[Recenzja] Lee Morgan - "The Sidewinder" (1964)



Lee Morgan miał krótką, lecz intensywną karierę. Początkowo planował zostać wibrafonistą, lecz ostatecznie zdecydował się na trąbkę. Już w wieku osiemnastu lat został członkiem orkiestry Dizzy'ego Gilespie. Zaledwie rok później zagrał na słynnym albumie Johna Coltrane'a "Blue Train". Wkrótce potem Art Blakey zaprosił go do swojego The Jazz Messengers, z którym zarejestrował kilka albumów, z niezwykle cenionym "Moanin'" na czele. Mogran współpracował też z takimi muzykami jak Hank Mobley, Wayne Shorter (którego wcześniej wkręcił do składu Jazz Messengers), Joe Henderson czy Grachan Moncur III, któremu towarzyszył na rewelacyjnym "Evolution".

Trębacz wydawał też płyty pod własnym nazwiskiem, cieszące się dużym uznaniem krytyków i słuchaczy. W połowie lat 60. odniósł prawdziwy sukces komercyjny za sprawą singla "The Sidewinder". Był to jeden z nielicznych instrumentalnych utworów, jakie w tamtym czasie zaliczyły obecność w pierwszej setce notowania Billboardu. Jednak Morgan zmagał się wówczas z uzależnieniem od heroiny i wszystkie zyski przepuszczał na narkotyki. Z nałogu wyrwał się na początku następnej dekady, ale długo się tym nie nacieszył. Trębacz został postrzelony przez swoją żonę podczas przerwy pomiędzy występami w nowojorskim klubie jazzowym Slugs' Saloon. Obrażenia nie były bardzo poważne, ale silne opady śniegu - był 19 lutego 1972 roku -  opóźniły przyjazd karetki, przez co 33-letni muzyk wykrwawił się na śmierć.

W ciągu piętnastoletniej działalności Lee Morgan zarejestrował materiał na trzydzieści autorskich albumów, z których większość ukazała się za jego życia. Bez żadnych wątpliwości najbardziej znanym i cenionym jest "The Sidewinder" z 1964 roku, którego sprzedaż napędził sukces tytułowej kompozycji. Pierwotny nakład rozszedł się w błyskawicznym tempie, więc przedstawiciele Blue Note szybko wypuścili kolejne wydanie, przekładając premiery innych albumów. Wspomniane nagranie osiągnęło tak wielki sukces ze względu na ogromny potencjał taneczny. Zawdzięcza go przede wszystkim grze sekcji rytmicznej, złożonej z pianisty Barry'ego Harrisa, basista Boba Cranshawa oraz perkusisty Billy'ego Higginsa. Nośny temat, uporczywie powtarzany przez tę trójkę przez całe dziesięć minut, stanowi podkład dla melodyjnych solówek lidera oraz Joego Hendersona.

Podobnie jak to zwykle bywało w studiu Rudy'ego Van Geldera, skład biorący udział w sesji 21 grudnia 1963 roku był dość przypadkowy. Morgan zaangażował instrumentalistów, którzy akurat mieli wolny wieczór. Pomimo tego, że kwintet nigdy wcześniej nie grał ze sobą w dokładnie takiej konfiguracji, muzycy sprawiają wrażenie dobrze ze sobą zgranych. Inna sprawa, że muzyka zawarta na tym albumie nie jest szczególnie wymagająca - a już na pewno nie była taka dla tych doświadczonych jazzmanów. To raczej konwencjonalny hard bop, mocno osadzony w bluesie, o bardzo knajpianym klimacie i właściwie wyłącznie rozrywkowym charakterze.

Pozostałe utwory - cały materiał został skomponowany przez lidera - trochę niesłusznie giną w cieniu tytułowego przeboju. To wciąż bardzo przyjemne granie. Za zdecydowanie najlepszy fragment całości uważam "Totem Pole", kolejne rozbudowane nagranie, z natchnionymi solówkami Hendersona i Morgana na tle mniej chwytliwej, ale za to ciekawszej, a momentami wręcz błyskotliwej gry sekcji rytmicznej. "Gary's Notebook" wyróżnia się za to najbardziej chyba pomysłowym, niebanalnym tematem ze świetnie przeplatającymi się partiami trąbki i saksofonu. Henderson tym razem brzmi nieco bardziej zadziornie, choć ogólnie jest to lekki, skoczny kawałek, co najbardziej słychać podczas solówki Harrisa. Równie pogodny charakter mają "Boy, What a Night" i "Hocus Pocus". W tym ostatnim najlepiej udało się oddać barową atmosferę, wręcz można odnieść wrażenie, że to utwór faktycznie zarejestrowany podczas występu w klubie jazzowym.

"The Sidewinder" na stałe wszedł do jazzowego kanonu i choćby dlatego warto go poznać. Nie jest to jednak mój ulubiony album z udziałem Lee Morgana, nawet licząc tylko te, na których wystąpił w roli lidera. Jest to muzyka naprawdę przyjemna, ale trochę jednak zbyt bliska jazzowego mainstreamu jak na mój gust. Nic nie ujmując kompozytorskim i wykonawczym umiejętnościom grających tu muzyków, po prostu nie robi na mnie wrażenia.

Ocena: 7/10



Lee Morgan - "The Sidewinder" (1964)

1. The Sidewinder; 2. Totem Pole; 3. Gary's Notebook; 4. Boy, What a Night; 5. Hocus Pocus

Skład: Lee Morgan - trąbka; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Barry Harris - pianino; Bob Cranshaw - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


Komentarze

  1. Czy twoim ulubionym albumem Morgana nie jest przypadkiem "Search for the New Land"? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja przewrotnie uważam, że jest to jeden z najwybitniejszych albumów hard bopu. A utwór tytułowy pokazuje, że jazz mógł wykraczać poza swoje granice nie tracąc nic z esencji jazzowej. Nie przypadkiem jest chętnie wykorzystywany do miksów przez hip hopowców. To duże osiągnięcie kiedy utwór stricte jazzowy staje się wręcz przebojem. To podobny przypadek jak "Sookie Sookie" gitarzysty Granta Greena, również ulubieńca hip hopowców i mojego.
    Polecam znakomity dokument o życiu Lee Morgana i jego skomplikowanych relacjach z żoną, które doprowadziły do tragicznego finału. Jest do obejrzenia na Netflixie p.t. "I called him Morgan". Znalazł się w 15-ce najlepszych dokumentów muzycznych Netflixa.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)