[Recenzja] Mr. Bungle - "Mr. Bungle" (1991)

Cykl "Ciężkie poniedziałki" S04E06
Jeśli komuś Faith No More wydaje się szczytem szaleństwa i eklektyzmu w obrębie metalu, to najwyraźniej nie słyszał jeszcze drugiej głównej grupy Mike'a Pattona. A właściwie pierwszej, bo to właśnie w Mr. Bungle wokalista w połowie lat 80. zaczynał swoją karierę. Z początku była to po prostu amatorska kapela szkolna, której trzon wraz z Pattonem tworzyli gitarzysta Trey Spruance - potem lider eksperymentalnego Secret Chiefs 3 i jednopłytowy instrumentalista FNM - oraz basista Trevor Dunn, później regularny współpracownik Johna Zorna.
Pierwsze demo "The Raging Wrath of the Easter Bunny" z 1986 roku utrzymane było w znacznej części w thrashowo-deathmetalowym stylu, choć znalazł się tam też bardziej funk-rockowy "Evil Satan" z saksofonem Theobalda Lengyela. Materiał z tego wydawnictwa - poza wspomnianym kawałkiem - został po latach ponownie nagrany przez Pattona, Spruance'a i Dunna ze Scottem Ianem (Anthrax) oraz Dave'em Lombardo (Slayer), a następnie w 2020 roku wydany jako czwarty album Mr. Bungle. Najmniej ciekawy w dyskografii, bo utrzymany w stricte thrashowym stylu. Tymczasem już kolejne demówki z lat 80. szły w zdecydowanie bardziej eklektycznym kierunku, z elementami funku, ska czy jazzu. Pomimo ograniczonej dystrybucji tych wydawnictw, w jakiś sposób trafiły do muzyków Faith No More, którzy zaproponowali Pattonowi posadę. A sukces nagranego z nim albumu "The Real Thing" ułatwił Mr. Bungle podpisanie pierwszego kontraktu.
Eponimiczny debiut Mr. Bungle Patton, Spruance i Dunn nagrali z Langyelem, drugim saksofonistą oraz klawiszowcem Clintonem McKinnonem, a także perkusistą Dannym Heifetzem. Gościnie wystąpił David Shea na gramofonach i chórek mieszany, a w jednym kawałku zagrał nawet John Zorn, który zresztą całość wspólnie z zespołem wyprodukował. Szkoda, że nie narzucił muzykom większej dyscypliny. Album cierpi bowiem na typowo najntisową przypadłość płyt długogrających, które wówczas - po spopularyzowaniu kompaktów - stały się bardzodługogrającymi. Na szczęście sporo się tu dzieje, choć z drugiej strony dla wielu słuchaczy ten szalony eklektyzm może być przytłaczający, a czas trwania przekraczający 73 minuty tylko pogłębi to odczucie.

Nawet po skróceniu materiału o połowę trudno byłoby przy pierwszych odsłuchach ogarnąć, co tu właściwie się dzieje. Te wszystkie nagłe przejścia między stylami, od metalowego łomotu, przez taneczny funk i ska oraz krindż muzyki cyrkowej, po freejazzowy hałas. I jeszcze ten Patton, który tutaj już w ogóle się nie ogranicza, śpiewając różnymi głosami oraz wydając z siebie różne dziwne dźwięki. Nie hamował się też tekstowo, proponując żartobliwe, ale też nieco obrzydliwe teksty najczęściej dotyczące różnych seksualnych praktyk, choć przemyca też problematykę asocjalności ("Egg") i przemocy domowej ("Love Is a Fist"). Ogólnie jednak chodzi tu przede wszystkim o dobrą zabawę - zarówno muzyków grających te zwariowane utwory, jak i słuchaczy, gdy już załapią, o co tu chodzi.
Album rozpoczyna się od całkiem chwytliwego "Travolta", na singlu, wszystkich reedycjach oraz w streamingu przemianowanego na "Quote Unquote" z obawy przed prawnymi konsekwencjami - drewniany (mimo dobrego występu w "Pulp Fiction") aktorzyna okazał się nie mieć ani humoru, ani dystansu do siebie i pozwał zespół. Kawałek brzmi jak zdeformowana muzyka cyrkowa z metalowymi wstawkami oraz plastycznym śpiewem Pattona. No i z bardziej eksperymentalną kodą, podczas której uaktywnia się freejazzowy saksofon. Następny na płycie "Slowly Growing Deaf" to już zapowiedź "King for a Day… Fool for a Lifetime", czyli tego jednego albumu Faith No More ze Spruance'em. Tyle tylko, że to jakby siedmiominutowe streszczenie całego longplaya, z płynnymi i ciągłymi przejściami od funku i soulu, przez punkrockowy czad, po pokręcony metal. Z kolei "Squeeze Me Macaroni" to ewidentna parodia Red Hot Chili Peppers, z humorystycznym wokalem oraz kuriozalnym zestawieniem tanecznej rytmiki i wpisujących w tę konwencję dęciaków z ciężkimi riffami. W "Carousel" w podobny sposób muzycy drwią ze ska, wplatając metalowe fragmenty oraz wstawki cyrkowe i surf-rockowe.
Ten zwariowany eklektyzm, rubaszny humor oraz wszechobecne dziwactwo osiąga apogeum w dwóch 10-minutowych nagraniach - "Egg" i "Dead Goon" - mieszających wszystkie pomysły z pozostałych kawałków, dodając do tego więcej teatralności, ale też emocjonalnej różnorodności. Z czasem jednak na płycie coraz częściej powtarzają się te same rozwiązania, a nieprzewidywalność staje się oczekiwana, więc przestaje zaskakiwać. Nie wydaje mi się, by całość wiele straciła na braku "Stubb (A Dub)" - który zresztą, wbrew tytułowi, nie zawiera choćby śladowych ilości dubu - czy "Love Is a Fist", gdzie saksofonowe piski Zorna przeplatają się z nieco zbyt sztampowym naśladowaniem thrash metalu. Lepiej już wypada "My Ass Is on Fire" - też kładący nacisk na metalowy łomot, ale przekonująco łączący go z funkiem oraz skreczami Davida Shea. Z kolei lżejszy "The Girls of Porn" zawiera najbardziej wyrazisty riff oraz najlepiej buja rytmicznie. Pomimo przegiętej długości to wciąż fascynujący album.
Ocena: 8/10
Mr. Bungle - "Mr. Bungle" (1991)
1. Travolta (Quote Unquote); 2. Slowly Growing Deaf; 3. Squeeze Me Macaroni; 4. Carousel; 5. Egg; 6. Stubb (A Dub); 7. My Ass Is on Fire; 8. The Girls of Porn; 9. Love Is a Fist; 10. Dead Goon
Skład: Mike Patton - wokal, instr. klawiszowe; Clinton McKinnon - saksofon tenorowy, instr. klawiszowe; Theobald Lengyel - saksofon altowy, saksofon barytonowy; Trey Spruance - gitara, instr. klawiszowe; Trevor Dunn - gitara basowa; Danny Heifetz - perkusja
Gościnnie: David Shea - gramofony; John Zorn - saksofon altowy (9); Yeesus Krist, Maximum Bob, Kahli, Jennifer - dodatkowy wokal
Gościnnie: David Shea - gramofony; John Zorn - saksofon altowy (9); Yeesus Krist, Maximum Bob, Kahli, Jennifer - dodatkowy wokal
Producent: John Zorn i Mr. Bungle
Czekałem na tą recenzje i po pewnym namyśleniu zgadzam się z oceną, tak swoją drogą 3 sprawy:
OdpowiedzUsuń1. Dyskografia Mike'a Pattona z projektami jakie on współtworzył lub dołączył (głowy nie dam, piszę z pamięci) prezentują stylistyki z noisu i inne trudne style, za co trzeba mu podziękować.
2. Album był wydany w roku premiery na jednej płycie winylowej, czyniąc to jednym z najdłuższych tego typu wydawnictw, wyprzedzając o parę minut "Initiation" todda Rundergren'a i patrząc na opinie z discogs, nie wyglądały na zbyt przychylne z punktu technicznego, więc biorąc to pod uwagę jak 90 procent wydawnictw na jednym krążku trwa czas nie przekraczający 60 minut nie jest zaskoczeniem dlaczego (ba nawet na wspomnianej "Inicjacji" jest informacja o tym jak płyta ma grać na jakim poziomie bez uszkadzania).
3. Jako pytanie - będą recenzje dalszych albumów?
Tak, najpewniej będzie więcej recenzji Mr. Bungle. I projektów Pattona z Zornem też.
Usuń