[Recenzja] My New Band Believe - "My New Band Believe" (2026)

My New Band Believe to nowy projekt Camerona Pictona, basisty i okazjonalnie wokalisty black midi. Po dwóch latach od rozwiązania tamtej grupy, muzyk debiutuje pod nowym szyldem. Poprzeczka była ustawiona wysoko: nie tylko ze względu na rewelacyjne albumy tria, "Cavalcade" i "Hellfire", ale też konkurencyjny "The New Sound" kolegi z macierzystego zespołu, śpiewającego gitarzysty Geordiego Greepa. Ten ostatni materiał mocno sugerował, że to właśnie Greep był główną siłą kreatywną black midi. Czy w takim razie również Picton ma coś wartościowego do zaproponowania?
Szczerze mówiąc, bez większego entuzjazmu śledziłem ten projekt od ponad roku. Od momentu, gdy ukazał się debiutancki singiel My New Band Believe, "Lecture 25". Nagrany przez Pictona w roli śpiewającego gitarzysty - z pomocą basisty Johna Finerty'ego (Shame), perkusisty Davida Ike-Elechiego (Knats) oraz klawiszowca Setha Evansa (HMLTD, współpraca z black midi) - kawałek brzmi jak odrzut po jego poprzedniej grupie, tylko w znacznie uboższej aranżacji i wygładzonym, czystym brzmieniu. Podobne odczucia miałem przy wydanym niemal dokładnie rok później "Numerology", pomimo udziału sekcji dętej. Fajnie wypada tu bardziej zwariowana część instrumentalna, ale piosenkowe fragmenty są zbyt błahe i bezpieczne.
Ostatnim przedalbumowym singlem, a zarazem jedynym powtórzonym na longplayu, był "Love Story". Tym razem nie jest to przeróbka kompozycji Taylor Swift - black midi nagrało ją w okresie "Cavalcade", zresztą ze śpiewem Pictona - tylko autorski utwór, napisany z pomocą Georgii Ellery z Jockstrap i Black Country, New Road. Nagrany m.in. z muzykami grupy caroline oraz kwartetem smyczkowym kawałek w końcu przynosi bogatsze brzmienie i wyraźnie odcina się od estetyki poprzedniej grupy lidera, podążając w stronę kameralnego folku. Aranżacja i melodia mają pewien urok, ale też trochę banału, natomiast wokalowi Camerona nieco brakuje charyzmy oraz wyrazistości.
W nagraniu "My New Band Believe" Pictona wspomógł nie tylko prawie cały skład caroline i muzycy grający na smyczkach, ale także wielu innych instrumentalistów, jak pianista Finn Carter, basista Caius Williams czy perkusiści Steve Noble (Rip Rig + Panic) i Charlie Wayne (Black Country, New Road), a nawet kilkunastoosobowy chórek. Niewielką rolę odegrał też Finerty, natomiast Evans i Ike-Elechi są w tych albumowych nagraniach całkiem nieobecni. Już to mogło sugerować, że Cameron odcina się od swoich pierwszych nagrań pod nowym szyldem, a całość kontynuuje folkowy, całkowicie akustyczny kierunek "Love Story". To dobry wybór, bo to słabo zagospodarowana nisza na scenie Windmill, której jedynym istotnym przedstawicielem był dotąd zespół caroline.
Czytaj też: [Recenzja] black midi - "Hellfire" (2022)
Dobrą wiadomością jest też to, że na singiel wybrano najbardziej radiowy kawałek, a reszta materiału idzie w ciekawsze muzycznie rejony. Słychać tu liczne nawiązania do różnych form folku przełomu lat 60. i 70. - od tych bardziej melodyjnych, często wzbogaconych przesadnymi orkiestracjami (Picton zgłosił się z prośbą o ich aranżację do samego Van Dyke Parksa, ale koszty okazały się zbyt wysokie), po progresywne i awangardowe odmiany. Nie do końca jest to album koncepcyjny, ale jego przemyślana konstrukcja oraz bardzo spójna wizja artystyczna sprawiają, że słucha się go jak dzieła pomyślanego jako całość, a nie zbioru piosenek. Osiem utworów układa się w dwie dłuższe, niespełna 20-minutowe formy. Jedyna wyraźna przerwa między ścieżkami pojawia się w połowie materiału - akurat tam, gdzie w przypadku wydania winylowego trzeba zmienić stronę. Poza tym łatwo przeoczyć, gdzie kończy się jeden, a zaczyna kolejny utwór. I to pomimo tego, że każdy nagrano w trochę innym składzie.
Najlepsze są tu dwa najbardziej rozbudowane, trwające po ponad osiem minut utwory. To taki progresywny folk, mogący kojarzyć się chociażby z Royem Harperem. "Heart of Darkness" zaczyna się od dość misternych zagrywek gitary akustycznej, do których szybko dochodzi nieco teatralny wokal i coraz bogatsza aranżacja. Utwór płynnie przechodzi w kolejne segmenty o zmiennej dynamice, by na ostatnie trzy minuty pogrążyć się w instrumentalnym avant-folku ze zgrzytliwymi partiami smyczków, kontrastującym z melodyjnością i subtelnością wcześniejszych sekcji. W "Actress" aż takich sprzeczności nie ma, choć odrobina bardziej jazgotliwych dźwięków też się czasem pojawia. Dzieje się natomiast sporo - utwór nieustannie przechodzi od bardziej oszczędnych, pastoralnych momentów do rozmachu i intensywności. Nie zabrakło uroczych melodii, a całość znów ma w sobie coś teatralnego, czy może raczej kabaretowo-musicalowego.
Czytaj też: [Recenzja] caroline - "caroline 2" (2025)
Długość pięciu minut przekracza "In the Blink of the Eye", także dość rozbudowany, zwłaszcza pod względem aranżacji, z najbardziej bujną orkiestracją. Spod niej przenikają przede wszystkim całkiem kunsztowne partie gitary oraz zróżnicowane linie melodyczne, czasem bardziej udramatyzowane, innym razem o humorystycznym zabarwieniu. Reszta albumu to już piosenki nieprzekraczające czterech, a czasem nawet trzech minut, nawiązujące do singer-songwriterskiej tradycji. Lekki, frywolny melodycznie "Target Practice" brzmi jak pastisz tej estetyki, zwłaszcza gdy do oszczędnych partii gitary dochodzi pełna quasi-symfonicznego rozmachu orkiestracja. Picton zdaje się tu całkiem świadomie korzystać z kiczu, dzięki czemu to niedopasowanie bawi, zamiast irytować. "Pearls" zaczyna się jak kolejna urocza, subtelna piosenka, by zaraz podążyć w bardziej avant-folkowe rejony z chrapliwym klarnetem i piskliwymi smyczkami. Znalazły się tu jednak też takie nagrania, jak w całości zgrabny, melodyjny "Opposite Teacher" czy delikatny, intymny "One Night". Jest też wspomniany "Love Story", najbardziej błaha na płycie piosenka, nienajgorzej jednak wtapiająca się w album.
Na podstawie singli nie spodziewałem się wiele, a tymczasem "My New Band Believe" pokazuje, że w black midi był nie jeden, a dwóch sprawnych, pomysłowych twórców. Podczas gdy Geordie Greep na swoim solowym albumie ciekawie rozwinął styl tamtego zespołu, Cameron Picton starał się zaproponować coś innego, a efekt naprawdę mnie przekonał. Nie brak tu wyrazistych kompozycji, ani ciekawych aranżacji, wykonaniu też nie można nic zarzucić. Już nie żałuję rozpadu black midi, skoro jego miejsce zajęły dwa tak ciekawe projekty.
Ocena: 8/10
My New Band Believe - "My New Band Believe" (2026)
1. Target Practice; 2. In the Blink of an Eye; 3. Heart of Darkness; 4. Love Story; 5. Pearls; 6. Opposite Teacher; 7. Actress; 8. One Night
Skład: Cameron Picton - wokal, gitara, instr. perkusyjne (1-7), saksofon bambusowy (2,4,5,7), mandolina (3), pianino (5), harmonijka (7); Finn Carter - pianino (1,2,4,7,8), dodatkowy wokal (1,5); Tony Njoku - pianino (5); Alex McKenzie - klarnet (1,2,8), flet (1,3,5), saksofon (1,3,5), klarnet basowy (4,5,8), akordeon (7); George Johnson - saksofon (3,7); Nathan Pigott - saksofon (3); Freddy Wordsworth - puzon (4,5), skrzydłówka (4,8), trąbka (4,8), dodatkowy wokal (1,3,5,7); Eliette Harris - skrzypce (1,2,4,7); Oliver Hamilton - skrzypce (3-5,8); Magdalena McLean - skrzypce i altówka (3-6,8); Freya Hicks - altówka (1,2,4,7); Nina Lim - altówka (1,2,4,7); Benedict Swindells - wiolonczela (1,2,4,7); Jasper Llewellyn - wiolonczela (3); Caius Williams - kontrabas (1-7); Hugh Aynsley - perkusja (2,4,5); Alex Andropoulos - perkusja (2); Steve Noble - perkusja (3,6,7); Andrew Cheetham - perkusja (3); Charlie Wayne - perkusja i instr. perkusyjne (7); Josh Finerty - efekty (4), dodatkowy wokal (1,5); Kiran Leonard - aranżacja instr. smyczkowych; Rosie Alena, Daisy Ayscough, Alice Backstrom, Helena Beese, Oliva Bowman, Felix Davidson, Ginny Davies, Louis Farmer, Kaya Heaton, Martha Irwin, Ella Konzon, Amber Lashley, Matt Lulu, India Mansfield, MAY, Sarah Meth, Will Nicholls, Jack Shep, Spencer Spencer, Joe Taylor - chórek (1,3,5,7)
Producent: Cameron Picton, Jasper Llewellyn i Mike O'Malley
Mam bardzo podobne odczucia. Single zupełnie mnie nie kupowały, a z wcześniejszych, w pełni samodzielnych mixtape'ów Pictona udało mi się przesłuchać jeden i to z niemałym wysiłkiem. Album niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył, choć też po kilku odsłuchach uderzyło mnie, że Picton i Greep korzystają z niespodziewanie podobnych środków wyrazu - ta zabawa kiczem, ze świadomie rozdmuchanymi aranżacjami; na The New Sound w pełni słyszalna, zaś tu bardziej subtelna inspiracja muzyką brazylijską (w niektórych partiach gitary słyszę echa Gilberto Gila, zaś sam Picton umieścił Miltona Nascimento w playliście z inspiracjami dla albumu). Mimo wszystko słychać, że panowie byli w jednym zespole.
OdpowiedzUsuńKojarzy mi się to trochę z zeszłorocznym "Forever Howlong" Black Country, New Road - tylko tu jest jeszcze lepiej, odważniej i ciekawiej. Jestem absolutnie zachwycony tym krążkiem - szeroki aparat wykonawczy, bogate brzmienie, inspiracje folkiem, odważne eksperymenty z stylistyką i doskonałe melodie sprawiają, że jest to dla mnie jeden z lepszych albumów sceny Windmill, wcale nie ustępujący dokonaniom Black Midi i Black Country, New Road.
OdpowiedzUsuńNie radzę sobie z tą płytą, 6/10
OdpowiedzUsuń