[Recenzja] Swans - "To Be Kind" (2014)

Okładka płyty "To Be Kind" Swans.


Pomimo - lub dzięki - swojemu monumentalizmowi album "The Seer" został bardzo dobrze przyjęty przez krytykę oraz słuchaczy.  Michael Gira z zespołem poszli za ciosem i niespełna dwa lata później opublikowali kolejnego dwupłytowego kolosa. "To Be Kind" pod wieloma względami przypomina swojego poprzednika. Nawet okładka jest bardzo podobna - tylko tym razem z głową dziecka na jasnym tle, zamiast psiecka na czarnym. Ponownie są to też, w wersji kompaktowej, dwa dyski ze stu dwudziestoma minutami muzyki, nagranej w rozbudowanym składzie, choć z innym zestawem gości. A jednak każde z tych wydawnictw charakteryzuje nieco odmienny klimat. Poprzednik jest jak ciężki, posępny i hałaśliwy rytuał, a ten materiał ma z kolei nieco lżejszy, pogodniejszy nastrój, swoją transowość opierając raczej na nośnych groove'ach niż mechanicznych repetycjach.

Na dwóch kompaktach znajduje się zaledwie jedenaście utworów, z czego sam "Bring the Sun / Toussaint L'Ouverture" przekracza trzydzieści cztery minuty. To Swans w najbardziej atmosferycznym wydaniu, mocno psychodelicznym i nieco teatralnym - skojarzenia z "The End" The Doors są oczywiste, ale nie brakuje też bardziej agresywnych, zgrzytliwych momentów. Drugi z kolei pod względem długości to już krótszy o połowę "She Loves Us", który mimo ostrzejszych riffów oraz bluesowych zagrywek ma podobnie gęsty, odrealniony i narkotyczny nastrój. Jest hipnotycznie, a zarazem zadziornie - znakomicie działa tu takie połączenie. Zdecydowanie łagodniej wypada natomiast 12-minutowy "Just a Little Boy (For Chester Burnett)". Tytuł - a konkretnie dedykacja dla bluesmana Howlin' Wolfa - zobowiązuje i silnie dają tu o sobie znać fascynacje afroamerykańską tradycją. To duszny, pustynny blues, w pewnym momencie zbliżający się nieco do twórczości Captaina Beefhearta. Świetnie odnalazłby się na ścieżce dźwiękowej "Grzeszników", jednego z tegorocznych faworytów oskarowych.


Długość dziesięciu minut przekraczają jeszcze dwa kawałki: wyjątkowo z początku subtelny "Kirsten Supine" - z intymnym duetem wokalnym Giry i Anne Erin Clark, czyli St. Vincent - a także bardziej impulsywny, jazgotliwy "Nathalie Neal" o lekko orientalnym zabarwieniu. W tym ostatnim także wokalnie udziela się Clark, tym razem jednak dodając tylko odrobine wokaliz w stylu Jarboe, ale bez charakterystycznej dla niej przesady. Udanie wypadają też kawałki z przedziału 7-9 minut: zaczepny psychodeliczny blues z wyrazistym groove'em "Screen Shot"; odjechany funk "A Little God in My Hands" z reminiscencjami eksperymentującej z tym stylem Magmy; cięższy i bardziej pokręcony rytmicznie "Oxygene"; a także gotycka ballada "To Be Kind", z czasem zmieniająca się w brutalny zgiełk. Mniej z tego zestawu przekonuje mnie tylko najkrótszy, pięciominutowy "Some Things We Do" - akustyczna quasi-piosenka z dodatkiem smyczków i żeńskiego wokalu Little Annie. Tu akurat powtarzalność się nie sprawdza - brakuje tego budowania napięcia z pozostałych utworów; jest to też najmniej charakterystyczne melodycznie nagranie.

To w sumie niezwykłe, że tak krótko po poprzednim albumie Swans nagrali kolejne monumentalne dzieło, utrzymując na nim wysoki poziom, a zarazem nadając mu nieco odmiennego charakteru. "To Be Kind" potwierdza, że grupa swój szczytowy moment osiągnęła nie w klasycznym okresie, a już w obecnym stuleciu.

Ocena: 8/10


Swans - "To Be Kind" (2014)

CD1: 1. Screen Shot; 2. Just a Little Boy (For Chester Burnett); 3. A Little God in My Hands; 4. Bring the Sun / Toussaint L'Ouverture; 5. Some Things We Do
CD2: 1. She Loves Us; 2. Kirsten Supine; 3. Oxygen; 4. Nathalie Neal; 5. To Be Kind

Skład: Michael Gira - wokal i gitara; Christoph Hahn - gitara, dodatkowy wokal; Norman Westberg - gitara, dodatkowy wokal; Christopher Pravdica - gitara basowa, gitara, dodatkowy wokal; Thor Harris - perkusja i instr. perkusyjne, wibrafon, instr. dęte, altówka, dodatkowy wokal; Phil Puleo - perkusja i instr. perkusyjne, cymbały, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bill Rieflin - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa
Gościnnie: Daniel Hart - skrzypce; Rex Emerson - mandolina; Evan Weiss - trąbka; David Pierce - puzon; Sean Kirkpatrick - instr. klawiszowe; John Congleton - pianino; St. Vincent - dodatkowy wokal (CD1: 1,4, CD2: 2,4); Cold Specks - dodatkowy wokal (CD1: 4); Jennifer Church - dodatkowy wokal (CD1: 3, CD2: 1); Little Annie - dodatkowy wokal (CD1: 5); Julia Kent - instr. smyczkowe i aranżacja instr. smyczkowych (CD1: 5)
Producent: Michael Gira


Komentarze

  1. Przez długi czas uważałem, że to najlepszy album Swans. Dzisiaj chyba wolę The Seer ze względu na hipnotyczny charakter tego alubmu chociaż Kind wydaje się bardziej monumentalne. Oba albumy wybitne. Wręcz niesamowite, że na tym etapie twórczości można tak rozwinąć własny styl. Ciężko mi je zestawiać z twórczością "klasycznego" składu, ale na pewno jest to ta podobna półka co Children of God czy Soundtrack.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wróciłem sobie do tego albumu, żeby lepiej się na nim skupić. Wcześniej, gdy go słuchałem, lubiłem naprawdę tylko Bring the Sun/Toussaint, a do reszty byłem tak średnio przekonany. Nie pierwszy raz już mam tak z tym zespołem - obecnie jednym z moich absolutnie ulubionych - że im dłużej słucham ich albumu, tym bardziej mi się podoba. Może kluczowe jest właśnie to flow, niesamowity groove, płynący przez utwory, z początku słabo uchwytny - wszystko, co sprawia, że tego się po prostu powinno słuchać ciągiem, a mało kiedy jest na to czas. Ale nagroda - satysfakcja, jakby się coś odkryło, dokopało do czegoś - jest warta poświęconego czasu. Wspaniały album. Nie będę próbował wprowadzać tu hierarchii, czy The Seer, czy To Be Kind, czy The Glowing Man. Nie widzę tu wyraźnie słabszych i silniejszych, natomiast na wielki plus należy zaliczyć to, że te trzy całości z jednej strony ewidentnie tworzą trylogię i eksplorują jakiś styl, idiom, a z drugiej strony są od siebie bardzo różne. Dziki, rytualny - pierwszy, "groovowy" i psychodeliczny - drugi, oraz wreszcie trzeci - dojrzały, pełny, płynący, zaskakująco melodyjny, piękny.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)