[Recenzja] Death - "Symbolic" (1995)

Okładka płyty "Symbolic" grupy Death.


Cykl "Ciężkie poniedziałki" S03E04

Dyskografia bez słabych punktów to rzadkość. Łatwiej jest, oczywiście, utrzymać poziom, gdy nagrało się niewiele płyt. Siedem albumów bez żadnej wtopy to już jednak całkiem spore osiągniecie. Wyczyn ten udał się grupie Death, która zresztą nie tyle trzymała równy poziom, co z każdym kolejnym wydawnictwem dokonywała wyraźnego progresu. Do czasu "Individual Thought Patterns", piątego w dyskografii albumu, rozwój ten przebiegał konsekwentnie w stronę coraz bardziej złożonego, technicznego grania. Na następnym "Symbolic" nastąpiło jednak przełamanie tej tendencji. Zamiast jeszcze bardziej komplikować swoją muzykę, tym razem zespół dodaje więcej melodii i gdzieniegdzie odrobinę odpoczynku od brutalnego łojenia. Przy czym wciąż jest to granie bardzo intensywne, technicznie zagmatwane, progresywne pod względem struktury utworów.

Nowy kierunek mógł, przynajmniej w jakimś stopniu, być spowodowany kolejną zmianą składu. Tym razem do Chucka Schuldinera i grającego już na poprzedniej płycie bębniarza Gene'a Hoglana dołączyli gitarzysta Bobby Koelble oraz basista Kelly Conlon - muzycy wzięci dosłownie znikąd, dla których "Symbolic" był płytowym debiutem. Zresztą przez kolejne trzy dekady obaj wzięli udział w nagraniu ledwie kilku albumów, z których już żaden nie był nawet w małym stopniu tak istotny. Nie da się ukryć, że technicznie nie byli to instrumentaliści aż tak sprawni technicznie, jak ich odpowiednicy na poprzedniej płycie, Andy LaRocque i Steve Di Giorgio - odczuwam tu zwłaszcza brak tych pokręconych linii basu drugiego z nich - ale też bynajmniej żadni amatorzy. Conlon i Koelble całkiem udanie wpasowali się w styl Death, naprawdę dobrze poradzili sobie w tym wciąż przecież skomplikowanym graniu.


Już tytułowy otwieracz, "Symbolic", poza miażdżącym ciężarem i wszechobecną agresją - choć już bez tej zajadlej wściekłości z poprzedniej płyty - przynosi typowe dla grupy zmiany motywów oraz tempa, następujące w nieoczekiwanych miejscach, dzięki czemu cały czas angażuje mnie jako słuchacza. Natomiast niemal w każdym kolejnym nagraniu do powyższych elementów dochodzą jakieś konkretne urozmaicenia. Jak perkusyjny wstęp, bardziej melodyjne solówki i zwolnienie z czystym brzmieniem gitary w samym tylko "Zero Tolerance". Nastrojowy wstęp z czystą gitarą oraz egzotycznymi bębnami w "Empty Words". Przebojowy wręcz refren i dłuższy fragment instrumentalny o łagodniejszym, subtelnym  brzmieniu w "Sacred Serenity". Bardziej wypuklony bas oraz klimatyczne wstawki - czasem intrygująco nakładające się na brutalne riffowanie - w "Without Judgement". Urozmaicenia brzmienia, przede wszystkim za sprawą solówki na gitarze akustycznej, w "Crystal Mountain". Czy w końcu najbardziej wielowątkowa, pogmatwana budowa w ośmiominutowym "Perennial Quest". 

Przedostatni album Death to granie ciężkie, brutalne, a zarazam bardzo błyskotliwe, momentami naprawdę melodyjne, z rzadka wręcz subtelne. "Symbolic" niewątpliwie umocnił - a kolejny album miał ostatecznie potwierdzić - pozycję Death jako jednej z najbardziej kreatywnych i progresywnych grup metalowych lat 90., spokojnie mieszczącej się na podium, a niewykluczone, że na jego najwyższym stopniu.

Ocena: 9/10


Death - "Symbolic" (1995)

1. Symbolic; 2. Zero Tolerance; 3. Empty Words; 4. Sacred Serenity; 5. 1,000 Eyes; 6. Without Judgement; 7. Crystal Mountain; 8. Misanthrope; 9. Perennial Quest

Skład: Chuck Schuldiner - wokal i gitara; Bobby Koelble - gitara; Kelly Conlon - gitara basowa; Gene Hoglan - perkusja
Producent: Jim Morris i Chuck Schuldiner


Komentarze

  1. I cały Death. Cieszy mnie odkrycie na nowo tego kawałka historii. Podobno wychodzi biografia Chucka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezupełnie cały Death, bo nie ma recenzji "Scream Bloody Gore" i "Spiritual Healing", ani planów ich napisania.

      Usuń
    2. Debiut był przedsmakiem najlepszego okresu, a trójka po prostu poprawiała błędy dwójki. Sam Death ma jeszcze 5 dem i wiele materiałów z prób.

      Usuń
    3. A jaki progres był między Leprosy i Spiritual Healing? Nigdzie nie wspominasz o tej drugiej płycie

      Usuń
    4. W powyższej recenzji, zaraz po zdaniu, do którego nawiązujesz, jest wprost napisane, że rozwój ten polegał na graniu w coraz bardziej złożony sposób. "Leprosy" mieści się jeszcze w ramach czystego death metalu, a na "Spiritual Healing" są już elementy tzw. technical death metalu.

      Usuń
    5. To czemu go pominąłeś? Nie mówiąc już o niższej ocenie. Zdanie o dokonywaniu wyraźnego progresu z płyty na płytę niezbyt z tym koreluje.

      Usuń
    6. Na ocenę składa się wiele różnych czynników, subiektywnych i zobiektywizowanych, więc to nie jest takie proste, że jak zespół zaczął grać w bardziej złożony sposób, to z automatu musi być wyższa nota. "Leprosy" jest świetny w kategorii czystego death metalu, a na "Spiritual Healing” pomimo stylistycznego rozwoju są mniej wyraziste kompozycje, a zarazem jest to wciąż mniej błyskotliwe granie niż na "Human" i później.

      Usuń
    7. Ok, a jakie inne metalowe zespoły lat 90. są na "podium"?

      Usuń
    8. Tak, jak w Deep Purple był taki gitarzysta, co grał technicznie. To nie jest gwarancja lepszej oceny.

      Usuń
    9. @Cymbergaj: Teraz traktujesz zbyt dosłownie pewną figurę retoryczną, która oznacza tyle, że to przykład bardzo kreatywnej grupy metalowej, a nie oznacza, ze faktycznie istnieje jakieś podium. Jeśli chcesz przykładów dobrych kapel metalowych z tamtej dekady, to będą to np. Alice in Chains, Atheist, Burzum, Faith No More, God, Soundgarden czy Ulver - to tak na szybko, bez sprawdzania.

      Usuń
    10. Często wspominasz o Atheist sam o tym tu kiedyś pisałeś. Czemu nie strzelisz recenzji Unquestionable Presence która jest na poziomie Death a pod względem technicznym nawet wyższym ?

      Usuń
    11. Nie wydaje mi się, żebym często o tym zespole wspominał. Recenzji nie mówię nie, ale na ten moment w planach jej nie mam.

      Usuń
    12. Kilka lat temu ja ci podsunalem temat Atheist i kilka razy jak teraz gdzieś tam w komentarzach coś pisałeś

      Usuń
  2. Ale droga Chucka to takie od zera do mastera.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaka szkoda, że tak mało jest tak świetnych zespołów metalowych. Z jednej strony głowa sama chodzi, z drugiej - zawsze jest na czym ucho zawiesić i przy okazji nie skręcać się z żenady. Umiejętności techniczne niestety zazwyczaj nie idą w tym gatunku w parze z kreatywnością i dobrym smakiem

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne recenzje muzyki Death ! Przy tej okazji proszę autora o rozważenie napisania recenzji albumów kapeli Vektor.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)