[Recenzja] Jack DeJohnette - "Special Edition" (1980)

Okładka płyty "Special Edition" Jacka DeJohnette’a.


Logo ECM na okładce tej płyty może być nieco mylące. "Special Edition" ma niewiele wspólnego z charakterystyczną dla labelu odmianą jazzu. Wymowny jest zresztą fakt, że jako producent podpisany jest sam Jack DeJohnette, a nie - jak w przypadku znacznej części katalogu wytwórni - jej właściciel Manfred Eicher. Perkusista oddala się tu także od swoich własnych dokonań, czy to z wcześniejszymi grupami Gateway, Directions i New Directions, czy też nagraniami w roli sidemana. 

Nowy projekt nie był zespołem w klasycznym znaczeniu, bo pod szyldem Special Edition na przestrzeni lat działały różne efemeryczne składy. Na tym inauguracyjnym albumie DeJohnette stworzył kwartet z basistą Peterem Warrenem oraz saksofonistami Arthurem Blythe'em i Davidem Murrayem. Wybór ostatniej dwójki - ważnych postaci nowojorskiej sceny loftowej - nie był bynajmniej przypadkowy. Jack DeJohnette, który sam zaczynał karierę w awangardowym środowisku AACM, postanowił nawiązać do tego niezależnego artystycznego zjawiska. Subtelność i kontemplacyjność charakterystyczne dla ECM ustępują tu miejsca wręcz freejazzowej ekspresji. Jest to też powrót do stricte akustycznego grania.


Cała pierwsza strona wydania winylowego, czyli autorskie kompozycje DeJohnette'a "One for Eric" i "Zoot Suite", to przede wszystkim hołd dla Erika Dolphy'ego. Jest to zatem muzyka bardziej rozluźniona harmonicznie od hard bopu, z rywalizującymi ze sobą saksofonistami - Murray gra też, podobnie jak Dolphy, na klarnecie basowym - których partie brzmią szorstko, wręcz agresywnie. Zarazem jednak nie jest aż tak swobodnie, jak w jazzie free; kwartet nie porzuca linii melodycznej wyznaczonej przez tematy, a sekcja rytmiczna pilnuje dyscypliny. Momentami pojawia się wręcz klasyczny swing, choć w "Zoot Suite" są też fragmenty oddalające się od jazzowego idiomu - bez rytmu, oparte wyłącznie na subtelnym brzmieniu wiolonczeli Warrena oraz dęciaków.

Dwóm kolejnym utworom, otwierającym stronę B, patronuje natomiast John Coltrane (z którym DeJohnette miał okazję grać jako bezpośredni następca Elvina Jonesa, zanim miejsce to zajął Rashied Ali). Tym razem jednak faktycznie wzięto na warsztat jego kompozycje. "Central Park West" powstał jeszcze w modalnym okresie twórczości Trane'a, w tym samym czasie, co "My Favourite Things". W wersji Special Edition wypada mniej sentymentalnie, choć to wciąż stonowany utwór, tu nawet bez perkusji, jedynie z oszczędnym kontrabasem oraz polifonicznymi dęciakami, w tym melodyką lidera. Natomiast "India" to już jedno z pierwszych uduchowionych dzieł Johna, antycypujących estetykę spiritual jazzu. Ten nastrój udało się tutaj powtórzyć, ale utwór nabrał jakby większej lekkości - zwłaszcza przez pierwszą minutę, gdy DeJohnette znów rezygnuje z bębnów, tym razem na rzecz fortepianu.


Całości dopełnia jeszcze jedna własna kompozycja lidera - najbardziej awangardowa "Journey to the Twin Planet". Pierwsze dwie minuty to swobodna improwizacja o sonorystycznym charakterze. Szczególnie ciekawe jest bardzo niskie brzmienie klarnetu basowego, przypominające raczej linie basu z syntezatora. W kolejnym segmencie muzycy grają już z większą dyscypliną, ale i ekspresją - rozpędzony swing pełni rolę akompaniamentu dla jazgotliwych solówek saksofonistów. A potem utwór znów się wycisza oraz rozluźnia. Pojawiają się wręcz pastoralne dźwięki melodyki, które z czasem zmieniają się w bardziej intensywne repetycje, przywołujące skojarzenia z minimalizmem. O ile poprzednie utwory na albumie mają niemalże reakcyjny charakter - co i tak nie psuje odbioru przy tak imponującej wyobraźni i instrumentalnej biegłości kwartetu - tak ten finał płyty wypada całkiem odświeżająco. 

Ocena: 8/10


Jack DeJohnette - "Special Edition" (1980)

1. One for Eric; 2. Zoot Suite; 3. Central Park West; 4. India; 5. Journey to the Twin Planet

Skład: Jack DeJohnette - perkusja, pianino, melodyka; David Murray - saksofon tenorowy, klarnet basowy; Arthur Blythe - saksofon altowy; Peter Warren - kontrabas, wiolonczela
Producent: Jack DeJohnette


Komentarze

  1. "Reakcyjny"? Skąd u Ciebie takie słowo ze słownika politruka?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istotny jest kontekst użycia słowa, a nie to, czy kiedyś zostało zawłaszczone przez tę lub inną propagandę. Przecież np. określenie tradycji muzycznej jakiegoś regionu “ludową” nie implikuje skojarzeń z komunistyczną doktryną, mimo nadużywania przez nią tego słowa. Także przymiotnik “reakcyjny” funkcjonował wcześniej i do dziś bywa używany do określenia sprzeciwiania się postępowi - w takim znaczeniu występuje też w słowniku języka polskiego - i chęci powrotu do tego, co było kiedyś. Jest bardziej precyzyjny od “konserwatywny”, który zresztą dziś wydaje się bardziej nacechowany politycznie i często pejoratywnie.

      Tu akurat to słowo nie służy wartościowaniu, a jest neutralnym opisem postawy, może tylko publicystyczne przejaskrawionym. A właśnie dzięki temu podejściu ten konkretny album jest bardziej wartościowy niż część ówczesnych “postępowych” płyt jazzowych, na których nie chodziło o rozwój artystyczny, tylko nawiązanie do popularnych trendów.

      Usuń
    2. Mnie się jednak, z wiadomych powodów, źle kojarzy, "ludowy" zresztą także (cepelia). Nawet słownik https://sjp.pwn.pl/slowniki/reakcyjny.html wspomina o pejoratywnym wydźwięku tego słowa. Nie wiem jaki jest polski odpowiednik określenia "revivalist".

      Usuń
    3. Jest polskie słowo "rewizjonista": https://sjp.pwn.pl/slowniki/rewizjonista.html

      Usuń
    4. Ale nie ma pożądanego znaczenia - https://en.wikipedia.org/wiki/Revivalist_artist

      Usuń
    5. Zgadzam się z JD. Słowo reakcyjny ma bardzo mocno utrwaloną konotację i to nie tylko jako kategoria polityczna, ale również estetyczna - w odniesieniu do sztuki ("reakcyjna powieść", "reakcyjny teatr"- takie określenia były stosowane nagminnie przez propagandę komunistyczną i to nie tylko doby socrealizmu, ale później też). Dlatego to słowo w innym kontekście brzmi dziwacznie - można próbować zmieniać tę utrwaloną konotację, tylko po co? Mamy szereg innych adekwatnych przymiotników ("konserwatywny", "zachowawczy", "tradycjonalistyczny"). "Ludowy" to zupełnie co innego - pole semantyczne terminu bez porównania obszerniejsze.

      Usuń
    6. Żaden z tych przymiotników nie oddaje w pełni tego, co chcę przekazać. Zachowawcze mogłoby być także podążanie za modą w celach merkantylnych. Konserwstywny (choć, jak napisałem, uważam, że ono dziś jest bardziej politycznie nacechowane niż użyte słowo), a zwłaszcza tradycjonistyczny są już bliższe, ale raczej oznaczałyby po prostu przywiązanie do jakiejś tradycji. A tu jednak jest to bardziej buntownicza postawa, sprzeciw wobec postępu polegającego na coraz większej komercjalizacji jazzu.

      Mimo że oba słowa nie są w pełni porównywalne, to jednak JD przyznał, że do przymiotnika ludowy ma podobny stosunek. I problem z użyciem określenia reakcyjny tkwi właśnie w skojarzeniach i w historycznym konotacjach, a nie w tym słowie per se.

      Usuń
    7. OKI- teraz dopiero załapałem o co Ci chodzi. Niemniej reakcyjny nadal nie wydaje mi się tu nadal najlepszych określeniem - jego konotacja jest zbyt silna. W tej konkretnej sytuacji najbardziej pasowałby mi przymiotnik "prerafaelicki" pisany w cudzysłowie - bo to chyba dokładnie o to chodzi - o powrót to pewnego ideału formy (piękna) jako manifestacja niezgody na współczesny (artyście) trend w sztuce - w tym przypadku hard bop, a w przypadku prerafaelitów - powrót do wczesnego renesansu jako sprzeciw wobec akademizmu. Ten "prerafaelicki" mimo że dość egzotyczny jest o tyle dobry, że nie ma żadnych skojarzeń polityczno-społecznych czy nawet obyczajowych - odnosi się wyłącznie do abstrakcyjnie pojmowanego (związanego z formą) trendu w sztuce.

      Usuń
    8. Chodzi o powrót do estetyki hard bopu- jeśli dobrze zrozumiałem.

      Usuń
    9. Do estetyki post-bopu z naleciałościami free - okres mniej więcej 1965-67, tuż przed elektryfikacją jazzu.

      Prerafaelicki brzmi zbyt akademicko, zresztą odnosi się do konkretnej epoki i innej sztuki.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Swans - "Birthing" (2025)

[Recenzja] Laurence Pike - "Possible Utopias for Jazz Quintet" (2026)

[Recenzja] Boards of Canada - "Inferno" (2026)

[Recenzja] Arthur Blythe - "Lenox Avenue Breakdown" (1979)

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Live at the Plugged Nickel 1965" (1995)