[Recenzja] Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon: Live at Wembley Empire Pool, London, 1974" (2023)

Pink Floyd - The Dark Side of the Moon: Live


50 lat temu, a dokładnie 1 marca 1973 roku, ukazała się jedna z najpopularniejszych i chyba po prostu najlepszych płyt rockowych, "The Dark Side of the Moon" Pink Floyd. Doniosłości tego wydarzenia nie zepsuł nawet Roger Waters, który swoimi wypowiedziami - nie tylko coraz bardziej prorosyjską narracją na temat wojny w Ukrainie, ale też próbami deprecjonowania pozostałych muzyków zespołu - usilnie stara się zohydzić siebie i wszystko, co z nim związane. Podobno szykuje się do wydania własnej wersji albumu, co tylko potwierdza, że żaden z niego artysta, a jedynie typowy podstarzały rockman, żerujący na dokonaniach sprzed pół wieku. Oryginalny "The Dark Side of the Moon" pozostaje jednak imponującym osiągnięciem muzycznym, które nie byłoby możliwe bez wkładu całego zespołu. Jak należało się spodziewać, okrągłą rocznicę wykorzystano do wypuszczenia kolejnego remastera, oczywiście w kilku różnych wariantach. Co ciekawe, cały bonusowy materiał równolegle opublikowano także jako osobne wydawnictwo.

"The Dark Side of the Moon: Live at Wembley Empire Pool, London, 1974" nie zawiera premierowego materiału. Te same nagrania wydano już przy okazji poprzedniego wznowienia klasycznego albumu, w 2011 roku (tzw. wydania Experience oraz Immersion), a wcześniej były szeroko rozprowadzane na bootlegach. Jednak dopiero teraz doczekały się oficjalnej premiery jako samodzielne wydawnictwo i po raz pierwszy trafiły legalnie na płytę winylową. Materiał skompilowano z dwóch występów Pink Floyd na londyńskim stadionie Empire Pool, późniejszym Wembley Arena, z 15 i 16 listopada 1974 roku. Tracklista idealnie pokrywa się ze studyjnym "The Dark Side of the Moon", przy czym warto dodać, że to tylko fragment repertuaru ówczesnych koncertów. Zespół rozpoczynał występy od utworów "Shine On", "Raving and Drooling" i "You're Got to Be Crazy", czyli wczesnych, przedpremierowych wersji "Shine on You Crazy Diamond", "Sheep" oraz "Dogs". Dopiero potem kwartet przechodził do pełnego wykonania swojego najnowszego wówczas albumu, a całość wieńczył starszy "Echoes". Wykonania trzech pierwszych utworów z tych samych występów opublikowano w 2011 roku na rozszerzonych wydaniach "Wish You Were Here", a finałowy utwór pięć lat później w boksie "The Early Years: 1965-72". Mam nadzieję, że kiedyś dojdzie do wydania razem całego materiału, bo byłoby to rewelacyjne wydawnictwo. Na razie wypuszczono coś w rodzaju alternatywnej wersji znanego albumu.

Pink Floyd znany jest z dwóch skrajnych podejść do prezentowania swojego materiału na żywo. We wczesnych latach działalności był jednym z najbardziej kreatywnie improwizujących zespołów - wyobraźnią nadrabiając techniczne braki - o czym pozwala się przekonać koncertowa część albumu "Ummagumma", "Live at Pompeii" czy nagrania dla BBC z boksu "The Early Years". Z drugiej strony, w późniejszych latach - wtedy, gdy Waters faktycznie przejął kontrolę, ale też po rozstaniu z nim - zespół starał się odgrywać utwory jak najwierniej studyjnym wersjom. Ta zmiana podejścia nie nastąpiła jednak z dnia na dzień. W 1974 roku muzycy podchodzili do swoich kompozycji już z większą dyscypliną, ale wciąż z pewną swobodą. Dość powiedzieć, że studyjna wersja "The Dark Side of the Moon" trwa niespełna 43 minuty, a koncertowa - trochę ponad 55.

Co się zmieniło? Lekkiemu wydłużeniu uległy "Speak to Me" i "On the Run", jednak bez wzbogacenia ich treścią. Rozumiem zamysł w przypadku pierwszego - rozbudowany wstęp dłużej trzyma w napięciu słuchaczy. Jednak w tym drugim dodatkowa minuta z sekundami absolutnie nic nie wnosi, poza wrażeniem monotonności, jakiego nie mam w przypadku bardziej zwartej wersji studyjnej. Nieco więcej zaczyna się dziać w "The Great Gig in the Sky", z bardziej wyeksponowanymi organami, trochę inną wokalizą - Venetta Fields i Carlena Williams poradziły sobie nieźle, choć Clare Torry nie przebiły - a także rozbudowanym zakończeniem z improwizacją Wrighta. Znacznie bardziej zadziornie wypada tu "Money", w tej wersji nabierający wręcz hardrockowej mocy. Nie przekonuje mnie tylko zwolnienie, z bluesowymi zagrywkami Gilmoura i niemrawym popisami Watersa. Ponad dwukrotnie dłuższy od studyjnego pierwowzoru "Any Colour You Like" to już improwizacja całego składu, może niespecjalnie interesująca pod względem instrumentalnym, ale nadrabia bardzo przyjemnym brzmieniem i tym lekko psychodelicznym klimatem. Jeżeli chodzi o pozostałe utwory, to wielkich zmian nie ma, ale zwraca uwagę większa przestrzeń, w której każdy instrument czy partia wokalna może w pełni wybrzmieć. Szczególnie zyskuje na tym fantastycznie uwypuklony bas. Ogólnie jakość nagrania jest znakomita i tym bardziej szkoda, że po raz kolejny zmarnowano okazję na wydanie całego repertuaru ówczesnych koncertów.

"The Dark Side of the Moon: Live at Wembley Empire Pool, London, 1974" to bardzo fajny suplement do studyjnej wersji albumu oraz ogólnie do dyskografii Pink Floyd. Dobrze, że przypomniano ten materiał - dotąd ukryty na kolekcjonerskich reedycjach, teraz dostępny oddzielnie - bo zasługuje na uwagę. Chociaż  "The Dark Side of the Moon" należy do tych nielicznych albumów, na jakich nie zmieniłbym żadnego dźwięku, to tutejsze interpretacje tego repertuaru przeważnie wypadają bardzo udanie, a niektóre rozwiązania działają na korzyść koncertowych wersji, choć inne przeciwnie. Najbardziej rozczarowuje jednak brak utworów z innych albumów, jakie były wtedy grane.

Ocena: 8/10

Nominacja do archiwaliów roku 2023



Pink Floyd - "The Dark Side of the Moon: Live at Wembley Empire Pool, London, 1974" (2023)

1. Speak to Me; 2. Breathe (In the Air); 3. On the Run; 4. Time; 5. The Great Gig in the Sky; 6. Money; 7. Us and Them; 8. Any Colour You Like; 9. Brain Damage; 10. Eclipse

Skład: David Gilmour - gitara, organy, wokal (2,4,6,7); Richard Wright - instr. klawiszowe, wokal (4,7); Roger Waters - gitara basowa (9,10); Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Dick Parry - saksofon tenorowy (6,7); Venetta Fields, Carlena Williams - dodatkowy wokal
Producent: -


Komentarze

  1. Uważam, że w jedności siła - żaden Roger Waters mnie nie przekona, że jego geniusz stanowił o potędze Pink Floyd (zresztą, co tu dużo mówić - wystarczy posłuchać jego solowej twórczości - jest dobrze, ale szału nie ma).
    Zresztą nie on jeden cierpi na manię wielkości - jest jeszcze kilka nazwisk, które po odejściu ze znanych zespołów, mocno pobladły i pokryły się pajęczyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałbym, że na solowych płytach Watersa jest dobrze, wręcz przeciwnie. One wszystkie brzmią jak odrzuty z "The Final Cut", który sprawia wrażenie pozostałości z "The Wall", nie mówiąc już o częstym autoplagiacie. Gość nagrywa w kółko ten sam album, tylko za każdym razem nudniej i coraz bardziej niedomagając wokalnie. Inna sprawa, że pozostali muzycy zespołu też mają fatalne autorskie albumy. Muzycy Pink Floyd byli w stanie dokonać czegoś ciekawego tylko jako kolektyw.

      Usuń
  2. Zgadzam się w pełni, że w jedności siła. Bardzo rzadko sprawdzało się żeby jakiś członek dobrej grupy sam zaczynał robić dobre płyty, no może z wyjątkiem Phila Collinsa, tylko jest jeszcze pytanie czy są to dobre plyty. Ale z drugiej strony proste piosenki o miłości to jest żyła złota.
    Co do Pink Floyd cenię bardzo album Meddle z roku 1971 bo jest wreszcie spójny, po dość chaotycznych albumach przedtem i jeszcze Animals z 1977, bo jest albumem niestety niedocenionym pomiędzy Wish you wer'e here i The Wall, które zostały okrzyknięte wybitnymi dziełami, przy czym zgadzam się z tym że rzeczywiście WYWH to wybitny album.
    Solowych publikacji Watersa nie miałem okazji przesłuchiwać i też nie chcę, bo jest wiele innych ciekawych grup z tamtego okresu do zapoznania. Jeśli chodzi o Pink Floyd bez Watersa to już dla mnie jest zwyczajnym popem. Na przykład Learning to fly. Muzyka całkowicie dopasowana i podporządkowana do lat osiemdziesiątych.
    Wracając do koncertu to pewnie będzie ciekawie posłuchać ten zespół nareszcie na oficjalnym wydawnictwie, a nie z jakichś bootlegów. Szkoda tylko że nie można przeżyć tego także na wizji, bo przecież nie można uważać Live in Pompei za koncert, w którym grupa nagrywana jest wśród ruin amfiteatru i bez publiczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłoby się sporo wyjątków. Z podobnej muzyki to np. King Crimson co chwilę zmieniał skład, którego jedynym niezmiennym ogniwem był Fripp, a jednak zespół cały czas trzymał wysoki poziom. Brian Eno znacznie więcej wniósł do muzyki pod własnym nazwiskiem niż grając w Roxy Music. Frank Zappa więcej dobrej muzyki wydał pod nazwiskiem niż z The Mothers.

      Możliwe, że w przypadku Pink Floyd chodzi też o to, że oni osobno zaczęli grać dość późno, gdy już się wypalili jako twórcy, za to zarobili już tyle, że w sumie nie chciało im się nawet starać.

      Usuń
    2. Ten album, który Carla Bley wydała jako Nick Mason jest świetny! Richard Wrighta solowe płyty też są całkiem przyzwoite.
      PS Mylisz się co do Zappy

      Usuń
  3. Nie wiedziałem, że zespół Franka Zappy nie nazywał się już potem The Mothers of Invention. Zawsze myslalem, że używał tej nazwy do końca. Dziękuję za informację.
    Jakoś nie potrafię się zabrać za jego twórczość. Kiedyś słuchałem płyty Sheik Yerbouti z końca lat siedemdziesiątych, ale się zawiodłem. Być może zacząłem od tej niewłaściwej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez całą karierę Zappa wracał do szyldu The Mothers of Invention lub The Mothers, ale to nie był przecież cały czas ten sam zespół, poszczególni muzycy ciągle się zmieniali. Możliwe więc, że jednak więcej dobrej muzyki wydano jako zespół, choć niewątpliwie były to dzieła głównie Zappy.

      "Sheik Yerbouti" nie zmieściłby się w pierwszej dziesiątce jego najlepszych albumów.

      Usuń
    2. To zacznij od rockowego Over-Nite Sensation i One Size Fits All i około jazzowych The Grand Wazoo i Hot Rats.

      Usuń
  4. fajny koncert-znany z boxu Immersion-dla mnie ciekawszą byłaby publikacja wcześniejszego mixu tej płyty-też z boxu-na razie mam winylowego pirata i Immersion-zawsze to lepiej mieć oryginalne wydanie :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Strona kpitalna, oceny trafione, recenzje konkretne. Panie Pawle, nie widzę artykułów o takich artystach jak: Nick Cave, Patti Smith czy PJ Harvey ewentualnie. Brakuje ich do takiej kolekcji klasyków.

    OdpowiedzUsuń
  6. Waters chyba od zawsze był nadetym megalomanem. Wystarczy popatrzeć jak i posłuchać co mowi podczas sesji do Dark Side w kantynie studia- jest to umieszczone jako przerywniki w filmie z koncertu bez publiczności w Pompejach. Dark Side i Wish You Were Here to jedyne płyty PF które miały swoisty klimat. Animals to typowe rockowe granie. The Wall to zbiór krótkich piosenek. Fajnie ze wydali wersję koncertowa Dark Side- oczywiście trzeba kilka razy zarobić na tym samym materiale wiec pewnie kiedyś ukaże się "pelniejsza" albo i pelna wersja koncertu. Muzycy PF osobno niczego ciekawego nie stworzyli. Również PF po The Final Cut jest nudny i sztampowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dyskografia Pink Floyd nie zaczyna się od ”The Dark Side of the Moon". Na tym albumie w zasadzie kończy się najciekawszy, najbardziej kreatywny okres w ich twórczości, trwający od 1967 roku. Te wczesne płyty są nierówne, ale są tam najbardziej pomysłowe rzeczy, jakie zrobił zespół. A niektóre nagrania koncertowe z tamtego etapu to już w ogóle jedne ze szczytowych osiągnięć rockowego mainstreamu.

      Usuń
    2. Jasne że się nie zaczyna i nie o to mi chodziło. Dark Side poprzedza kompletny niewypał pt Obscured By Clouds. Klimat ma owszem suita Echoes ale nie całą płyta Meddle. Nie przesadzalbym z zachwytami nad wczesnym PF.

      Usuń
    3. "Obscured by Clouds" to jest całkiem fajny zbiór zgrabnych piosenek, które nie udają niczego więcej, więc trudno zarzucać im, że nie są czymś więcej. Nie przekonuje mnie tam tylko utwór finałowy, który jest akurat próbą nagrania czegoś ambitniejszego, ostatecznie będącego nieudanym eksperymentem. Floydzi nie mieli wielkich umiejętności, dlatego te ich wczesne eksperymenty czasem okazywały się kompletną pomyłką, ale często wręcz przeciwnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że zespół był najbardziej kreatywny DO "Dark Side", potem już tylko opierając się na wypracowanych schematach, więc skupianie się tylko na płytach OD ”Dark Side" to błąd. Koncertowa "Ummagumma", debiut czy "A Saucerful of Secret" to też płyty o specyficznym, ciekawym klimacie.

      Usuń
    4. Nie przekonują mnie wczesne płyty PF łącznie z Ummagumma.

      Usuń
    5. Mimo wszystko, wbrew własnym uprzedzeniom, warto doceniać za mniej konwencjonalne podejście w porównaniu z późniejszym okresie. Wczesny Pink Floyd był jednym z pierwszych przedstawicieli popu, którzy mieli w repertuarze utwory całkowicie odchodzace od piosenkowości. Bez nich mogłoby nie być np. krautrocka. Ash Ra Tempel czy Tangerine Dream zaczynali od grania wariacji na temat "A Saucerful of Secrets".

      Usuń
    6. To za daleko idący wniosek. Na pewno eksperymentalni Floydzi mieli duży wpływ na część grup krautrockowych (bardzo znaczący również np. na Agitation Free) , ale np. Can czerpał inspiracje z Velvet Undeground, nowojorskich minimalistów i Stockhausena. Przy tak rozwiniętej scenie awangardowej muzyki współczesnej w Zachodnich Niemczech krautrock i tak by się rozwinął bez eksperymentalnych Floydów, co najwyżej wyglądał by nieco inaczej.

      Usuń
    7. Dlatego napisałem "mogłoby nie być", a nie "nie byłoby". Część zespołów pewnie powstałaby i tak, zapewne wspomniany Can czy Faust byłyby wśród nich, ale czy istniałaby tak rozbudowana scena?

      Usuń
    8. Pewnie byłaby rozbudowana, ale trochę inna. Być może bliższa muzyce współczesnej. Ci eksperymentujący Floydzi trafili po prostu w Niemczech na podatny grunt, bo duch niemieckiej muzyki był wówczas bardzo eksperymentalny. Podobnie we Włoszech styl ELP i Genesis trafił na bardzo silną , żywą tradycję muzyki klasycznej w Italii (jeszcze dodatkowo ugruntowanej przez filmową twórczość Roty i Morricone) i stąd taki rozwój włoskiego rocka symfonicznego. Obydwa nurty krautrock i włoski prog były po prostu bardzo naturalne dla estetyki muzycznej swoich krajów. A np. styl Magmy był zasadniczo obcy tradycji francuskiej.

      Usuń
  7. Dzięki za pomoc od Animowego z 22 marca za pomoc z Frankiem Zappą.
    Teraz dopiero odnalazłem wpis.
    Tak. O tym Overnight Sensetion już słyszałem, że podobno warto posłuchać na początek. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat "Over-nite Sensation" nie polecałbym na początek. Raz, że nie uważam go za jeden z najlepszych albumów Zappy, bo muzycznie to po prostu parodia różnych stylów ówczesnego mainstreamu, a po drugie - może okazać się zbyt hermetyczny przez ten właściwy Zappie humor, którego na tej płycie jest naprawdę sporo, a który może odrzucać słuchacza nieoswojonego z takim frywolnym graniem. Jeśli mimo wszystko chcesz się zmierzyć z tym najbardziej humorystycznym obliczem Franka, to dużo ciekawszy instrumentalnie jest "One Size Fits All".

      Miłośnikom bluesa na początek polecałbym na początek ”Bongo Fury", a wielbicielom jazzu, fusion czy jazzującego proga - "Hot Rats".

      Usuń
  8. Dzięki za radę. A album Hot Rats to debiut? Bo czytałem że coś tam jeszcze wydał w roku 1967.
    Bardziej jestem zainteresowany progiem symfonicznym, ale z fusion znam Weather Report Sweetnighter, Mysterious traveller, Tale spinnin i okres z Pastoriusem aż do Night Passage, a Chicka Coreę bardz lubię na płycie where have i known you before i Hymn of the seventh Galaxy. Mam też jego Three Quartets, ale to jest akustyczne wcielenie artysty.
    Więc może i u Zappy znajdę coś dla siebie.

    Wracając jeszcze do Floydów jeśli chodzi o Obscured by Clouds to przyznaję rację. Niezła muzyka jak na ścieżkę dźwiękową do filmu La vallėe. Jakiś czas temu kupiłem też More, ale mniej mi się podoba ale to tylko opinia. Z tych wczesnych najbardziej cenię Sacrefull, a debiut na drugim miejscu choć generalnie uważam, że u Brytyjczyków ta psychodelia była raczej czymś co przyszło zza oceanu i trzeba było pokonkurować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, debiut to "Freak Out!" The Mothers of Invention z 1966 roku. "Hot Rats” jest dopiero siódmy. To trochę inna muzyka niż Return to Forever Chicka Corei czy Weather Report, choć też rozwija koncepcję zelektryfikowanego jazzu, u Zappy jest to jednak bardziej rockowe. Jeżeli rock symfoniczny lubisz za rozmach, to może z Frankiem zacznij od "The Grand Wazoo" (wciąż nie wiem, czy ten album, czy "Hot Rats" lubię najbardziej). To taka jazz-rockowa wersja jazzu big-bandowego. Podobny, ale trochę słabszy jest nagrany podczas tej samej sesji "Waka/Jawaka".

      Usuń
  9. Siódmy po Hot Rats??? A Hot Rats wydał w 1969. O kurczę. On był naprawdę płodnym artystą.
    Nie wiem czy to wszystko ogarnę.
    W każdym razie posłucham tego, co proponujesz, bo do tej pory poznałem VDGG i GG dzięki Twoim recenzjom a dla mnie to był strzał w dziesiątkę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niektóre utwory bardziej mi się podobają z tej koncertówki niż ze studyjnego, np taki On The Run czy Time ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na tej plycie panowie wypadli wokalnie mizerniej - to dziwne, wielki zespół z przeciętnymi wokalistami... No ale tak już bywalo, sami Beatlesi nie byli mocarzami wokalu, chyba McCartney lepszy byl od Lennona, byl dobrym, choć nie wybitnym wokalistą, lecz obaj, z Harrisonem lepsi byli jednak od Watersa i Gilmoura. Muzyka rockowa zespolowa wprawdzie podlega innym regułom...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W rocku zdecydowanie nie są potrzebne duże umiejętności wokalne - te mogą być dodatkowym atutem, ale najważniejsze są rozpoznawalność i charyzma. Tych cech akurat nie brakuje ani Watersowi (fatalny wokalista), ani Gilmourowi czy Wrightowi (przyzwoici śpiewacy, ale nic więcej). Wiadomo, że najlepszym wokalnie kawałkiem Pink Floyd jest "Have a Cigar". Dzięki gościnnemu występowi Roya Harpera. A na scenie wokal zawsze wypadnie gorzej niż w warunkach studyjnych, gdzie można wielokrotnie podchodzić do jednej partii, a potem odpowiednio obrobić najlepsze podejście. Powyższa koncertówka przynajmniej jest autentycznym zapisem, a nie jakąś przeróbką AI.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)