[Recenzja] Charli XCX - "Wuthering Heights" (2026)

Hajp na "Brat" mnie ominął. Nie słyszę niczego wyjątkowego w tych prostych, tanecznych numerach, bardzo przeciętnie zaśpiewanych przez Charlottę Aitchison. Charli XCX nie ma ani wyrazistej, rozpoznawalnej barwy głosu, ani szczególnych umiejętności - często zresztą probuje to ukrywać przy pomocy technologii. Pomimo tego, do bezpośredniego następcy tamtej płyty, "Wuthering Heigh", oczekiwania miałem naprawdę spore. Wszystko za sprawą wypowiedzi wokalistki o inspiracji The Velvet Underground oraz faktycznie zdradzającym je singlu "House" z udziałem samego Johna Cale'a.
Album formalnie jest ścieżką dźwiękową "Wichrowych wzgórz" Emerald Fennel, kolejnej adaptacji powieści Emily Brontë. Można jednak traktować ten zbiór piosenek jako samodzielne dzieło. Tak naprawdę muzyka ta lepiej broni się na płycie niż w filmie - współczesny, taneczny mainstream nijak nie kojarzy się z XIX-wieczną historią, osadzoną na ponurych, angielskich wzgórzach. A przecież wystarczyło sięgnąć po gotowca. "Wuthering Heighs" Kate Bush ze swoją lekko kiczowatą, gotycką estetyką pasowałby do tego obrazu idealnie. Jest przy tym piosenką o kilka klas lepiej napisaną i wykonaną niż cokolwiek z dorobku Charli XCX. Zapewne byłby to kolejny reanimowany hit Kaśki, jak parę lat temu "Running Up That Hill" po nachalnym promowaniu go w "Stranger Things". Jeśli przeszkodą nie były kwestie prawne, to brak Bush na soundtracku jest naprawdę fatalną decyzją. Nawet jeśli tekst odnosi się do fragmentu książki, który w tej spłaszczonej adaptacji po prostu olano.
Czytaj też: [Recenzja] Kate Bush - "The Kick Inside" (1978)
Oczywiście film nie musi, a nawet nie powinien być wierną kopią książki. Dobra adaptacja polega na tym, że bierze się wybrane wątki i uzupełnia o własne pomysły, aby stworzyć spójną, kompletną wizję. Zresztą to właśnie zrobiła Fennel, tyle że dość nieudolnie, bo pomijając to, co w powieści najistotniejsze i najciekawsze. Poszła w stronę romansu, podczas gdy książka romansem właściwie nie jest, a w każdym razie nie pokazuje ani jednej normalnej relacji między bohaterami. To powieść o ludzkiej podłości, sadyzmie, zemście za doznane krzywdy przybierającej irracjonalną formę, cierpieniu prowadzącym w końcu do obłędu. Swoją drogą świetny materiał do kawałków w stylu The Velvet Underground. Film nie rezygnuje z tego całkowicie, pokazując patologię, toksyczność relacji między antypatyczną parą głównych bohaterów, ale niestety romantyzując to wszystko, szczególnie w pełnym patosu, melodramatycznym finale. Zresztą w książce ten fragment był jedynie punktem zwrotnym przed drugą, chyba jednak istotniejszą połową. Ostatecznie zostaje jedynie dobra gra aktorska, sporo ładnych kadrów, świadomie kiczowata, ale dość klimatyczna estetyka i zwyczajnie płaski scenariusz.
Paradoksalnie istotę powieści lepiej uchwycili Charlie XCX z Johnem Cale'em w "House". To naprawdę drastyczne odejście od tanecznej stylistyki "Brat" w stronę nieoczekiwanej mieszanki post-industrialu i neoclassical darkwave. W połowie składa się z deklamacji byłego muzyka The Velvet Underground ze zgrzytliwym akompaniamentem smyczków, a w drugiej - brudnych, przesterowanych brzmień, z agresywnym, zdeformowanym głosem Charlotty. Tutaj faktycznie jest ten ból, brutalność i obłęd, pokazane w odpowiednio surowy, zdecydowanie nieromantyczny sposób. Kompozycja wybitna nie jest, ale bardzo sugestywnie oddaje to, czego w filmie zabrakło. I byłby to świetny punkt wyjścia do albumu łączącego elegancję z brutalnością, bo właśnie to Aitchison zapowiadała, mówiąc o swojej inspiracji grupą Cale'a.
Tymczasem reszta płyty to powrót do radiowych piosenek. Tyle tylko, że popowa miałkość, taneczne rytmy i brzmienie dzisiejszego mainstreamu uzupełniają tym razem partie orkiestry smyczkowej, lawirujące między mdłą ścieżką dźwiękową a współczesną kameralistyką. Nierzadko brzmi to zresztą, jakby ktoś przypadkiem zgrał tu dwa różne utwory jednocześnie. Bywa przy tym tandetnie ("Dying for You", "Chains of Love"), przesadnie ckliwie ("Always Everywhere") lub patetycznie ("Funny Mouth"), ale zdarzają się też całkiem przyzwoite momenty, jak np. bliższy kameralistyki "Wall of Sound" czy łączący subtelniejsze zwrotki z rozmachem refrenu "Altars". Te ostatnie w odrobinę ciekawszych aranżach lub zaśpiewane przez lepszą wokalistkę byłyby naprawdę solidnym art popem. Zresztą w "Eyes of the World" z gościnnym śpiewem Sky Ferreiry skok jakościowy jest zauważalny. Broni się też warstwa instrumentalna, z jedną z lepszych na płycie aranżacji smyczków i powrotem przesterowanych brzmień. Te ostatnie pojawiają się także w "My Reminder", bardzo naiwnej melodycznie piosence, mającej jednak pewien urok.
Ostatecznie to płyta ciekawsza muzycznie, a przynajmniej brzmieniowo od "Brat". Na pewno ambitniejsza, nawet jeśli do realizacji tych artystycznych aspiracji zabrakło umiejętności i wyobraźni. Mocno jednak rozczarowująca po tym, czego można było się spodziewać po pochwałach Charlie XCX dla The Velvet Underground i pierwszym singlu. Reszta materiału pokazuje wszelkie słabości popowej gwiazdki, która pewnych ograniczeń po prostu nie przeskoczy. Jeżeli jednak w przyszłości otoczy się bardziej zdolnymi i pomysłowymi współpracownikami, może jeszcze czymś zaskoczy. Na "Wuthering Heights" zrobiła jedynie nieśmiały krok w bardziej interesującym kierunku.
Ocena: 6/10
Charli XCX - "Wuthering Heights" (2026)
1. House; 2. Wall of Sound; 3. Dying for You; 4. Always Everywhere; 5. Chains of Love; 6. Out of Myself; 7. Open Up; 8. Seeing Things; 9. Altars; 10. Eyes of the World; 11. My Reminder; 12. Funny Mouth
Skład: Charli XCX - wokal; Becky Knight - wiolonczela (1); John Cale - wokal (1); Phoebe Little - dodatkowy wokal (1); Gareth Murphy - aranżacja instr. smyczkowych (2-10,12); Amy Tress, Eloisa-Fleur Thom, Jenny Sacha, Max Baillie, Raja Halder, Sara Trickey, Warren Zielinski - skrzypce (2-10,12); Clifton Harrison, Laurie Anderson, Meghan Cassidy - altówki (2-10,12); Ashok Klouda, Jonathan Byers, Stephanie Tress - wiolonczele (2-10,12); Dominic Worsley - kontrabasy, Lucy Shaw - kontrabas (2-10,12); Sky Ferreira - wokal (10)
Producent: Finn Keane; Nathan Klein (1); Justin Raisen (4,5,10,11)
Jeśli chodzi o Charli to jestem wielkim zwolennikiem jej płyty z 2020, "How I'm Feeling Now". O ile z reguły nie przekonuje mnie hyperpop, tak w tym wypadku wyszło to bardzo ciekawie, te często miałkie melodie popowe świetnie kontrastują z nieco bardziej połamaną i hałaśliwą warstwą instrumentalną. Próbowałeś dać temu albumowi szansę?
OdpowiedzUsuńPosłuchałem. Nie zmienił moich opinii z recenzji.
Usuń