[Recenzja] Anna von Hausswolff - "Iconoclasts" (2025)

Okładka płyty "Iconoclasts" Anny von Hausswolff.


Płyta tygodnia 27.10-2.11

To była najdłuższa przerwa fonograficzna w karierze Anny von Hausswolff. "Iconoclasts" ukazuje się po pięciu latach od premiery "All Through Fly". Jeśli zaś liczyć od ostatniej płyty ze śpiewem i instrumentarium wykraczającym poza organy piszczałkowe - czyli od "Dead Magic" - to trzeba doliczyć kolejne dwa lata. W międzyczasie o Annie zrobiło się dość głośno, gdy w grudniu 2021 odwołano dwa francuskie koncerty po protestach katolickich fundamentalistów i obawach o bezpieczeństwo uczestników. Wszystko dlatego, że występy miały się odbyć w kościołach - jedynych obiektach dysponujących organami, instrumentem kompletnie nienadającym się do transportu - a von Hausswolff zdarzyło się kiedyś śpiewać o uprawianiu miłości z diabłem; to autentyczny, ale wyrwany z kontekstu cytat z opowiadającej o uzależnieniu piosenki "Pills". Sytuacja tym bardziej kuriozalna, że podczas występów miał być prezentowany wyłącznie instrumentalny repertuar. Być może właśnie do tamtych wydarzeń nawiązuje obrazoburczy tytuł nowego wydawnictwa.

Na "Iconoclasts" wraca pełny zespół towarzyszący, zresztą bardziej rozbudowany niż na wcześniejszych wydawnictwach. Poza standardowym zestawem gitarzystów, klawiszowców i bębniarzy, w nagraniach istotną rolę odgrywa grający na saksofonie oraz klarnecie Otis Sandsjö, a także siedmioosobowa sekcja smyczkowa. Dęciaki to na płycie von Hausswolff całkowita nowość, a smyczki pojawiły się już na "Dead Magic", choć w nie takiej ilości. Ponadto na albumie nie zabrakło gości, co również stanowi pewne novum: jest wśród nich rockowy weteran Iggy Pop, ale też debiutująca w obecnej dekadzie, zyskująca coraz większą popularność Ethel Cain.


"Iconoclasts" jest więc albumem bogatszym brzmieniowo od poprzednich, przynoszącym nowe rozwiązania aranżacyjne, ale stylistycznie wciąż mieści się gdzieś na pograniczu art popu i neoclassical darkwave, doraźnie z innymi wpływami. Że nie będzie rewolucji, a tylko lekka ewolucja, można się było przekonać jeszcze przed premierą, gdy na przestrzeni kilku tygodni ujawniono aż pięć z dwunastu utworów. Wśród nich znalazły się oba wspomniane duety. Popa śpiewającego w tak zwiewnym, melancholijnym kawałku, jak "The Whole World" z akompaniamentem gitary akustycznej i przestrzennych klawiszy, nie było w moim muzycznym bingo. Swoją drogą, jeśli Anna chciała skontrastować swój śpiew niskim, monotonnym głosem męskim, to bardziej naturalnym wyborem byłby choćby Michael Gira, do którego artystka powinna mieć kontakt, bo parę lat temu sama śpiewała na płycie "Leaving Meaning" grupy Swans. Iggy'ego partia jest, niestety, mocno wymęczona. O wiele lepiej wypada duet z Cain w "Aging Young Women", gdzie głosy obu wokalistek bardzo ładnie się uzupełniają, a towarzyszy temu dość subtelny, mimo nieco baroque-popowej estetyki, akompaniament z dużą rolą smyczków oraz dodatkiem dęciaków i organów piszczałkowych.

Taki quasi-piosenkowy charakter mają też dwa inne z singli: "Stardust" - oparty na bardziej wypuklonych partiach sekcji rytmicznej, z przesterowanym basem - oraz "Facing Atlas", utwór subtelniejszy, z początku niemal ambientowy, a w dalszej części nabierający dynamiki, łącząc niemal taneczny rytm z potężnymi syntezatorami w stylu ścieżki dźwiękowej "Blade Runner". Zdecydowanie mniej singlowy charakter ma "Struggle with the Beast", blisko dziewięciominutowy utwór, z rozbudowanym wstępem, z zadziorną, ale melodyjną solówką saksofonu na pierwszym planie, w towarzystwie energetycznej, wyeksponowanej perkusji oraz przeróżnych brzmień klawiszowych. Gdy w czwartej minucie wchodzi wokal, robi się już bardziej konwencjonalnie, by po kolejnych dwóch minutach Anna zaczęła trochę bardziej eksperymentować z głosem - szkoda, że tylko przez chwilę. Jest jeszcze intensywny, transowy final bez śpiewu, zamykający utwór spójną klamrą.


Z albumowych utworów na szczególne wyróżnienie zasługuje "An Ocean of Time", nagrany we współpracy z serbskim twórcą muzyki elektronicznej, Abulem Mogardem. To ośmiominutowe nagranie o onirycznej, lekko niepokojącej atmosferze, z delikatnymi partiami wokalnymi zatapiającymi się w dark-ambientowych drone'ach. Najdłuższy na płycie, przekraczający 11 minut utwór tytułowy po intrygującym, masywnym wstępie szybko nabiera piosenkowego charakteru, by w dalszej części jeszcze kilkakrotnie zmienić charakter: jest tu fragment z akompaniamentem samych smyczków, a nawet elektroniczne zwolnienie z solówką saksofonu. Nierówny to utwór, który bywa ciekawy, ale w bardziej konwencjonalnych momentach robi się dość nijako. Podobny problem mam z pozostałymi stosunkowo długimi kawałkami: "The Mouth" i "Unconditional Love", bardzo przeciętnych i zbyt rozciągniętych w częściach wokalnych. Pierwszy z nich ma za to ciekawą, eksperymentalną kodę, a drugi przyjemne fragmenty instrumentalne z kameralnymi partiami smyczków. Całości dopełniają trzy instrumentale. Finałowy "Rising Legends", z tą stopniowo budowaną atmosferą, świetnie sprawdziłby się jako intro. Natomiast faktyczny otwieracz, "The Beast", to w sumie zbędna wariacja motywu ze "Struggle with the Beast". Bardzo przyjemnie wypada natomiast "Consensual Neglect", z podwójną partią saksofonu na ambientowym tle.

"Iconoclasts" to album nierówny, choć przy długości 73 minut spokojnie można było dokonać istotnej selekcji materiału. Jest tu sporo niezłych pomysłów aranżacyjnych, na dobre wyszło poszerzenie instrumentarium i nieliczne nowe rozwiązania, a do wykonania trudno się przyczepić, ale same kompozycje nie są najmocniejszymi w dorobku Anny von Hausswolff - co słychać zwłaszcza w tych bardziej piosenkowych momentach dłuższych utworów. Album nadrabia wieloma świetnymi momentami, ale pozostawia mnie z mieszanymi odczuciami.

Ocena: 7/10

Nominacja do płyt roku 2025


Anna von Hausswolff - "Iconoclasts" (2025)

1. The Beast; 2. Facing Atlas; 3. The Iconoclast; 4. The Whole Woman; 5. The Mouth; 6. Stardust; 7. Aging Young Women; 8. Consensual Neglect; 9. Struggle with the Beast; 10. An Ocean of Time; 11. Unconditional Love; 12. Rising Legends

Skład: Anna von Hausswolff - wokal, organy piszczałkowe, gitara (6,9), aranżacja instr. dętych, aranżacja instr. smyczkowych (9); Filip Leyman - syntezator (1-9,11-12), perkusja i instr. perkusyjne (2-5,7,9,11), gitara (3-4,9); Otis Sandsjö - saksofon (1-3,5-9,11), klarnet (3,5,7,9,11), aranżacja instr. dętych (1,3,5,8); Joel Fabiansson - gitara (2-3,5-6,9); David Sabel - gitara basowa (2-3,5-6,9); Alexander Chojecki - skrzypce (3,5,7,9,11); Charlotta Grahn-Wetter - skrzypce (3,5,7,9,11); Jenny Jonsson - skrzypce (3,5,7,9,11); Annie Svedund - skrzypce (3,5,7,9,11); Märta Eriksson - altówka (3,5,7,9,11); Lisa Reuter - wiolonczela (3,5,7,9,11); Viktor Reuter - kontrabas (3,5,7,9,11); Martin Schaub - aranżacja instr. smyczkowych (3,5,7,9,11); Love Meyerson - perkusja (3,6); Karl Vento - gitara akustyczna (4); Samuel Runsteen - instr. smyczkowe (4), aranżacja instr. smyczkowych (4)
Gościnnie: Iggy Pop - wokal (4); Ethel Cain - wokal (7); Abul Mogard - elektronika (10); Maria von Hausswolff - wokal (11)
Producent: Anna von Hausswolff i Filip Leyman


Komentarze

  1. Napaliłeś się na ten album jak szczerbaty na suchary, tak bardzo że zrecenzowałeś jej całą dyskografię a tu ledwo średnia płyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 7/10 to nie jest średnia płyta, średnie mają po 4-5. Mniej więcej takiego albumu spodziewałem się na podstawie singli, a wcześniejsze wydawnictwa i tak czekały na zrecenzowanie od 2018 roku ("Dead Magic" chwaliłem wówczas w podsumowaniu roku, ale recenzji nie było) i w końcu nadążyła się okazja. Nawiasem mówiąc, nie zrecenzowałem całej dyskografii, pominąłem debiut i "All Thoughs Fly", choć ten drugi miał mini-recenzje w roku premiery.

      Usuń
    2. Tak, biorąc pod uwagę najgorszą ocenę 0/10 i najlepszą 10/10, to średnia wynosi 5/10. Ale to jest tylko matematycznie. Płyty oceniane 4-5/10, czyli w przeliczeniu na często używaną skalę pięciostopniową 2 -2,5/5 uznaję jednak osobiście za gorsze niż średnie. Tak się przyzwyczaiłem, że jak widzę 2/5 to unikam płyty. 🙂 Bo to też chyba często najgorsza ocena. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem 1 gwiazdkę na 5. Pewnie się zdarza, ale oznacza już katastrofę. Dla każdego określenie średnie granie może oznaczać coś innego. Dla ciebie to jest 4-5/10 i super. Przynajmniej wiem, że jak oceniasz 6/10 to jest już na pewno warte uwagi bo dobre. Wracając do najważniejszego, po pierwszym przesłuchaniu w/w płyty na razie wacham się między 6, a 7 na 10, czyli w moim odczuciu między średnią, a dobrą płytą. Denerwuje mnie utwór z Iggy Popem. Ale to jest tylko 1 przesłuchanie. Przy okazji polecam debiut zespołu Ferrules z Trójmiasta, tutaj jest co najmniej dobrze.

      Usuń
    3. Na podstronie skala ocen jest dokładnie wyjaśnione, w jaki sposób oceniam i co oznaczają konkretne oceny, nie trzeba tego tak analizować.

      Usuń
    4. Napisałem tylko, jakie są moje odczucia. Podyskutować można 😎

      Usuń
    5. Tylko właśnie nie za bardzo jest o czym dyskutować, wszystko jest jasno wyłożone, nie zostawiając miejsca na interpretację 😉.

      Usuń
    6. Ja też nie interpretuję twoich opisów ocen. Nawet napisałem, że wiem, co jest dla ciebie średnie na podstawie twoich ocen. Bo nawet to wyżej przypomniałeś. Podzieliłem się tylko tym, jak ja odbieram punktowanie w skali 1-10 i 1-5. 😪

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)