[Recenzja] Contortions - "Buy" (1979)

Contortions - Buy


Z taką okładką i tytułem mogłaby to być jakaś tania kompilacja wakacyjnych hitów. Debiutancki album Contortions zawiera jednak muzykę tak odległą od mainstreamu, na ile było to możliwe w ramach szeroko rozumianego punk rocka. Dowodzona przez Jamesa Chance'a - właśc. Jamesa Siegfrieda, zmarłego dwa miesiące temu - grupa była jednym z czołowych przedstawicieli nurtu no wave, antysztuki dekadenckiego podziemia Nowego Jorku. Contortions był jednym z czterech zespołów, które Brian Eno zebrał na kultowym składaku "No New York". Tym zresztą zespołem, który wypadł tam najlepiej. Zapewne jednak pomogło w tym wykolegowanie Theoretical Girls, grupy Glenna Branki, którą Eno też chciał zaangażować do projektu, ale uległ presji pozostałych uczestników.

Korzeni stylu Contortions - podobnie jak całego no wave - można doszukiwać się w najbardziej awangardowych dokonaniach The Velvet Underground i The Stooges czy na płycie Yoko Ono z Plastic Ono Band, może również u Suicide lub Pere Ubu. Inspiracją niewątpliwie był też modny wówczas punk rock, z którym grupę Chance'a łączy podobna energia, agresja, niechlujność oraz brzmieniowo-aranżacyjna surowizna. Jednocześnie jednak zespół całkowicie odchodzi od rock'n'rollowych klisz i poukładanej, piosenkowej formy.


Dziewięć zawartych tu kawałków, o łącznej długości blisko pół godziny, realizuje w zasadzie identyczny pomysł na granie. W każdym razie składają się z tych samych elementów. Wokalna ekspresja Chance'a ogranicza się niemal wyłącznie do krzyku, jego gra na saksofonie ma freejazzową ekspresję bez wirtuozerii jazzu free, a sporadyczne, proste wstawki na organach kojarzą się z The Modern Lovers. Partiom lidera towarzyszą powyginane, zgodnie z nazwą zespołu, dźwięki gitar Jody Harris i Pata Place'a, a także funkowy puls basu Davida Hofstra i bębniarza Dona Christensena, który w najlepszych momentach płyty - jak "Design to Kill", "I Don't Want to Be Happy", "Contort Yourself", "Throw Me Away" czy "Roving Eye" - buja niczym u Jamesa Browna. Na tle całości wyróżniają się wolniejsze "Anesthetic" i "Twice Removed". O ile w ten pierwszy wkrada się trochę monotonii, tak w drugim hipnotyczny bas, gitarowe zgrzyty oraz groteskowe wejście organów tworzą całkiem niezły nastrój.

"Buy" to muzyka daleka od powszechnie uznawanych kanonów piękna, wykonana na poziomie tylko nieznacznie wyższym od standardowego punk rocka. W porównaniu z tym ostatnim jest to jednak muzyka znacznie bardziej nieokiełznana, a przy tym zupełnie świadomie łamiąca reguły, by odejść od powszechnie przyjętych, ogranych konwencji, jednocześnie zachowując pełną konsekwencję - co przecież wymagało pewnej kreatywności. Wydaje się też bardziej autentyczna w swojej dekadencji i buncie przeciwko zasadom, co nie jest tu jedynie pozą. Contortions wywarł poza tym pewien wpływ na innych twórców, by wymienić Sonic Youth czy The Pop Group, a współcześnie podobieństwo - zwłaszcza wokalne - słychać choćby u Squid.

Ocena: 8/10



Contortions - "Buy" (1979)

1. Design to Kill; 2. My Infatuation; 3. I Don't Want to Be Happy; 4. Anesthetic; 5. Contort Yourself; 6. Throw Me Away; 7. Roving Eye; 8. Twice Removed; 9. Bedroom Athlete

Skład: James Chance - wokal, saksofon altowy, instr. klawiszowe; Jody Harris - gitara; Pat Place - gitara; David Hofstra - gitara basowa; Don Christensen - perkusja
Producent: James Chance


Komentarze

  1. Przez kogo są ustalane te "powszechnie uznawane kanony piękna"? Nie przez autora tekstu? Piję tu również do pewnego komentarza pod "Turbo" JP.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam wystarczających zasięgów ani ambicji, by zmieniać powszechnie przyjęte kanonu, które kształtowały się na przestrzeni lat pod wpływem różnych czynników. Nie ma jednak żadnych podstaw w negowaniu tego, że w muzyce obowiązują pewne zasady (mniej lub bardziej ewoluujące z czasem). Np. w naszym kręgu kulturowym pewne połączenia dźwięków uchodzą za "ładne", harmonijne, podczas gdy inne tworzą dysharmonię, które przez większość są postrzegane jako "brzydkie". Właśnie przez taki odbiór ludzie wychodzili z premiery "Święta wiosny", free jazz był szeroko krytykowany w środowisku jazzowym, a no wave nie wyszedł nigdy z podziemia. Albo weźmy taki np. wspomniany w recenzji Sonic Youth - sukces komercyjny przyszedł dopiero po zbliżeniu się do obowiązujących kanonów.

      Odejście od kanonów pozwala jednak na rozwój muzyki, więc jest czymś pożądanym. W przypadku Halforda miałem najpewniej na myśli, że gdyby potrafił stosować jakieś klasyczne techniki śpiewu, to mógłbym go doceniać pomimo swojego subiektywnego odbioru.

      Usuń
    2. No własnie to się nazywa demokracja. Większość uznaje jakiś kanon piękna i w sensie komercyjnym będzie to np. Sanah czy Taylor Swift a dla kogoś free jazz czy death metal demokratycznie uważane za brzudotę będzie pięknem. Mój kolega kiedyś powiedział o samochodzie Matiz "tak brzydki że aż piękny" i sobie go kupił. Z muzyką jest tak samo. Burzum jest obiektywnie obleśny a Sanah piękna ale subiektywnie dla częśći osób jest odwrotnie. Jednak przeliczając to na głosy to jednak Sanah jest pięknem a nie Buzum. Oczywiście muzycznie bo jeśli chodzi o urodę to raczej Sanah bije Vikerneesa w każdej skali :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.