyby śpiewał jak, powiedzmy, Ozzy Osbourne. To, że do składu dołączają znajomi, to jest normalne, że zespół tworzą goście, którzy dobrze się ze sobą czują i łatwo porozumiewają. Problemem jest to, że prawdziwym kryterium doboru jest raczej to, jak wiernie potrafi się imitować muzyka z klasycznego składu. To jest kompletna odwrotność podejścia takiego np. Frippa, który do King Crimson ściągał muzyków o innym stylu gry, innych umiejętnościach i doświadczeniu, nawet zastępował saksofonistę skrzypkiem, a potem drugim gitarzystą - wszystko, by muzyka zespołu mogła ewoluować.
UsuńA to podejście Yes sprawia, że dalsza działalność grupy jest zupełnie niepotrzebna w czasach, gdy kiepską podróbkę tego zespołu każdy może sobie wygenerować sam, zgodnie z własnymi preferencjami. Przy czym moim zdaniem taka konformistyczna twórczość pod zadowalanie fanów, którzy chcą więcej tego samego i niczego nowego, nigdy nie miała żadnego sensu pod względem artystycznym. Teraz nie ma już żadnego innego sensu.
A co do tego, że AI nie zastąpi człowieka w pracy twórczej, wymagającej kreatywności - czyli w tworzeniu sztuki, ale też pisaniu o niej - to zgadzam się w 100%.
King Crimson jako przykład rozwoju w muzyce jest bardzo dobry, lecz czuję podświadomie, że te dwa zespoły to zupełnie inna liga. Yes dla mnie nigdy nie był typem zespołu, który ewoluował w taki sposób. Jestem nawet gotów zaryzykować stwierdzenie, że po wydaniu albumu Going for the One ten zespół w zasadzie przestał się rozwijać. Nawet z szacunkiem do lubianych przeze mnie albumów Tormato, 90125 i zwłaszcza Drama, późniejsze próby przetrwania zespołu ograniczały się z reguły albo do stworzenia 901252 (Big Generator, Union, Talk i zwłaszcza Open Your Eyes), albo do próby "odkurzenia" wypracowanego wcześniej stylu (utwory studyjne z obu części Keys to Ascension, częściowo The Ladder). Po prostu, to nie jest ten poziom - oczywiście z wyjątkiem Close to the Edge, gdzie zespół rzeczywiście doskonale połączył inspiracje muzyką poważną, jazzem i częściowo folkiem i reagge.
UsuńNa temat sensowności dalszej działalności zespołu do tej pory nie wyrobiłem sobie zdania. Z jednej strony, nawet mimo tego, że dwa najnowsze albumy nagrane przez Yes/neo-Yes/Steve Howe Band nawet polubiłem, w pełni się zgadzam z tym, że kolejne albumy Yes rzeczywiście można na spokojnie wygenerować w Suno - większej różnicy i tak nikomu to nie zrobi. Z drugiej strony, niektóre "rockowe dinozaury" mają tendencje do nieudolnych prób wpasowania się w aktualnie panujące trendy w muzyce. I tak w moim ciele kłócą się przysłowiowe dwa wilki - jeden mówi, że Yes nagrywa te albumy zupełnie po nic, zwyczajne nudy na pudy, natomiast drugi mówi, że zespół może nagrywać albumy nawet z trzema orkiestrami symfonicznymi, byle tylko nie zaczął podglądać inspiracji we współczesnym mainstreamie i nie wpadł na pomysł nagrania drugiego The Illusion of Power.
W latach 70. King Crimson i Yes byli w tej samej lidze - ekstraklasie proga i całego rocka. W kolejnej dekadzie wciąż się rozwijali i czerpali z aktualnych trendów, tyle że z różnym podejściem, które przełożyło się na jakość tych prób. KC podszedł do tematu ambitniej, komplikując swoją muzykę i dzięki temu kolorowa trylogia to wyżyny post-punku, jakie osiągnęło niewielu młodszych przedstawicieli tej estetyki. "90125" i "Big Generator" to natomiast przyjemny pop rock z bombastyczną, ejtisową produkcją, ale tam nastawienie było zdecydowanie merkantylne, przez co te płyty nie mają dużej wartości muzycznej. A dopiero potem to, co zostało z Yes, faktycznie już tylko powielało te same klisze, podczas gdy Fripp cały czas się rozwijał - jeszcze nawet w 2003 roku nagrał z Crimson bodajże jedyny dobry kawałek nu-metalowy. Tak więc szukanie inspiracji we współczesnym mainstreamie nie jest złe samo w sobie, tylko trzeba robić to tak, jak Fripp przez całą karierę, David Bowie na "Blackstar" czy Peter Gabriel we wczesnych latach 80. Czyli nie dla chęci sprzedania jak największej ilości płyt, a dla samego spróbowania czegoś nowego i przekształcenia modnych rozwiązań w coś artystycznie ciekawego.
UsuńTen postulat ciągłego "rozwijania" się nawet najlepszych zespołów rockowych jest skrajnie nierealistyczny i zwyczajnie mało rozsądny. Generalnie w sztuce taki ciągły (czy długotrwały) rozwój, stała ewolucja i otwartość na eksperymenty, jest zjawiskiem niezwykle rzadkim i dotyczy absolutnych geniuszy - np. Beethovena, Picassa czy Tomasza Manna (ale już np. nie Vivaldiego, Renoira, Prousta, Borgesa, Hemingwaya czy Rimbauda). Nawet Miles potężnie przystopował koło 50. Ba, nawet Mozart - może najgenialniejszy kompozytor w historii - stosował na potęgę klisze, mimo że miał dopiero trzydzieści parę lat (inna sprawa, że tempo jego pracy i ilość zamówień było kosmiczne - nieosiągalne dla innych). Dlaczego, u diabła, Yes miałoby się rozwijać przez więcej niż niespełna dekadę?
UsuńTak, całkowicie zgadzam się z twoimi słowami. O to też poniekąd w moim komentarzu chodziło - czerpanie inspiracji ze współczesnego mainstreamu samo w sobie nie jest moim zdaniem złe, ale gdyby wspomniany przeze mnie scenariusz rzeczywiście się spełnił, to w obecnym stanie Yes absolutnie nie byłby w stanie szukać inspiracji w taki sam sposób, co Robert Fripp, David Bowie czy Peter Gabriel. To byłby raczej poziom ostatnich płyt Ozzy'ego Osbourne'a, w najlepszym przypadku. I w sumie dobrze, że zespół nie wpadł na taki pomysł, bo aż strach się bać, co z tego by wyszło.
UsuńZ ciekawości, bo albo mam dziurę w pamięci, albo rzeczywiście nie znam tego "dobrego utworu nu-metalowego" King Crimson, albo może znam, tylko nigdy nie powiązałem go z nu-metalem. O jak utwór chodzi?
@okechukwu: Ale kto coś takiego tu postuluje? Wskazuję tylko, że zachowanie progresywnego podejścia na późnym etapie jest możliwe. Miles Davis to - wbrew temu, co piszesz - kolejny przykład to potwierdzający. Bo abstrahując od oceny jakości jego twórczości po 50., było to poszukiwanie czegoś nowego i inspirowanie się aktualnymi trendami. Przecież nawet płytę hip-hopową nagrał tuż przed śmiercią. A najbardziej kreatywne rzeczy robił jako 40-latek. Natomiast od Yes nie wymagam, by grali dziś hip-hop, ale oni nawet w swoim własnym stylu brzmią jak kiepski epigon. I ja tego w ogóle nie uważam za sztukę, tylko za zabawianie określonego typu odbiorcy, czego dziś nie muszą już robić żywi muzycy.
Usuń@MJ: "Happy With What You Have to Be Happy With" z prawie-rapującym Adrianem Belew i gitarą imitującą skrecze, zresztą sam riff też pasuje do nu metalu.
"Ale kto coś takiego tu postuluje? Wskazuję tylko, że zachowanie progresywnego podejścia na późnym etapie jest możliwe".
UsuńMoże nie postulujesz wprost, ale wielokrotnie to się pojawia w takiej czy innej formie - przy czym znacznie surowszy jesteś dla grup z kręgu Yes (a przy okazji wyjątkowo niewyrozumiały dla ich projektów naprawdę ambitnych i poszukujących - choć niewolnych od błędów - np. "Topograficznych Oceanów").
"od Yes nie wymagam, by grali dziś hip-hop, ale oni nawet w swoim własnym stylu brzmią jak kiepski epigon".
To akurat prawda- co gorsza nawet na płytach z lat 90 typu Talk czy Keys to Ascension - kiedy grali w oryginalnym składzie i byli w pełni sił twórczych - też nie słychać było, że wykorzystują swój potencjał w takim ograniczonym zakresie, jaki wydawał się gwarantować styl z lat 70 ( a oczekiwałbym np. płyt utrzymanych z grubsza w estetyce i na poziomie Wobbler). No chyba że nagrywaliby na nich wielkie przeboje - jak w latach 80 - wtedy słabszy poziom byłby uzasadniony komercyjnym sukcesem.
"A najbardziej kreatywne rzeczy robił jako 40-latek".
Ale to mówimy o jednym z najwybitniejszych twórców, więc to poniekąd spodziewane (choć wcale nie reguła).
Jeśli przez grupy z kręgu Yes rozumiesz rock progresywny, to ponad ¼ wszystkich albumów, którym dałem najwyższą ocenę, można zaliczyć do tej estetyki. Ale skoro powstają w niej takie dzieła, to mam wysokie wymagania do innych płyt reprezentujących ten nurt. I album o wielkich ambicjach, na których próbie zrealizowania zespół kompletnie poległ, tych wymagań nie spełnia. Same ambicje z nie do końca udanym efektem bardziej doceniłbym w graniu, które na ogół ma małe ambicje, ale nie w progu, w którym poszukiwania, ambicje i umiejętność ich realizowania są sednem.
UsuńAle przecież pomimo tego nie oceniam “Tales from Topographic Oceans” tak nisko, jak współczesnych dokonań pod szyldem Yes. To jest wyraźnie wyższy poziom - melodie są bardziej wyraziste i finezyjne, wykonanie bardziej kreatywne. Tyle że w recenzji wskazuję bardzo konkretny powód stosunkowo niskiej noty. Zwłaszcza po muzykach, ktorzy dopiero co nagrali “Close to the Edge” oczekiwałbym utworów rozwijających się w bardziej logiczny, kreatywny i odkrywczy sposób, niż robienie rockowych „suit” na takiej samej zasadzie, jak The Who w 1967 roku - przez łączenie kilku różnych kompozycji w jedno nagranie. Muzycznie nie ma żadnego uzasadnienia, by taki np. “Leaves of Green” nie był osobnym utworem. Ale muzycy wymyśli sobie, że każdy utwór ma być długi na całą stronę, więc “Leaves of Green” udaje całość z “The Ancient”, choć to dwie kompozycje jedna po drugiej, chyba nawet z przerwą pomiędzy. I tak samo jest z pozostałymi kolosami na tym albumie, a to pójście na łatwiznę, w przeciwieństwie do stworzenia czegoś bardziej spójnego.
W przypadku Milesa ważniejsze było to, co pisałem o jego schyłkowej twórczości. Natomiast ten ciągły rozwój Davisa czy Frippa był możliwy dzięki temu, że wymieniali swoich współpracowników na takich, którzy wniosą coś nowego, a nie na naśladowców ich poprzedników. To jest praprzyczyna, dlaczego Yes od ponad trzech dekad nie jest w stanie zaproponować niczego prezentującego jakąkolwiek wartość. A klasyczni kompozytorzy siłą rzeczy są na gorszej pozycji niż zespoły muzyczne czy bandleaderzy.
Ale Tales jest kreatywne - pod względem harmonii i rytmiki jest to świadectwo rozwoju zespołu i twórczych poszukiwań (już samo to, jak oryginalnie i subtelnie nasycili muzykę elementami muzyki hinduskiej zasługuje na bardzo duże uznanie) Formalnie jest różnie - pojawiają się formy quasi-mantryczne- jakby pre ambientowe (np. w drugiej suicie). Oczywiście są fragmenty na "doklejkę", album też cierpi na klasyczny syndrom dwupłytowca - jest za długi, brak odpowiedniej selekcji materiału. Ale całościowo jest to naprawdę progresywny materiał (w szerokim sensie tego słowa). Niemniej jeździsz po nim jak po łysej kobyle - nie wymieniasz (licznych!) zalet, a stosujesz bardzo wyostrzone kryteria oceny jeśli chodzi o punktowanie wad. Można je stosować, czemu nie - tylko wtedy trzeba by również bardzo obniżyć noty dziesiatek innych płyt - np. MDK Magmy, żeby sięgnąć po przykład pierwszy z brzegu).
Usuń"A klasyczni kompozytorzy siłą rzeczy są na gorszej pozycji niż zespoły muzyczne czy bandleaderzy".
Czemu na gorszej? Wg mnie są na lepszej.
Zdanie o kompozytorach klasycznych jest bezpośrednią kontynuacją wcześniejszej myśli. Są na gorszej pozycji, bo gdy dopadnie ich kryzys twórczy, nie mogą sobie po prostu wymienić składu i nikt za nich nie wniesie czegoś nowego.
UsuńNie jest prawdą, że w recenzji “Tales of Topographic Oceans” nie piszę nic pozytywnego, bo wprost twierdzę, że z tego materiału dałoby się zrobić album na poziomie “Fragile” czy “Going for the One” (a stawiam je zaraz za idealnym “Close to the Edge”). Tyle, że obecność dobrych pomysłów wcale nie poprawia odbioru całości, a wręcz przeciwnie - bo każdy z nich po prostu się tam marnuje. Jeśli każdy utwór broni się tylko jakimiś pojedynczymi fragmentami, a innymi wywołuje przeciwne odczucia, to żaden nie broni się jako całość. Dzieła muzyczne są tylko tak dobre, jak ich najsłabszy element, a nie najlepszy. W dodatku część tego, co wymieniasz jako zalety, moim zdaniem wcale nimi nie jest. Ten cały mistycyzm w wersji Yes brzmi naiwnie, balansując na granicy kiczu, a w połączeniu z natchnioną grafomanią Andersona - po prostu pretensjonalnie. Poza tym w 1973 roku inspiracje hindustańskimi ragami w rocku nie były niczym nowym, pojawiały się od 1966, a nawet 1965, jeśli liczyć “Norwegian Wood”. U samego Yes były już wcześniej, choćby na “Close to the Edge”, tylko tam było to bardziej subtelne. A na “Tales” ten mistycyzm jest znacznie bardziej nachalny i kompletnie nie klei się to z symfonicznym rozmachem w wydaniu nadętych rockmanów.
Nie rozumiem, dlaczego negatywny odbiór “TotTO” miałby implikować takie samo podejście do “MDK” Magmy - płyty o zupełnie innych inspiracjach i używającej innych środków wyrazu do osiągnięcia innego celu. Tam wszystkie elementy tworzą razem spójną, konsekwentną i równą całość. Nie był to nieudany eksperyment bez żadnego oddziaływania na gatunek (jak “Tales”), tylko album, na którym wykrystalizował się osobny nurt proga i faktycznie poszerzający granice rocka, bo nie było wcześniej grania Strawińskiego z rockowym brzmieniem i dynamiką.
Po co oni sobie to robią? (sobie i nam) Rozdrabniają się na drobne. Szkoda legendy.
OdpowiedzUsuńPS. Ile takich koszmarków/''jedynek'' jest na blogu?
Niewiele, coś koło dziesięciu, w tym jeszcze jedna dla Yes ("Heaven & Earth").
UsuńBrawo! Czekam jeszcze na Deep Purple i Stonesów w tym roku. Może być ciekawie- Purple to będzie pewnie coś podobnego do tego, a Stonesi- można mieć oczekiwania, ale to tylko 3 lata od poprzedniego wydawnictwa. Wysokich oczekiwań nie mam
OdpowiedzUsuń