[Recenzja] Jack DeJohnette's Directions - "Cosmic Chicken" (1975)

Okładka płyty "Cosmic Chicken" Jacka DeJohnette’a.


Wielkim nieobecnym medialnych wspomnień zmarłych z ostatniego roku był Jack DeJohnette. Chciałbym wierzyć, że to dlatego, iż od tej śmierci minął zaledwie tydzień, więc wiadomość mogła nie dotrzeć na czas. Bardziej prawdopodobne, że to po prostu zbyt mało medialna postać, bez żadnych spektakularnych sukcesów komercyjnych i kontrowersji na koncie. DeJohnette był po prostu jazzowym bębniarzem. Jednym z najlepszych.

Grać uczył się od wczesnego dzieciństwa, przy czym to wcale nie perkusja była jego pierwszym wyborem. Jako czterolatek rozpoczął naukę na fortepianie, ćwicząc klasyczny repertuar; kontynuował ją w The Music Conservatory of Chicago College of Arts. Być może właśnie to wpłynęło na wyjątkową muzykalność jego gry na bębnach. Perkusją zainteresował się jako nastolatek, po odkryciu bluesa i jazzu. Szybko zyskał uznanie na lokalnej scenie Chicago, grając w różnych składach hardbopowych i R&B. Zdarzało mu się też występować z Sun Ra i jego Arkestrą, a raz nawet zagrał kilka utworów z Johnem Coltrane'em.


Przełomowym momentem była jednak przeprowadzka do Nowego Jorku i dołączenie do kwartetu saksofonisty i flecisty Charlesa Lloyda, którego składu dopełniali początkujący Keith Jarrett i Cecil McBee. W drugiej połowie lat 60. grupa cieszyła się sporą popularnością, także wśród hippisowskiej publiczności. DeJohnette nie wahał się jednak odejść, gdy otrzymał propozycję zastąpienia Tony'ego Williamsa w kwintecie Milesa Davisa. I to była życiowa decyzja - sam udział w nagraniu "Bitches Brew" uczynił z niego jednego z najbardziej rozchwytywanych i docenianych jazzowych bębniarzy (jego grę można usłyszeć też we fragmentach "Jacka Johnsona", "On the Corner" i "Big Fun"). Wymieniać wszystkich z którymi od tego momentu grał - lub którzy jego wspierali na autorskich płytach - nie ma w zasadzie sensu, bo byli to chyba wszyscy liczący się jazzmani aktywni w tamtym czasie.

Po opuszczeniu stałego zespołu wspierającego Davisa, DeJohnette prowadził kilka własnych grup. Najsłynniejszą - obok Gateway, z Johnem Abercrombie oraz Dave'em Hollandem, i może jeszcze Special Edition, była Directions, nazwana najpewniej od jednego ze stałych punktów występów Milesa z wczesnego etapu elektrycznego okresu. W oryginalnym składzie grupy, oprócz lidera, znaleźli się saksofonista Alex Foster, basista Peter Warren oraz wspomniany Abercrombie, oczywiście w roli gitarzysty. Kwartet zadebiutował płytą "Cosmic Chicken", która pomimo idiotycznego tytułu i takiej też okładki, muzycznie prezentuje wysoki poziom. To osiem kompozycji - siedem autorstwa kwartetu plus interpretacja "Eiderdown" Steve'a Swallowa - dających kompletny obraz DeJohnette'a.


Momentami nie jest to granie dalekie od davisowego fusion. Choćby w gęstym, intensywnym utworze tytułowym słychać echa "Bitches Brew", mimo bardzo skondensowanej formy i małego składu. Foster gra tu wręcz freejazzowe solo, podczas gdy partie Abercrombiego mogą spodobać się także miłośnikom rocka, a tymczasem sekcja rytmiczna zapewnia solidny groove. Inne przykłady fusionowego grania to pierwsza połowa "Shades of the Phantom" i cały "Sweet and Pungent", bardziej nastrojowy, choć zarazem zadziorny numer ze znów niemal freejazzowym saksofonem. Z kolei w "Stratocruiser" brzmienia fusion połączono z klasycznym swingiem i ekspresyjną, hardbopową solówką Fostera, a jest tu też dłuższy, znakomity popis lidera na perkusji.

Bardziej zaskakującym nagraniem jest "One for Devadip and the Professor", dedykowany Carlosowi Santanie i Charlesowi Lloydowi, ale niemający wiele wspólnego z ich twórczością. Jazzowym solówkom Abercrombiego i Fostera towarzyszy tu zapętlona sekwencja DeJohnette'a na syntezatorze, przypominająca dokonania minimalistów. Syntezator, już bez dodatku innych instrumentów, powraca w drugiej, klasycyzującej połowie "Shades of the Phantom". Lider pokazuje się tu też jako bardzo sprawny pianista: w solowym "Memories", gdzie na przemian stosuje różne techniki gry, oraz w zespołowym "Eiderdown", najbardziej melodyjnym, wręcz chwytliwym kawałku na płycie. Całości dopełnia żartobliwy "Last Chance Stomp" z celowo zniekształconym brzmieniem, jak ze starej płyty, w części zespołowej, poprawiającym się podczas krótkiej solówki perkusyjnej i fortepianowej kody.


Eklektyzm "Cosmic Chicken" może trochę utrudniać odbiór tego materiału, ale Jack DeJohnette po prostu był wszechstronnym muzykiem i najwyraźniej chciał tu pokazać, jak bardzo. Album przepadł komercyjnie i od czasu pierwotnego wydania - w Stanach, Kanadzie i Japonii - nie doczekał się żadnego wznowienia ani nie jest dostępny w streamingu. Zdecydowanie nie jest to wina samej muzyki, bo cały kwartet gra fantastycznie, są ciekawe i zaskakujące rozwiązania aranżacyjne, a kompozycje też się bronią. Być może zabrakło dobrej promocji ze strony Prestige, albo zawartość "Cosmic Chicken" za bardzo odbiega od typowego dla tamtego czasu, mocno już skomercjalizowanego fusion. A może to jednak przez tę nieszczęsną okładkę i tytuł.

Ocena: 8/10


Jack DeJohnette's Directions - "Cosmic Chicken" (1975)

1. Cosmic Chicken; 2. One for Devadip and the Professor; 3. Memories; 4. Stratocruiser; 5. Shades of the Phantom; 6. Eiderdown; 7. Sweet and Pungent; 8. Last Chance Stomp

Skład: Jack DeJohnette – perkusja, instr. klawiszowe; Alex Foster – saksofon altowy, saksofon tenorowy; John Abercrombie – gitara; Peter Warren – kontrabas
Gościnnie: Skip Shimmin - efekty (8)
Producent: Jack DeJohnette i Orrin Keepnews


Komentarze

  1. Świetna płyta, Abercrombie też zasługuje na wyróżnienie. DeJohnette pojawia się tylu wspaniałych albumach, można stworzyć naprawdę długa listę (grał nawet z Derekiem Bailey'em)! Warto też zwrócić uwagę na inne znakomite jego projekty jako lidera, szczególnie te pod szyldem Jack DeJohnette's Special Edition - "Tin Can Alley", "Inflation Blues", "Album Album", a dla bardziej zaawansowanych słuchaczy "Audio-Visualscapes" i " Live At The Montreal Jazz Festival 1988" (https://www.youtube.com/watch?v=9hIWu0rN4HY). Na tych ostatnich mamy naprawdę znakomity skład: Greg Osby, Gary Thomas, Mick Goodrick, Lonnie Plaxico. A na koncercie z Montrealu na gitarze gra nie tylko Goodrick (jeden z ojców gitarowej rewolucji połowy lat 70.), ale także Metheny i można przekonać się, dlaczego jest on uważany za jednego z najwybitniejszych gitarzystów jazzowych.
    Smutne, że wiadomość o śmieci DeJohnette nie przebiła się wśród newsów o kolejnych ekscesach pomarańczowego geniusza. O niedawnej śmierci Raya Drummonda publiczność też się prędko nie dowie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tu w wywiadzie trochę o nagrywaniu tej płyty: https://jazzday.com/media/AC0808_DeJohnette_Jack_Transcript.pdf
    Wygląda na to, że to DeJohnette odpowiadał za pomysł okładki, miało to być zabawne. Zastanawia kształt liter w tytule, kojarzy się bardziej z latami 80.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)