[Recenzja] Saba Alizadeh - "Rituals of the Last Dawn" (2026)

Okładka płyty "Rituals of the Last Dawn" Saby Alizadeh.


Karierę Saby Alizadeha - irańskiego kompozytora i specjalisty od tradycyjnego perskiego instrumentu kemancze - śledzę od jego debiutanckiego albumu "Scattered Memories". Na wydanej przed siedmioma latami płycie muzyk przekonująco połączył lokalne dziedzictwo muzyczne ze współczesną technologią oraz inspiracjami muzyką elektroakustyczną, ambientem czy estetyką drone. Kontynuował tę syntezę na swoich kolejnych wydawnictwach: "I May Never See You Again" (2021) oraz zeszłorocznym "Temple of Hope". Na tym ostatnim Alizadeh porzucił dotychczasową neutralność, wprost odnosząc się do sytuacji po śmierci Mahsy Amini w wyniku pobicia przez policję obyczajową - do ogromnych protestów krwawo tłumionych przez irański reżim, ale dając pewną, choć złudną nadzieję. Artysta mógł już bezpiecznie informować o opresyjności i bezwzględności systemu w kraju, z którego pochodzi, bo sam jakiś czas wcześniej uciekł przed nim do Europy.

Materiał na najnowszy, czwarty album Saby Alizadeha, "Rituals of the Last Dawn", został nagrany w lipcu zeszłego roku, tuż po izraelskim ataku na Iran. Ukazuje się natomiast w trakcie kolejnej fali agresji izraelsko-amerykańskiej agresji na ten kraj, podczas której oprócz wojskowych celów zbombardowano szkołę z ponad setką uczennic. I choć nie sposób bronić irańskiego reżimu - tylko w tym roku, podczas kolejnych protestów miało zginąć nawet 30 tysięcy osób - to po drugiej stronie nikt już nawet nie udaje, że chodzi o poprawę sytuacji uciskanej ludności w Iranie. Właściwie nie wiadomo, czy w ogóle o cokolwiek chodzi, poza próbą ukrycia przez Netanjahu i Trumpa swoich innych przestępstw oraz politycznej niekompetencji. W tym kontekście nie powinien dziwić bardziej pesymistyczny tytuł albumu w kontrze do zeszłorocznej płyty.


"Rituals of the Last Dawn" składa się jedynie z dwóch około 20-minutowych utworów. Saba Alizadeh tym razem skupia się wyłącznie na grze na kemancze, elektronikę pozostawiając gościom, grającym również na gitarach. "First Ritual" to efekt współpracy z Włochem Pietro Caramellim, a "Last Ritual" - z pochodzącą z Tajlandii, ale mieszkającą w Belgii Liew Niyomkarn. Jednak partie tych muzyków pełnią raczej rolę subtelnego dopełnienia - istotnie wzbogacającego brzmienie i fakturę, ale przez większość czasu pozostają na dalszym planie. W pierwszym utworze ambientowe tło syntezatora i oszczędne dźwięki gitary tworzą akompaniament dla przeciągłych, melancholijnych, ale momentami lekko niepokojących partii lidera - trochę przypominających grę na wiolonczeli, lecz o wyraźnie bliskowschodniej melodyce. Drugi utwór ma nieco bardziej medytacyjny charakter, a pastoralny nastrój podkreślają partie gitary hawajskiej. Z czasem robi się odrobinę bardziej posępnie, zachowując spokojny, zadumany charakter.

Saba Alizadeh na swoim czwartym albumie nie zmienia ogólnej koncepcji, znanej z wcześniejszych dokonań, choć próbuje pewnych nowych rozwiązań, jak udział gitarzystów. "Rituals of the Last Dawn" to płyta na styku bliskowschodniej tradycji oraz bardziej współczesnych, zachodnich rozwiązań. Warto sprawdzić, jeśli lubi się tego rodzaju fuzje. Dodatkowym atutem jest melancholijny, raczej pesymistyczny nastrój wydawnictwa, który w kontekście bieżących wydarzeń nabiera głębi.

Ocena: 7/10


Saba Alizadeh - "Rituals of the Last Dawn" (2026)

1. First Ritual; 2. Last Ritual

Skład: Saba Alizadeh - kemancze; Pietro Caramelli - gitara i elektronika (1); Liew Niyomkarn - gitara lap steel i elektronika (2)
Producent: Saba Alizadeh


Komentarze

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)