[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)

O modnej dziś muzyce w zasadzie w ogóle nie piszę. Angine de Poitrine to jednak rzadki przypadek, gdy do świadomości szerszego grona odbiorców przedostał się przedstawiciel niszowej stylistyki - grupa grająca mikrotonowego math rocka. Kanadyjski duet stał się viralem w social mediach, gdy użytkownicy zaczęli masowo udostępniać fragmenty jego niedawnej sesji dla KEXP. Na społecznościówkach się jednak nie skończyło - muzycy szybko zyskali uznanie krytyków i zainteresowanie promotorów koncertowych. A wszystko to tuż przed premierą ich drugiego albumu, która miała miejsce w ostatni piątek.
Za hajp na Angine de Poitrine (z francuskiego: dławica piersiowa) niewątpliwie odpowiadają głównie kwestie pozamuzyczne. Na czele z absurdalnymi, campowymi przebraniami, z ogromnymi maskami z papieru máché, skrywającymi tożsamość muzyków. A dochodzą do tego jeszcze opowieści o przybyciu z innej planety czy posługiwanie się wymyślonym językiem. Czyli trochę taka mieszanka Daft Punk z francuską grupą Magma, by sięgnąć tylko po najbardziej oczywiste porównania, choć dla wielu użytkowników socialów mógł to być pierwszy kontakt z czymś tak odjechanym. Zresztą to samo dotyczy muzyki, która dla jednych będzie faktycznie brzmieć jakby pochodziła z innej planety, podczas gdy bardziej świadomi słuchacze bez trudu znajdą tu różne stylistyczne tropy.
Angine de Poitrine łączą precyzję i dyscyplinę Horse Lords czy ejtisowego King Crimson z bardziej humorystycznym, groteskowym podejściem King Gizzard and the Lizard Wizard. Z tą pierwszą, a częściowo też ostatnią grupą anonimowi Kanadyjczycy podzielają także fascynację mikrotonalnością. I nie ma w tych podobieństwach nic złego, bo to świetne inspiracje, a efekt jest bardzo przekonujący. Imponujące jest zwłaszcza, że za tak intensywną, gęstą i bogatą fakturalnie muzykę odpowiada jedynie dwóch instrumentalistów. Jeden z nich korzysta z wykonanej na zamówienie dwugryfowej gitary mikrotonowej, jednocześnie obsługując nożne efekty do tworzenia w czasie rzeczywistym pętli. Dzięki temu może jednocześnie pełnić role gitarzysty i basisty, a nawet kilku gitarzystów i basistów na raz. Druga połowa duetu to perkusista, również wspierający się pętlami. Ponadto obaj śpiewają, choć wokal jest raczej szczątkowy. Warto zobaczyć wspomniany występ dla KEXP, bo to dwojenie się i trojenie gitarzysty oraz perfekcyjne zgranie obu muzyków - a wszystko to w utrudniających grę kostiumach - robi niesamowite wrażenie.
W wersji audio też jest bardzo spoko. "Vol. II" to zaledwie sześć utworów o łącznym czasie trzydziestu siedmiu minut. W porównaniu z wydanym dwa lata temu debiutem - na którym obecny styl był już w pełni wykrystalizowany - słychać zdecydowany progres kompozytorski. Nowe kawałki są po prostu bardziej wyraziste i różnorodne. Zaczyna się całość od najbardziej chwytliwego "Fabienk", przy czym to wciąż granie, po którym bynajmniej nie spodziewałbym się komercyjnego sukcesu: połamane rytmicznie, pełne gitarowych repetycji i dziwacznych modulacji brzmienia, z głupawymi wstawkami wokalnymi. W "Mata Zyklek" bliskowschodnie melodie, szaleńcze tempo oraz groteska ewidentnie przywodzą na myśl KGLW z "Flying Microtonal Banana", ale to jeszcze bardziej intensywne i złożone granie. Dynamicznie zróżnicowany "Sarniezz" może przytłaczać mnogością zapętlających się dźwięków, a zarazem w grze muzyków słychać niesamowitą lekkość. Z kolei "Utzp" wprowadza na płytę klezmerską melodykę; to własny utwór, ale mógłby pochodzić ze zbioru Masada Songbook Johna Zorna. Nieco bardziej brutalne - wciąż jednak finezyjne - oblicze duetu pokazuje "Yor Zarad". Finałowy "Angor" wyróżnia się natomiast wolniejszym tempem, ale to wciąż masywne granie, ponownie o silnie bliskowschodnim zabarwieniu.
"Vol. II" Angine de Poitrine pod względem muzycznym nie jest żadnym przełomem, ale viralowy sukces tego typu muzyki to już coś nowego i zaskakującego. Zapewne to tylko krótkotrwała popularność w mediach nowego typu, która z pewnością nie pociągnie za sobą większej otwartości mas na bardziej złożone granie. Niemniej jednak i tak cieszy, że chociaż na chwilę taka muzyka wyszła z totalnej niszy. A z albumem koniecznie powinni zapoznać się miłośnicy takich pokręconych rzeczy.
Ocena: 8/10
Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)
1. Fabienk; 2. Mata Zyklek; 3. Sarniezz; 4. Utzp; 5. Yor Zarad; 6. Angor
Skład: Khn de Poitrine - gitara, gitara basowa, pętle, wokal; Klek de Poitrine - perkusja i instr. perkusyjne, pętle, wokal
Producent: Angine de Poitrine i Fabien Peterson
Fajny album - mam nadzieję, że muzycy jeszcze wzbogacą tę stylistykę o nowe instrumenty, bo słychać tu duży potencjał. Ja np. byłbym ciekaw jak pasowałaby tu mikrotonowa marimba lub klawisze.
OdpowiedzUsuńja bym tutaj słyszał jakiegoś walniętego puzonistę. w zwyczajnym systemie prawie nigdy nie stroją, więc muzyka mikrotonalna może pasować idealnie ;)
Usuńo, o! albo saksofony ;)
UsuńSaksofonistę mają Horse Lords - a na nadchodzącym albumie jest też klarnet basowy i puzon - więc dalej byłoby to wtórne. Niemniej jednak tok rozumowania macie słuszny, bo tez myślę, że te dwa dotychczasowe albumy AdP wyczerpały już obecną formułę. Fajnie, gdyby duet zrobił to samo, co black midi pomiędzy "Schlagenheim" i "Cavalcade", czyli właśnie poszerzył formułę - o nowe instrumenty, ale też nowe inspiracje.
UsuńFagot?
UsuńNajbardziej niedoceniony dęciak moim zdaniem, też by tu pasował
UsuńDobrze, że opisałeś ten album.
OdpowiedzUsuńBardzo ważnym wpływem na albumie i dla tego zespołu w ogóle jest też tak zwany anatolijski rock - warto ogarnąć twórczość Erkina Koraya czy Seldy Bagcan by lepiej ten wpływ zrozumieć.
OdpowiedzUsuńZgadza się,, to właśnie ta bliskowschodnia melodyka, o której wspominam.
UsuńWłaśnie pod wpływem tego albumu wróciłem sobie do Elektronik Turkuler Koraya. Bardzo dobra płyta. Troszkę się zdziwiłem, że Paweł nie ocenił jej na RYM. Flying Microtonal Banana bardzo dużo z niej bierze stylistycznie, choć Erkin chyba w nieco większym stopniu łączy rock z tureckim folkiem. To połączenie wychodzi bardzo naturalnie i rezultatem jest naprawdę oryginalna psychodelia.
UsuńMi też się podoba ta płyta, ode mnie też 8/10
UsuńPod względem narrocyjno-wizualnym, nie muzycznym, mam też podobne skojarzenia z Magmą i Gongiem, w sumie wszystko połączone w jakiś sposób z Francuzami.
OdpowiedzUsuńWreszcie jakiś popularny zespół nie w 12-TET! Ciekaw jestem tylko, dlaczego akurat ten...
OdpowiedzUsuńNie ze względów muzycznych.
Usuń