[Recenzja] Richard Dawson - "End of the Middle" (2025)

Okładka płyty "End of the Middle" Richarda Dawsona.


Płyta tygodnia 10.02-16.02

Niespecjalnie śledziłem dotychczasową karierę Richarda Dawsona. Czegoś tam słuchałem, nawet całych albumów, tylko po to, by się od nich całkiem odbić. Nie załapałem fenomenu tego muzyka - ponoć najlepszego songwritera we współczesnym folku brytyjskim. Nieco bliższy jestem jego zrozumienia po przesłuchaniu właśnie wydanego "End of the Middle". To album koncepcyjny, opowiadający o kilku pokoleniach tej samej brytyjskiej rodziny i powtarzających się między nimi wzorcach zachowań, a wszystko to zostało osadzono w szerszym kontekście społecznych i gospodarczych problemów Wielkiej Brytanii. Niezmiennie stoję jednak na stanowisku, że muzyka powinna być ciekawa przede wszystkim pod względem muzycznym. I tak jest właśnie w tym przypadku.

Dawson to nie tylko ceniony kompozytor, ale też sprawny gitarzysta i bardzo charakterystyczny wokalista, balansujący na granicy fałszu, nierzadko ją przekraczający. Dodaje to jednak tym nagraniom autentyzmu i indywidualizmu, o jakie coraz trudniej we współczesnym świecie. Zresztą od ładnie śpiewających wokalistów wolę tych z charyzmą oraz wyobraźnią, jak Robert Wyatt, Captain Beefheart, Peter Hammill czy Isaac Wood. Zresztą Dawson czasem kojarzy się tu i z tym pierwszym - choćby w wysoko śpiewanych refrenach "Bullies" - jak i z tym ostatnim, zwłaszcza w "Bolt". Cały ten utwór przypomina mi Black Country, New Road z okresu "Ants From Up There", pomimo oszczędniejszego akompaniamentu, ograniczającego się do akustycznej gitary oraz bębnów. W paru innych kawałkach dochodzą do tego jeszcze rozwichrowane partie klarnetu Faye MacCalman - w sumie nie jazzowe, ale mające wiele z freejazzowej ekspresji, będące kontrapunktem dla subtelnych dźwięków gitary. W finałowym "More Than Real" dochodzi do tego jeszcze syntezatorowa orkiestracja i drugi, żeński głos.


Tym razem Dawson zrezygnował z kilkunasto- czy kilkudziesięciominutowych utworów. Większość utworów trzyma się raczej piosenkowej długości. I faktycznie są to często atrakcyjne melodycznie piosenki, by wymienić takie tytuły, jak "Gondola", "Boxing Day Sales" czy wspomniany "Bullies". Daleko im jednak do krzykliwości, prostoty czy mdłości dzisiejszego popu. Zaaranżowane są subtelnie, ze smakiem, a zbudowane w nie do końca oczywisty sposób i zagrane bardzo konkretnie, z odpowiednią energią. Moimi faworytami są tu jednak dwa najdłuższe, bliskie ośmiu minut utwory: "The Question" z rozbudowanym gitarowym wstępem w stylu amerykańskiego prymitywizmu, a póżniej przynoszący kilka wręcz prog-rockowych zwrotów akcji, a także "Knot", rozwijający się w nieco bardziej płynny sposób, co jednak prowadzi do potężnego finału z rozwibrowaną solówką klarnetu i mocno zniekształconym, zaszumionym akompaniamentem gitary. W obu tych nagraniach nie brak jednak także wyrazistych melodii,

Pomimo stosunkowo oszczędnych aranżacji, "End of the Middle" to płyta całkiem różnorodna, z niegłupio skonstruowanymi utworami i pełnym zaangażowania wykonaniem. Niezbyt przekonuje mnie tylko końcówka albumu, z mającym urok, ale nieco przeciągniętym "Removals Van", a zwłaszcza z powodu "More Than Real", który rezygnując z aranżacyjnej powściągliwości, nie za bardzo pasuje do poprzedzających go utworów. Wciąż jednak jest to naprawdę udany album, którym Richard Dawson w końcu zdołał mnie przekonać do swojej twórczości.

Ocena: 7/10

Nominacja do płyt roku 2025


Richard Dawson - "End of the Middle" (2025)

1. Bolt; 2. Gondola; 3. Bullies; 4. The Question; 5. Boxing Day Sales; 6. Knot; 7. Polytunnel; 8. Removals Van; 9. More Than Rea

Skład: Richard Dawson - wokal i gitara; Faye MacCalman - klarnet; Andrew Cheetham - perkusja; Sally Pilkington - syntezator (9), wokal (9)
Producent: Richard Dawson i Sam Grant


Komentarze

  1. Przekraczać granicę fałszu można lepiej lub gorzej, a akurat Dawson w każdym przesłuchanym kawałku dla mnie brzmiał, jakby miał zapalenie płuc albo był 3 sekundy od zejścia na zawał:D Przekonałeś mnie do sprawdzenia innych jego albumów, bo rzeczywiście warto docenić jego osobliwe podejście do gry na gitarze, ale, odwołując się do recenzji, charyzma to akurat ostatnie, co słyszę w jego głosie. Prędzej autentyczność właśnie, celowo brak silenia się na jakąś manierę wokalną czy idealne linie melodyczne i w tym akurat jest metoda i sens.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbowałem raz jeszcze nie kleję pomysłu nawet pomyślałem że może ja zacznę śpiewać.
      Z dysonansów i brzydkiej muzyki Tom Waits potrafił zrobić sztukę tu tego nie ogarniam. Nikt na ulicy nie rzucił by mu funta.

      Usuń
    2. Nikt by nie wrzucił, ale tylko dlatego, że muzyk, który z dwumiesięcznym wyprzedzeniem wyprzedaje koncerty w salach na kilkaset osób po prostu nie musi grać na ulicy.

      Usuń
    3. Pewnie masz rację 😥 ale czy to nie jakiś hype napędza publiczność? Ulica by to zweryfikowała.
      Przyznaje nie rozumiem fenomenu kolegi, może teksty ale się nie wgryzałem.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)