[Recenzja] The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)
Europejski free jazz to jeden z pierwszych i najważniejszych wkładów naszego kontynentu w muzykę jazzową. Choć free jazz jest wynalazkiem amerykańskich jazzmanów, to dopiero europejscy muzycy doprowadzili go do prawdziwej ekstremy, jeszcze dalej odchodząc od swingujących rytmów i charakterystycznego dla wcześniejszych odmian gatunku języka melodycznego. Te radykalne koncepcje wkrótce zresztą przerodziły się w osobny gatunek, zwany free improvisation, całkowicie odchodzący od jazzowych korzeni.
Czołowym reprezentantem europejskiego free jazzu jest saksofonista Peter Brötzmann, którego grę można usłyszeć na ponad setce albumów. Prawdopodobnie najważniejszym z nich i najlepiej definiującym wspomniany styl, jest jego drugie solowe wydawnictwo, zatytułowane "Machine Gun". Zawarty został na nim materiał zarejestrowany w maju 1968 roku przez międzynarodowy oktet składający się z trzyosobowej sekcji dętej (Brötzmann, Evan Parker, Willem Breuker), dwóch kontrabasistów (Peter Kowald, Buschi Niebergall), dwóch perkusistów (Sven-Åke Johansson, Han Bennink) i pianisty (Fred Van Hove). Każdy z pozostałych muzyków również jest ważną postacią na scenie europejskiego free jazzu. Album oryginalnie został wydany jako prywatne tłoczenie i sprzedawany był podczas występów. Dopiero w 1972 roku ukazał się profesjonalnie, nakładem wytwórni FMP.
"Machine Gun" był swego rodzaju odpowiedzią na ówczesną sytuację polityczną na świecie - wojnę w Wietnamie, studenckie protesty. Muzycy sympatyzowali z lewicowymi poglądami, do czego po latach Brötzmann podchodził krytycznie: wszyscy mieliśmy nadzieję, że możemy zmienić społeczeństwo, uczynić go lepszym. (...) Ruch komunistyczny był przez nas rozumiany jako rodzaj idealnej wizji ludzkiego społeczeństwa, do której należy dążyć. Z tak pojmowanym komunizmem europejski free jazz był wówczas bardzo mocno związany. (...) Dziś oczywiście wiem, że były to tylko iluzje. Wciąż jednak wierzę, że mogę dać ludziom trochę dobrych doświadczeń, wprowadzić ich do świata bardziej ludzkich przeżyć.
Na szczęście muzyka jest całkowicie instrumentalna. Słychać w niej wpływ idei Ornette'a Colemana, Cecila Taylora, Johna Coltrane'a czy Alberta Aylera. Szczególnie gra tego ostatniego miała wielki wpływ na Brötzmanna. Jednak muzyka zawarta na "Machine Gun" idzie w stronę jeszcze większej ekstremy. Trzy rozbudowane kompozycje ("Machine Gun" Brötzmanna, "Responsible" Van Hove'a, "Music for Han Bennink" Breukera) atakują naprawdę agresywnymi, brutalnymi partiami sekcji dętej (nie tylko w utworze tytułowym przypominającymi odgłosy karabinu maszynowego) i równie bezkompromisowymi partiami sekcji rytmicznej. Atonalne, przeszywające i pozornie nieskładne dźwięki wywołują prawdziwy niepokój, drażnią, a zarazem intrygują. Nie jest to jednak wyłącznie hałas - czasem spod nawałnicy chaotycznych partii wyłaniają się fragmenty nieco bardziej przystępne, a nawet śladowe melodie (zakończenie "Responsible").
"Machine Gun" to bez wątpienia jeden z najważniejszych i najlepszych europejskich albumów jazzowych, pokazujący jak daleko można przesunąć ramy tego stylu. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, nawet w porównaniu z "Free Jazz" Colemana i "Ascension" Coltrane'a wypada bardzo radykalnie i może sprawiać wrażenie nieokrzesanego chaosu. Warto z nim jednak się zapoznać, zarówno ze względu na jego historyczne znaczenie, jak i na samą muzykę, która może poszerzyć horyzonty.
Czołowym reprezentantem europejskiego free jazzu jest saksofonista Peter Brötzmann, którego grę można usłyszeć na ponad setce albumów. Prawdopodobnie najważniejszym z nich i najlepiej definiującym wspomniany styl, jest jego drugie solowe wydawnictwo, zatytułowane "Machine Gun". Zawarty został na nim materiał zarejestrowany w maju 1968 roku przez międzynarodowy oktet składający się z trzyosobowej sekcji dętej (Brötzmann, Evan Parker, Willem Breuker), dwóch kontrabasistów (Peter Kowald, Buschi Niebergall), dwóch perkusistów (Sven-Åke Johansson, Han Bennink) i pianisty (Fred Van Hove). Każdy z pozostałych muzyków również jest ważną postacią na scenie europejskiego free jazzu. Album oryginalnie został wydany jako prywatne tłoczenie i sprzedawany był podczas występów. Dopiero w 1972 roku ukazał się profesjonalnie, nakładem wytwórni FMP.
"Machine Gun" był swego rodzaju odpowiedzią na ówczesną sytuację polityczną na świecie - wojnę w Wietnamie, studenckie protesty. Muzycy sympatyzowali z lewicowymi poglądami, do czego po latach Brötzmann podchodził krytycznie: wszyscy mieliśmy nadzieję, że możemy zmienić społeczeństwo, uczynić go lepszym. (...) Ruch komunistyczny był przez nas rozumiany jako rodzaj idealnej wizji ludzkiego społeczeństwa, do której należy dążyć. Z tak pojmowanym komunizmem europejski free jazz był wówczas bardzo mocno związany. (...) Dziś oczywiście wiem, że były to tylko iluzje. Wciąż jednak wierzę, że mogę dać ludziom trochę dobrych doświadczeń, wprowadzić ich do świata bardziej ludzkich przeżyć.
Na szczęście muzyka jest całkowicie instrumentalna. Słychać w niej wpływ idei Ornette'a Colemana, Cecila Taylora, Johna Coltrane'a czy Alberta Aylera. Szczególnie gra tego ostatniego miała wielki wpływ na Brötzmanna. Jednak muzyka zawarta na "Machine Gun" idzie w stronę jeszcze większej ekstremy. Trzy rozbudowane kompozycje ("Machine Gun" Brötzmanna, "Responsible" Van Hove'a, "Music for Han Bennink" Breukera) atakują naprawdę agresywnymi, brutalnymi partiami sekcji dętej (nie tylko w utworze tytułowym przypominającymi odgłosy karabinu maszynowego) i równie bezkompromisowymi partiami sekcji rytmicznej. Atonalne, przeszywające i pozornie nieskładne dźwięki wywołują prawdziwy niepokój, drażnią, a zarazem intrygują. Nie jest to jednak wyłącznie hałas - czasem spod nawałnicy chaotycznych partii wyłaniają się fragmenty nieco bardziej przystępne, a nawet śladowe melodie (zakończenie "Responsible").
"Machine Gun" to bez wątpienia jeden z najważniejszych i najlepszych europejskich albumów jazzowych, pokazujący jak daleko można przesunąć ramy tego stylu. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, nawet w porównaniu z "Free Jazz" Colemana i "Ascension" Coltrane'a wypada bardzo radykalnie i może sprawiać wrażenie nieokrzesanego chaosu. Warto z nim jednak się zapoznać, zarówno ze względu na jego historyczne znaczenie, jak i na samą muzykę, która może poszerzyć horyzonty.
Ocena: 8/10
The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)
1. Machine Gun; 2. Responsible; 3. Music for Han Bennink
Skład: Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Evan Parker - saksofon; Willem Breuker - instr. dęte; Fred Van Hove - pianino; Peter Kowald - kontrabas; Buschi Niebergall - kontrabas; Sven-Åke Johansson - perkusja; Han Bennink - perkusja
Producent: Peter Brötzmann
The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)
1. Machine Gun; 2. Responsible; 3. Music for Han Bennink
Skład: Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Evan Parker - saksofon; Willem Breuker - instr. dęte; Fred Van Hove - pianino; Peter Kowald - kontrabas; Buschi Niebergall - kontrabas; Sven-Åke Johansson - perkusja; Han Bennink - perkusja
Producent: Peter Brötzmann

Ciekawe, czy Hendrix dodał gdzieś ten album i zainspirował się nim, tworząc swój "Machinę Gun" ;) Niby wykonanie zupełnie inne, ale idea podobna.
OdpowiedzUsuńMyślę, że ówczesne nastroje na świecie, związane z wojną wietnamską, mogły doprowadzić do tego, że na taki sam pomysł dwóch muzyków wpadło niezależnie ;) W każdym razie, chyba nie ma żadnego potwierdzenia, żeby był tu jakiś związek.
UsuńGenialna płyta, szczególnie ciekawe jest to, w jaki sposób Brotzmann robił te dźwięki karabinu
OdpowiedzUsuńKtóra z płyt które słuchałeś jest najtrudniejsza w odbiorze, wymaga najwięcej otwartości? Pytam pod tą bo ta przyszła mi jako pierwsza do głowy.
OdpowiedzUsuńTrudne pytanie, bo to mocno indywidualna kwestia. Zależna m.in. od dotychczasowych doświadczeń, ale też od subiektywnych upodobań. Dla kogoś słuchanie najbardziej radykalnego free jazzu nie będzie wyzwaniem, ale wymięknie przy współczesnej elektronice, a ktoś inny może z łatwością słuchać najdziwniejszej elektroniki i nie tolerować nawet tego najbardziej przystępnego jazzu. Więc cos, co dla mnie było najtrudniejsze, dla kogoś innego wcale nie musi. Pamiętam, że w przypadku "On the Corner" potrzebowałem kilku podejść, żeby w końcu przesłuchać go w całości, a teraz nie uważam go wcale za bardzo wymagający.
UsuńNa początku przyznam, że nie słyszałem drugiego utworu - wszędzie go szukałem i nigdzie nie znalazłem, więc to co napiszę poniżej dotyczy pierwszego i ostatniego (choć pewnie mogłoby i środkowego).
OdpowiedzUsuńPoza kilkoma melodiami, które od rzadka pojawią się gdzieś w tle, jest to dla mnie zupełny hałas i prawie w ogóle nie odczuwam tu interakcji muzyków. Brzmienie jest słabe, a żaden z instrumentalistów nie prezentuje z osobna nic NAPRAWDĘ ciekawego - w samym hałaśliwym graniu, nawet z umiarkowanie oryginalnymi pomysłami (które w sumie i tak nie mają podjazdu do pomysłów Braxtona) nie widzę nic fascynującego - techniczne granie na poziomie tej płyty nie jest niczym trudnym i skomplikowanym - i mówię to jako gracz dętego instrumentu.
W dodatku to bardzo jednoznaczny i niewyszukany emocjonalnie album. Jedyne co potrafi robić to przytłaczać (co w sumie też nie jest w ogóle trudne do osiągnięcia biorąc pod uwagę środki użyte przez muzyków).
Myślę, że popełniasz tu ten sam błąd, co przy ocenie "Trout Mask Replica”, "White Light / White Heat" czy "Ascension" - oczekiwałeś czegoś innego i krytykujesz wybory estetyczne muzyków, zamiast podejść do tego z otwartą głową.
UsuńTo nigdy nie miało być granie z wyrazistymi melodiami, emocjonalną różnorodnością, ścisłą współpracą muzyków, technicznymi popisami i sterylną produkcją. Muzykom od początku chodziło o doprowadzenie jazzu do absolutnej ekstremy, stąd niespotykana wcześniej - a i później z rzadka - brutalność, surowe brzmienie, niemal całkowite rozluźnienie miedzy partiami poszczególnych muzyków, przy czym wciąż jest tu słyszalna ich wzajemna reakcja, bo w tych samych momentach zwiększają lub zmniejszają intensywność. A i niewiele było w jazzie free tak ciekawych pomysłów, jak imitowanie karabinu maszynowego za pomocą saksofonu. Ogólnie wszystko, co robi tu oktet jest bardzo konsekwentne, adekwatne do siebie i do zamierzeń.